Prof. Marek Jan Chodakiewicz dla "TS": W szkole w Kalifornii odnotowano trąd wśród dzieci
19.09.2016 11:14

Komentarzy: 0
Udostępnij:
Właśnie ze zdumieniem dowiedziałem się, że w podstawówce w Dolinie Jurupa w Kalifornii odnotowano trąd wśród dzieci. Trąd brzmi tak średniowiecznie, że właściwie nie zastanawiałem się nad nim w kontekście współczesności.
Historia trądu sięga czasów przedantycznych. Rzekomo wywodzi się z prehistorycznej Afryki Wschodniej. Pierwsze zapiski o chorobie pochodzą jednak z VII w. przed Chrystusem, z Indii. Przyjmuje się, że na Bliski Wschód trąd przywlokły armie Aleksandra Wielkiego. Potem legiony rzymskie sprowadziły go do Italii. Pierwszy przypadek odnotowano w Pompeii w 62 r. przed Chrystusem. Przez stulecia trąd szalał w basenie Morza Śródziemnego, szczególnie w okresie krucjat, ale zaniknął w XIV w. Choroba objawiła się ponownie w XIX w., a roznosiła się wraz ze światowym handlem niewolnikami.
Naturalnie do szerzenia się trądu przyczyniły się też zwykłe migracje. Np. w 1848 r. choroba (mai lepera) pojawiła się na Hawajach, a tubylcy winili za nią chińskich kulisów. Władcy hawajscy, w tym i królowa Lililuokalani, natychmiast wprowadzili i utrzymywali politykę separacji. Po pewnym czasie ustanowiono osobną kolonię na wyspie Molokai, gdzie trędowatych po prostu porzucono. Politykę tę kontynuowały USA po aneksji Hawajów.
Izolowano chorych na wyspach trędowatych. Np. odziedziczywszy problem po Hiszpanii, Stany Zjednoczone utrzymywały kolonie trędowatych na wyspie Culion w Archipelagu Filipińskim oraz na wyspie Chamorro w Archipelagu Guamskim. Potem obie kolonie połączono, gdy bezwzględnie deportowano pacjentów z Chamorro na Culion w 1912 r. Chodziło nie tylko o to, aby ograniczyć przypadki infekcji, ale i o to, by chorzy umierali w spokoju i nie zagrażali innym. Jak widać strach przed chorobą i przyzwyczajenia oraz stereotypy z nią związane funkcjonowały jeszcze w XX w.
Stopniowo jednak warunki się poprawiły - bardzo powoli. W stanie Luizjana istniały kolonie trędowatych, które funkcjonowały na zasadzie segregacji aż do lat 1920. Wprowadzano przymusową kwarantannę, na przykład w szpitalu dla trędowatych Carille Leprosarium w latach 1905 a 1915, co oznaczało w praktyce uwięzienie pacjentów. Dopiero po II wojnie światowej zaczęto ich traktować z większym humanitaryzmem.
Starożytni uważali, że trąd przenosi się przez kontakty seksualne, brudną wodę, zepsutą rybę czy ugryzienie owada. Odnoszono się też do Biblii, a dokładnie Księgi Kapłańskiej, która opisuje straszliwe epidemie i cierpienia, w tym i rozmaite przypadłości dermatologiczne, np. owrzodzenie. Scalano przy tym różne przypadłości: obok trądu np. syfilis. Stąd powszechne potępienie trądu jako dopustu Bożego, a trędowatych jako grzeszników, którym taki straszny los się należy. Wizerunek trędowatego zlewał się w jedno z image biedaka czy żebraka, wyrzuconego poza nawias społeczeństwa. Do tego dochodziła czasami konotacja lubieżności i słusznej kary za ekscesy seksualne.
Trąd drążył ciało, a po śmierci również duszę grzesznika. Stąd choroba ta natężała strach niezarażonych. Krucjaty pomogły podreperować ten wizerunek, bo przecież niemożliwe było, że świętobliwi pielgrzymi i rycerze chrystusowi, którzy zapadli na tę przypadłość, mieli być skazani na piekło. Mimo że trąd zrodził się z grzechu, istniała możliwość odkupienia. Nie zmieniło to jednak polityki separacji. Trędowaci chodzili w wyróżniających ich ubraniach i używali kołatek, aby ostrzec zdrowych przed sobą. Kościół nawet wprowadził osobne pogrzeby dla osób cierpiących na trąd. W cywilizacjach niechrześcijańskich, szczególnie w kręgu buddyjskim i taoistycznym, uznano, że okrucieństwo w stosunku do trędowatych jest usprawiedliwione. W Chinach trąd (li-lai, albo mafeng - zdrętwiały wiatr) wszedł na stałe do słownictwa medycznego około XV w. Podobnie jak w Europie nie rozumiano źródeł choroby. Uważano, że jest to przypadłość dziedziczna, a jako jej rozsadników uznano puszczalskie kobiety. Winiono je za czary i zanieczyszczanie społeczeństwa. W buddyzmie na dodatek uznano, że trąd to "choroba karmy".
Cykl życia powtarzał się wraz z karą za występki w poprzednim bycie. W Japonii, gdzie trąd pojawił się w VIII w., wiązało się to z dziedzicznym wstydem. W XI w. odnotowano trędowatych żebrzących pod świątyniami. Chorych po prostu wyrzucano z domów i nie mieli z czego się utrzymać. W okresie szogunatu Tokugawa ustanowiono kolonie trędowatych, praktykę kontynuowano do początku XX w. Dopiero w 1931 ustanowiono pierwszy szpital i wdrożono naukowe podejście do przypadłości. Podobne reformy wprowadzono w koreańskiej kolonii Tokio, gdzie praktyki w stosunku do chorych były bardzo okrutne, szczególnie w kolonii na wyspie Sorok.
Podejście do trądu i trędowatych zmieniło się dopiero w XIX w. Pionierami naukowego traktowania tej choroby było dwóch Norwegów. Gerhard A. Hansen odkrył, że choroba przenosi się za pomocą zarazków. Ale Daniel C. Danielssen uznał ją za przypadłość dziedziczną. Hansen miał rację, stąd trąd zwany jest też "chorobą Hansena".
Przypadłość ta atakuje wyłącznie ludzi i pancerniki (armadillos). Źródłem choroby są zarazki Mycobacterium leprae. Łacińskie słowo "lepra" oznacza łuski. Początkowo każdą niemal patologię dermatologiczną określano w taki sposób. Duża część autorytetów naukowych twierdzi, że trąd przenosi się drogą powietrzną: przez kichanie i kasłanie. Jednak inni podkreślają, że sposób infekcji nie jest do końca jasny. Niektórzy obawiają się, że być może zarazić się można też przez dotyk. Było to dość powszechne przekonanie w dawnych czasach. Stąd stygmatyzacja trędowatych oraz ich izolacja i segregacja. Do dziś na świecie istnieje 21 kolonii trędowatych.
W końcu nowoczesna medycyna wymyśliła lekarstwo na trąd: Multidrug Therapy (MT), czyli terapię kombinowaną. Początkowo stosowano olej chaulmoogra, który powodował bardzo poważne komplikacje jako efekt uboczny. Ale na szczęście dr. Guy Faget z Carville Leprosarium wyodrębnił antybiotyk, który w połączeniu z innymi lekarstwami pomaga zwalczyć patogen trądu. Pionierska praca dr. Paula Branda ze szpitala w Vellore w Indiach pozwoliła zastosować najnowsze zdobycze chirurgii rekonstrukcyjnej, które potrafią przywrócić trędowatym możliwość użytkowania kończyn. Do tego dochodzi praca misjonarzy i takich psychologów jak dr. Joon Lew w Korei. Nowoczesna medycyna pomogła w leczeniu ponad 16 milionów ofiar trądu przez ostatnie 30 lat. W zdrowym ciele zdrowy duch, a może lepiej: zdrowy duch pomoże ciału ozdrowieć. Nawet z trądu.
Marek Jan Chodakiewicz
Waszyngton, 6 września 2016 r
www.iwp.edu
Naturalnie do szerzenia się trądu przyczyniły się też zwykłe migracje. Np. w 1848 r. choroba (mai lepera) pojawiła się na Hawajach, a tubylcy winili za nią chińskich kulisów. Władcy hawajscy, w tym i królowa Lililuokalani, natychmiast wprowadzili i utrzymywali politykę separacji. Po pewnym czasie ustanowiono osobną kolonię na wyspie Molokai, gdzie trędowatych po prostu porzucono. Politykę tę kontynuowały USA po aneksji Hawajów.
Izolowano chorych na wyspach trędowatych. Np. odziedziczywszy problem po Hiszpanii, Stany Zjednoczone utrzymywały kolonie trędowatych na wyspie Culion w Archipelagu Filipińskim oraz na wyspie Chamorro w Archipelagu Guamskim. Potem obie kolonie połączono, gdy bezwzględnie deportowano pacjentów z Chamorro na Culion w 1912 r. Chodziło nie tylko o to, aby ograniczyć przypadki infekcji, ale i o to, by chorzy umierali w spokoju i nie zagrażali innym. Jak widać strach przed chorobą i przyzwyczajenia oraz stereotypy z nią związane funkcjonowały jeszcze w XX w.
Stopniowo jednak warunki się poprawiły - bardzo powoli. W stanie Luizjana istniały kolonie trędowatych, które funkcjonowały na zasadzie segregacji aż do lat 1920. Wprowadzano przymusową kwarantannę, na przykład w szpitalu dla trędowatych Carille Leprosarium w latach 1905 a 1915, co oznaczało w praktyce uwięzienie pacjentów. Dopiero po II wojnie światowej zaczęto ich traktować z większym humanitaryzmem.
Starożytni uważali, że trąd przenosi się przez kontakty seksualne, brudną wodę, zepsutą rybę czy ugryzienie owada. Odnoszono się też do Biblii, a dokładnie Księgi Kapłańskiej, która opisuje straszliwe epidemie i cierpienia, w tym i rozmaite przypadłości dermatologiczne, np. owrzodzenie. Scalano przy tym różne przypadłości: obok trądu np. syfilis. Stąd powszechne potępienie trądu jako dopustu Bożego, a trędowatych jako grzeszników, którym taki straszny los się należy. Wizerunek trędowatego zlewał się w jedno z image biedaka czy żebraka, wyrzuconego poza nawias społeczeństwa. Do tego dochodziła czasami konotacja lubieżności i słusznej kary za ekscesy seksualne.
Trąd drążył ciało, a po śmierci również duszę grzesznika. Stąd choroba ta natężała strach niezarażonych. Krucjaty pomogły podreperować ten wizerunek, bo przecież niemożliwe było, że świętobliwi pielgrzymi i rycerze chrystusowi, którzy zapadli na tę przypadłość, mieli być skazani na piekło. Mimo że trąd zrodził się z grzechu, istniała możliwość odkupienia. Nie zmieniło to jednak polityki separacji. Trędowaci chodzili w wyróżniających ich ubraniach i używali kołatek, aby ostrzec zdrowych przed sobą. Kościół nawet wprowadził osobne pogrzeby dla osób cierpiących na trąd. W cywilizacjach niechrześcijańskich, szczególnie w kręgu buddyjskim i taoistycznym, uznano, że okrucieństwo w stosunku do trędowatych jest usprawiedliwione. W Chinach trąd (li-lai, albo mafeng - zdrętwiały wiatr) wszedł na stałe do słownictwa medycznego około XV w. Podobnie jak w Europie nie rozumiano źródeł choroby. Uważano, że jest to przypadłość dziedziczna, a jako jej rozsadników uznano puszczalskie kobiety. Winiono je za czary i zanieczyszczanie społeczeństwa. W buddyzmie na dodatek uznano, że trąd to "choroba karmy".
Cykl życia powtarzał się wraz z karą za występki w poprzednim bycie. W Japonii, gdzie trąd pojawił się w VIII w., wiązało się to z dziedzicznym wstydem. W XI w. odnotowano trędowatych żebrzących pod świątyniami. Chorych po prostu wyrzucano z domów i nie mieli z czego się utrzymać. W okresie szogunatu Tokugawa ustanowiono kolonie trędowatych, praktykę kontynuowano do początku XX w. Dopiero w 1931 ustanowiono pierwszy szpital i wdrożono naukowe podejście do przypadłości. Podobne reformy wprowadzono w koreańskiej kolonii Tokio, gdzie praktyki w stosunku do chorych były bardzo okrutne, szczególnie w kolonii na wyspie Sorok.
Podejście do trądu i trędowatych zmieniło się dopiero w XIX w. Pionierami naukowego traktowania tej choroby było dwóch Norwegów. Gerhard A. Hansen odkrył, że choroba przenosi się za pomocą zarazków. Ale Daniel C. Danielssen uznał ją za przypadłość dziedziczną. Hansen miał rację, stąd trąd zwany jest też "chorobą Hansena".
Przypadłość ta atakuje wyłącznie ludzi i pancerniki (armadillos). Źródłem choroby są zarazki Mycobacterium leprae. Łacińskie słowo "lepra" oznacza łuski. Początkowo każdą niemal patologię dermatologiczną określano w taki sposób. Duża część autorytetów naukowych twierdzi, że trąd przenosi się drogą powietrzną: przez kichanie i kasłanie. Jednak inni podkreślają, że sposób infekcji nie jest do końca jasny. Niektórzy obawiają się, że być może zarazić się można też przez dotyk. Było to dość powszechne przekonanie w dawnych czasach. Stąd stygmatyzacja trędowatych oraz ich izolacja i segregacja. Do dziś na świecie istnieje 21 kolonii trędowatych.
W końcu nowoczesna medycyna wymyśliła lekarstwo na trąd: Multidrug Therapy (MT), czyli terapię kombinowaną. Początkowo stosowano olej chaulmoogra, który powodował bardzo poważne komplikacje jako efekt uboczny. Ale na szczęście dr. Guy Faget z Carville Leprosarium wyodrębnił antybiotyk, który w połączeniu z innymi lekarstwami pomaga zwalczyć patogen trądu. Pionierska praca dr. Paula Branda ze szpitala w Vellore w Indiach pozwoliła zastosować najnowsze zdobycze chirurgii rekonstrukcyjnej, które potrafią przywrócić trędowatym możliwość użytkowania kończyn. Do tego dochodzi praca misjonarzy i takich psychologów jak dr. Joon Lew w Korei. Nowoczesna medycyna pomogła w leczeniu ponad 16 milionów ofiar trądu przez ostatnie 30 lat. W zdrowym ciele zdrowy duch, a może lepiej: zdrowy duch pomoże ciału ozdrowieć. Nawet z trądu.
Marek Jan Chodakiewicz
Waszyngton, 6 września 2016 r
www.iwp.edu

Treść redakcyjna
Komentarzy: 0
Data publikacji: 19.09.2016 11:14
Karuzela z Blogerami. Jakub Zgierski („Młot na marksizm”): Krzykliwe dzieci postępu
16.08.2022 22:00

Komentarzy: 0
Jak twierdzi znany słoweński marksista Slavoj Žižek, zachodnia poprawność polityczna zastąpiła dawną walkę klas, tworząc w efekcie liberalną elitę, która twierdzi, że chroni zagrożone mniejszości, co ma na celu odwrócenie uwagi od jej własnej uprzywilejowanej pozycji. Niestety jest w tym wiele racji.
Czytaj więcej
[Felieton „TS”] Waldemar Biniecki: Wielka rezygnacja
09.08.2022 21:55
[Felieton "TS"] Waldemar Biniecki: To Wy musicie się w tej materii sprawnie poruszać
12.07.2022 21:55

Komentarzy: 0
Muszę rozczarować wszystkich tych, którzy oczekują nowej wojny secesyjnej w Stanach Zjednoczonych. Piszę ten tekst właśnie 4 lipca, w święto amerykańskiej niepodległości. Mieszkam w Stanach już ponad 20 lat i nie widzę nigdzie tych, którzy chcieliby się uniezależnić od Stanów Zjednoczonych.
Czytaj więcej
Gen. Wesley Clark: To jest wojna, którą Ukraina może przegrać, chyba że otrzyma znaczne wsparcie
30.05.2022 17:59

Komentarzy: 0
– Wiem, że Ukraińcy bardzo się starają. Słyszę wiele obietnic wsparcia. Ale gdy śledzę, co jest przekazywane, co dociera, jak skuteczne jest to wsparcie, to moim zdaniem wciąż jest ono niewystarczające – ocenia generał Wesley Clark.
Czytaj więcej
[Tylko u nas] Prof. Marek Jan Chodakiewicz: Intymnie u szejka
03.03.2022 21:55

Komentarzy: 0
Bodaj najbardziej fascynujące w pracy Elizabeth Warnock Fernea, “Guests of the Sheik: An Ethnography of an Iraqi Village” (New York: Anchor Books, A Division of Random House, Inc., 1989). są wątki intymne. Znajdujemy odniesienie do aborcji w wiosce (s. 185), czy o zwyczaju zawierania małżeństw z kuzynami. Było to pozytywne w sensie gospodarczym, ale nie genetycznym (s. 155-158). No i niosło z sobą potencjalnie śmiertelne niebezpieczeństwo dla panny młodej:
Czytaj więcej
