Putina trzeba by wymyślić

- Tekst pokazuje, jak zagrożenie rosyjskie może być wykorzystywane jako polityczne narzędzie do dyscyplinowania przeciwników i obrony liberalnego porządku.
- Autor przekonuje, że część zachodnich elit tłumaczy kryzys liberalizmu wpływem Rosji, zamiast szukać jego przyczyn w błędach własnego systemu.
- W polskich realiach strach przed Rosją ma być dodatkowo wykorzystywany do wzmacniania poparcia dla obecnego układu politycznego i ograniczania krytyki jego polityki.
Było to rzecz jasna absurdalne, ale też horrory okupacji były jeszcze tak bliskie, że choć ta linia propagandowa była kuriozalnie nielogiczna, to narracja ta miała jakąś nośność, w jakimś stopniu do kogoś trafiała. Zresztą, jej główną funkcją było propagandowe uzasadnianie fizycznego terroru – zagrożenie „powrotem Niemców” i jego domniemany związek z tym, że nie wszyscy chcieli „zachować patriotyczną jedność” polegającą na wszechstronnym podporządkowaniu się komunistom, było wprawdzie bijącą w oczy fikcją, ale miało służyć uzasadnieniu łamania kości, a ono było jak najbardziej realne.
Nie mogę pozbyć się wrażenia, że dziś, 81 lat później, dzieje się coś podobnego. Idzie oczywiście o zagrożenie rosyjskie traktowane przez obóz rządzący w Polsce (ale też przez siły liberalno-lewicowe dominujące w innych krajach) jako swego rodzaju polityczny łom. Jako narzędzie do moralnej (w perspektywie może nie tylko moralnej) delegalizacji oponentów i zagnania, drogą emocjonalnego szantażu, jak największej części społeczeństw do szeregów subordynowanych wobec liberalno-lewicowych elit.
Oczywiście to podobieństwo jest tylko w pewnym zakresie. Chociażby dlatego, że dziś rządzący politycy i ich zaplecze nikogo nie mordują i raczej nie wsadzają do więzień. I dlatego, że dziś, inaczej niż w latach 40., istnieje autentyczny pluralizm mediów – tradycyjnych i społecznościowych (choć właśnie on miałby, w intencji sił hegemonistycznych, stać się główną ofiarą „frontu antyrosyjskiej jedności” w zinstrumentalizowanej przez rządzących wersji). Także dlatego, że – last not least – Niemcy wtedy leżały na łopatkach i zagrożenie z ich strony było czystą fantazją, czego nie da się obecnie powiedzieć o zagrożeniu rosyjskim. A przecież intelektualny pomysł, leżący u podstaw obu kampanii, jest podobny.
***
Przy czym w Polsce chodzi o wykorzystanie historycznie ukształtowanego (i, dodajmy, uzasadnionego nie tylko przez historię, ale i dzisiejszą politykę Moskwy) stosunku Polaków do Rosji dla podtrzymanie rządu Tuska, i uniemożliwienie przejęcia władzy przez prawicę. Na Zachodzie doraźne cele wyborcze też są w grze, ale zarazem starcie odbywa się tam na znacznie bardziej finezyjnej, intelektualnej płaszczyźnie.
Idzie o obronę całego, zbudowanego przez kilkadziesiąt lat rosnącej dominacji obozu liberalno-lewicowego, kształtu świata coraz bardziej pękającego pod naporem niewydolności i sprzeczności. Chodzi o to, żeby odwrócić uwagę od tych niewydolności i sprzeczności, będących integralną częścią bronionej konstrukcji, i ukształtować obraz rosyjskich ingerencji jako jeśli nie jedynej, to głównej przyczyny narastających na Zachodzie problemów. Na tej płaszczyźnie Rosja – to wymówka, potrzebna, by nie dostrzegać pełnej skali krachu liberalnej polityki ostatnich dekad.
Taka perswazja uprawiana jest bardzo powszechnie, na wszystkich możliwych poziomach intelektualnych. Na chyba najwyższym jej mistrzem jest, przeistoczony z historyka w aktywistę, Timothy Snyder.
Marlène Laruelle z rzymskiego Luiss University w ciekawym eseju zrównała go ostatnio – jako propagandzistę – z czołową postacią obozu przeciwnego, putinowskim filozofem Aleksandrem Duginem. Łączy ich, jak zauważa, wspólna „metoda badawcza”, czyli postrzeganie świata jako manichejskiej dychotomii dobra i zła. Tyle że utożsamianego z innymi obozami, bo dla Dugina absolutnym złem jest Zachód z jego upadkiem tradycji, a dla Snydera – tradycjonalistyczni krytycy tegoż Zachodu, identyfikowani, rzecz jasna, z Rosją i jej agenturą wpływu.
Snyder, według Laruelle, nadal podziela
„charakterystyczne dla Zachodu po 1989 roku przekonanie, że historia toczy się po wyznaczonych torach: rynki wytwarzają demokrację, demokracja przynosi dobrobyt, a jedyną rozsądną postawą wobec przyszłości jest po prostu czekać, aż nadejdzie”.
***
Taki jest – jadowici francuska profesor – wkład Snydera w debatę zapoczątkowaną przez teorię „końca historii” Francisa Fukuyamy. Snyder – uważa Laruelle – wzywa, aby nie porzucać wiary w ten liberalny determinizm, bo gdy to przekonanie upada, jego zdaniem,
„społeczeństwo przestaje wierzyć w jakąkolwiek przyszłość i wycofuje się do narracji, w której własny naród jest wiecznie niewinny i wiecznie zagrożony”.
Społeczeństwa pogrążają się w tej narracji, ponieważ przestają wierzyć w postęp, a wtedy upadają. Jest to przekonanie bliźniacze do Duginowskiego, według którego społeczeństwa upadają, ponieważ przestają wierzyć w tradycję. Innymi słowy,
„obie wizje są teoriami idealistycznymi, które omijają trudniejsze pytanie: jakie instytucjonalne i ekonomiczne rozwiązania wytworzyły rozpacz lub dekadencję, które opisują. A teoria, która wszystko wyjaśnia kryzysem wiary, nigdy nie musi pytać, czy wierzący mieli powody, by przestać wierzyć. Dugin sprowadza trajektorię świata do upadku tradycji; Snyder – do cyklicznych powrotów totalitaryzmu”.
Snyder (którego Laruelle określa jako „człowieka, który pozbawił słowo «faszyzm» znaczenia”, używając go wobec wszystkich, których nie lubi) według francuskiej profesor oferuje coś na kształt teologii liberalizmu – przedstawiając liberalizm jako wybór moralny, będący wręcz istotą moralności, a nie jako uwarunkowane historycznie osiągnięcie polityczne. Przy czym przedstawia go jako moralny system, zagrożony dziś przede wszystkim przez Rosję.
Tymczasem
„liberalizm jako porządek polityczny nie znalazł się w obecnym kryzysie dlatego, że Putin odkrył [rosyjskiego, faszyzującego filozofa] Iljina albo dlatego, że myśl Dugina przeniknęła do polityki zagranicznej Kremla. Liberalizm dotarł do tego punktu wskutek własnych decyzji podejmowanych przez dziesięciolecia. Wskutek postępującego procesu zdominowania wszystkich innych sektorów gospodarki przez sektor finansowy, zdominowania podkopującego poziom i strukturę wynagrodzeń w społeczeństwach, które obiecywał materialnie wydźwignąć. Wskutek triumfalizmu po 1989 roku polityki zagranicznej, która uczyniła ze Stanów zarządcę globalnego porządku, co przez wielu ludzi spoza Zachodu było postrzegane nie tyle jako liberalny uniwersalizm, ile jako przymus i narzucanie dyscypliny rynkowej; oraz pogłębiającej się przepaści między tym, co liberalne elity mówią o tym, co demokracja zapewnia, a tym, czego w rzeczywistości doświadcza znaczna część ich własnych społeczeństw”.
Przy zaistnieniu żadnego z tych czynników – pisze Laruelle – nie był obecny „rosyjski czarny charakter”. Tymczasem Snyder – proroczy obrońca liberalizmu – zaczął w swym pisarstwie uprawiać gatunek, w którym wyjaśnienie procesów społecznych sprowadza się do oddziaływania „zewnętrznego czynnika deprawującego”. Od siebie dodajmy, że jest to szkoła intelektualna podobna do uprawianej przez wielu polskich konserwatystów, którzy obyczajowy trumf liberalizmu na Zachodzie tłumaczą kolejnymi demonicznymi lewackimi spiskami, nie dostrzegając wewnętrznej dynamiki społeczeństw.
„Obrońcy «walczącej demokracji»
– stwierdza Francuzka –
mają tendencję do interpretowania każdej dyskusji o porażkach liberalizmu jako ustępstwa wobec sił populistycznych, służącego Putinowi lub normalizującego nieliberalizm. Ale liberalna demokracja, która nie potrafi odróżnić krytycznej analizy od kapitulacji, już zaakceptowała część apokaliptycznej logiki, której rzekomo się przeciwstawia. Snyder i Dugin – konkluduje – potrzebują siebie nawzajem, aby istnieć, ponieważ wróg przedstawiony w kategoriach absolutnych jest najlepszym możliwym alibi, by nie przyglądać się wystarczająco uważnie temu, czego zabrakło we własnym domu”.
***
Na naszym, wewnętrznym poletku to wszystko przedstawiane jest prościej. Jeśliby Rosja i Putin nie istnieli, to dla dobra światowego porządku liberalno-lewicowego należałoby ją i jego wymyślić.
Czasami bywa to śmieszne. Na przykład „GW” piórem Bartosza Wielińskiego wzywa czytelników do akcesu do klubu „ambasadorów Wyborczej”, co oznacza, mówiąc prościej, żeby w zamian za korzyści natury prestiżowej płacili więcej za prenumeratę. Argumentując to… zagrożeniem ze strony Rosji i koniecznością, żeby w obliczu tegoż „trzymać się razem”.
To pocieszne. Rozbawienie przechodzi jednak, kiedy Wieliński zapowiada, że w obliczu rosyjskich prowokacji „w redakcji «Wyborczej» zwieramy szeregi”, bo „na dziennikarzach w tym trudnym czasie spoczywać będzie szczególna odpowiedzialność. To my będziemy dostarczać ludziom wiedzę o wydarzeniach i demaskować rosyjską dezinformację. W czasie kryzysu będziemy pracować odpowiedzialnie, bez szukania sensacji”. Czy jeśli dopatrzę się w tym zapowiedzi, że w ramach tego „nieszukania sensacji” dziennikarze „GW” będą wyciszać wszystko, co uznają za rosyjską dezinformację – przy tym oczywiście, by strawestować klasyka, za „rosyjską dezinformację taką, jak my ją rozumiemy”, wykażę się nadmierną podejrzliwością?
Bywa jednak również zupełnie nieśmiesznie. Na przykład, kiedy Bartosz Kramek w tejże „Wyborczej” mówi wprost, że
„Tusk i umowni demokraci […] nie wypromowali […] opowieści, w której wielką rolę ma do odegrania zarówno Ukraina, jak i Rosja – pierwsza jako krytyczny dla naszego bezpieczeństwa sojusznik i partner, druga – jako historyczny, faktyczny wróg i egzystencjalne zagrożenie”.
Bo przecież
„Rosja jest zarówno rzeczywistym, jak i idealnym narracyjnie wrogiem”, a „każda dobra opowieść wymaga wyrazistego antagonisty”.
Dlatego Kramek marzy o tym, by pojawiła się
„partia prawdziwie liberalna – gospodarczo i światopoglądowo, proeuropejska, proniemiecka i proukraińska – i pryncypialnie antyrosyjska. I – nie bójmy się tego powiedzieć – proimigrancka”.
***
Z zagrożenia rosyjskiego jest naprawdę tysiąc i jeden pożytków. Na przykład – kiedy już w zachodnich mediach, tradycyjnych i społecznościowych, fala zachwytów nad Polską, nad panującą w niej czystością, bezpieczeństwem i rozwojem gospodarczym przyjmuje taką skalę, że zaczyna to być dostrzegane również w naszym kraju, i Mateusz Mazzini w „Polityce”, i Witold Mrozek w „GW” stosują ten sam chwyt. Próbują skojarzyć tę falę zachwytów z… rosyjską dezinformacją i z rosyjską narracją o Rosji. Bo przecież Polacy nie powinni być z siebie dumni, tylko się wstydzić.
***
Rosją i rosyjskim zagrożeniem można bowiem wyjaśnić wszystko. Trochę tak, jak przedwojenni antysemici postrzegali żydowski spisek jako zarazem i komunistyczny, i kapitalistyczny.
Oczywiście istnieją fundamentalne różnice. Dziś Rosja spiskuje przeciw Zachodowi naprawdę, a figura wszechogarniającej żydowskiej konspiracji była przejawem paranoi. Ale jest i inna. Dla antysemitów Żyd był autentycznym celem, zaś dla obecnych „rusofobów ostatniej godziny” (którzy nie demonstrowali przesadnie swojej antyrosyjskości w okresie tuskowego resetu) bicie w Rosje jest rytualno-instrumentalne. Chodzi o uderzenie za pomocą tego narzędzia we wszystkich sprzeciwiających się libleftowemu paradygmatowi.
Dlatego też sądzę, że co mądrzejsi spośród nich tak naprawdę, w głębi serca, klęski Moskwy wcale sobie nie życzą. Bo wtedy znikłby poręczny straszak.
I co, z ich punktu widzenia, jeszcze gorsze – gdyby na skutek tej klęski Rosja popadła w smutę, podobną do lat 90., to wśród Polaków skokowo i w wielkim stopniu złagodniałby strach przed tym sąsiadem.
A ten strach jest kluczowym czynnikiem skłaniającym nas do pozostawania w strukturach europejskich w sytuacji, w której materialne korzyści z przynależności do UE zaczynają się wyczerpywać, intensyfikuje się natomiast proces uzurpowania przez instytucje unijne kompetencji państw członkowskich oraz realizowany przez nie nacisk w kwestiach kulturowych i ideologicznych. Zresztą również sojusz z USA pociąga za sobą rozmaite przymusy, ograniczenia i, mówiąc po ludzku, poniżenia dla naszego kraju. Prawdopodobne więc, że nagłe wyparowanie Rosji spowodowałoby w Polsce gwałtowny wzrost tendencji emancypacyjnych i suwerennościowych, przy czym zarówno wobec Unii, jak i Ameryki.
***
Swoją drogą, ciekawy byłby pewien myślowy eksperyment. Interesująco byłoby mianowicie dowiedzieć się, jak zachowałoby się wielu spośród tych, którzy obecnie przodują w takiej, jak naszkicowana powyżej, antyrosyjskości i nagonkach na prawicę za jej rzekomą prorosyjskość, gdyby Władimir Putin w pewnym momencie nie zmienił ideologicznej witryny? Gdyby agresję przeciw Ukrainie realizował bez haseł o walce z „Gejropą”, LGBT i „cywilizacją Epsteina”?
Mówiąc ostrożnie – nie wydaje mi się, żeby w takiej rzeczywistości antyrosyjski ogień gorzał w nich aż z taką siłą.
[Sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]





