Zdzisław Krasnodębski: „Jedynie słuszni” w natarciu

- Autor krytykuje środowiska akademickie i kulturalne, w których o pozycji coraz częściej decyduje zgodność z ideologiczną linią.
- Przykład Antoniego Libery i Bronisława Wildsteina pokazuje, że za nieprawomyślność można dziś zostać zaatakowanym jako „faszysta” czy „stalinista”.
- Tekst wskazuje na paradoks współczesnej „awangardy postępu”.
Takich przypadków jest więcej – ludzi pozbawionych wiedzy, odpowiednich kwalifikacji i talentów, ale głoszących to, co należy, wzruszających swoim losem, epatujących swoim humanizmem lub/i pseudonaukowym bełkotem. W Polsce mieliśmy niedawno podobny głośny przypadek, a cichych jest bez liku. Z takich przypadków składa się w dużej mierze nasze życie akademickie i kulturalne. Wystarczy np. rzucić fundamentalne pytanie, jakiej płci był Konrad z „Dziadów” i czy Wokulski z Rzeckim nie byli przypadkiem parą kochanków, a Izabella Łęcka lesbijką, by zostać wybitnym polonistą lub artystą. Oj, daleko nam do merytokracji, której konsekwencjami tak się martwił Michael Sandel.
Drogi czytelniku
Właśnie czytasz artykuł. PREMIUM - treść o pogłębionej wartości merytorycznej i opiniotwórczej. By przeczytać go w całości wystarczy, że założysz BEZPŁATNE konto czytelnika Tygodnika Solidarność. Do założenia konta wystarczy adres e-mail.





