Szukaj
Konto

Tȟašúŋke Witkó: Pistoriusa papierowa strategia wzmocnienia Bundeswehry

Boris Pistorius
Źródło: Wikipedia | Autor: Olaf Kosinsky | Licencja: CC BY-SA 3,0 de | Boris Pistorius
Od kiedy tylko sięgam pamięcią, każdy szef resortu spraw wewnętrznych, wespół z oficerem powołanym na stanowisko Komendanta Głównego Policji wpadają na genialny pomysł i obiecują solennie, że funkcjonariusze zza biurek zostaną przesunięci do służby w terenie, co – przy tych samych nakładach finansowych – zwiększy bezpieczeństwo obywateli. Podobne wrażenie można odnieść po słowach ministra obrony Niemiec Borisa Pistoriusa na temat rozbudowy potencjału Bundeswehry.

I wówczas wszyscy czekają, kiedy na ulicach zaroi się od umundurowanych mężczyzn, którzy sprawią, że cała populacja bandziorów zniknie z powierzchni trzeciej planety od Słońca. Następnie, już po tygodniu od momentu zaanonsowania kopernikańskich zmian, obydwaj przywołani powyżej dżentelmeni wciąż toną w stertach papierów do przeczytania, a po ich podpisaniu przesyłają tony zadrukowanej celulozy do podwładnych, by ci zrealizowali opisane tam zadania. Miesiąc później, nasi bohaterowie orientują się, że najmniejsza nawet restrukturyzacja nie wchodzi w grę, bowiem przesunięcie choćby jednego klocka w misternie ułożonej konstrukcji kadrowej spowoduje załamanie całego systemu.

Po kwartale, nikt już nawet nie pamięta o złożonych obietnicach, wszystko jest po staremu, a jakiekolwiek roszady i reformy zostają odłożone na „świętego Nigdy”. W tym miejscu zaznaczam, że „niebieską formację” darzę wielkim szacunkiem, naświetlone powyżej mechanizmy zachodzą we wszystkich państwowych molochach, a Policję wyciągnąłem przed szereg wyłącznie dlatego, iż jest najbardziej wyrazista i bliska obywatelom, bowiem styczność z nią ma każdy Kowalski.

 

„I wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie…”

22 kwietnia 2026 roku, w środę, federalny minister obrony w rządzie kanclerza Friedricha Merza, Boris Pistorius, ogłosił strategię szybkiego wzmocnienia Bundeswehry. Polityk Socjaldemokratycznej Partii Niemiec, który – przypomnijmy – piastuje swoje stanowisko od stycznia roku 2023, czyli jeszcze od czasów gabinetu Olafa Scholza, z pompą zaanonsował, że armia będzie liczyć ponad 450 tys. żołnierzy, wraz z rezerwą, a główna część operacji zwiększenia pogłowia teutońskich wojaków zostanie przeprowadzona do końca 2029 roku. Padły też wiekopomne słowa o wyjściu naprzeciw wymaganiom NATO, kilka zdań o konieczności zmiany mentalnościowych w siłach zbrojnych oraz nieśmiertelne zapewnienie o uproszczeniu procedur biurokratycznych.

I to byłoby na tyle, Drodzy Państwo. Żadnych konkretów odnośnie nowych struktur, powołania kolejnych lub zwiększenia liczebności obecnych związków taktycznych, nic o zamówieniach nowoczesnych rodzajów sprzętu, a także cisza odnośnie dyslokacji jednostek poza granice państwa. Mam podejrzenie graniczące z pewnością, że Pistorius sprzedał swoim rodakom opowieść podobną do tej, jaką nam serwują ministrowie spraw wewnętrznych i komendanci głowni – tę ze wstępu niniejszego felietonu – a jej wartość merytoryczna i formalna oscyluje w okolicach zdania kończącego większość baśni, czyli o długim i szczęśliwym życiu jej dramatis personae (łac. „osoby dramatu”). Reasumując – polityk, w ramach uspokojenia nastrojów, powiedział kilka okrągłych zdań o niczym, wsiadł do limuzyny i tuż po zatrzaśnięciu drzwi pojazdu, zapomniał gdzie i po co był.

 

„Odstraszanie, głupcze”

Moi Wspaniali Czytelnicy zastanawiają się, co musiałby rzec Pistorius, aby być wiarygodnym, prawda? Spieszę z odpowiedzią! Otóż, sztab powinien przygotować mu opowieść o tym, że Niemcy muszą zbudować taki potencjał militarny, żeby Rosjanom nawet nie przyszło do głowy, by zaatakować demokratyczną Europę. Starcie zbrojne jest porażką polityki zagranicznej i wewnętrznej, więc szef resortu obrony jest zobligowany do uświadomienia swych krajan, że ich państwo wyśle na Litwę i do Polski – w ramach porozumień sojuszniczych – pułki rakietowe, przeciwlotnicze, jakieś eskadry samolotów szturmowych, ze dwa dywizjony śmigłowców przeciwpancernych, no i silną jednostkę dronów uderzeniowych. Wiem, że są Państwo zdumieni moim pomysłem, ale wyjaśnienie jest bardzo proste – stacjonowanie wojsk na obcym terytorium spowoduje, że ewentualny konflikt nie rozegra się na własnej ziemi, co pozwoli uniknąć strat w ludności cywilnej i infrastrukturze.

Z perspektywy Berlina, lepiej oglądać płonące Kowno czy Lublin, niż Rostok albo Drezno. Wojska rakietowe umożliwią uderzenie w głąb ugrupowania przeciwnika, przeciwlotnicy osłonią niemieckie niebo przed Suchojami i MiG-ami, a śmigłowce przeciwpancerne zniszczą wszelkie tanki, którym uda przedrzeć się przez Bug. Wojsk lądowych można wysłać niewielki komponent, gdyż Rosjanie nie dadzą rady sforsować dwóch kolejnych szerokich przeszkód wodnych, jakimi są Wisła i Odra. Naturalnie, powyższą gawędę należałoby okrasić bełkotem o zobowiązaniach sojuszniczych, troską o bezpieczeństwo Unii Europejskiej, NATO oraz zaprzyjaźnionych krajów, a także wszystkimi innymi okrągłymi zdaniami, tak uwielbianymi przez gawiedź.

Ponieważ niczego podobnego nie usłyszeliśmy, dlatego już dziś zapewniam Państwa, że Teutoni nie stworzą – oprócz jakiegoś rysunku na papierze – nawet jednego dodatkowego plutonu wartowniczego. To z kolei wyjdzie Polsce na dobre, bowiem Alternatywa dla Niemiec już ostrzy sobie zęby na władzę, a historia uczy, że zawsze wtedy, kiedy Niemcy są silne, wtedy Stary Kontynent spływa krwią.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 1 maja 2026 r.

[Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Miłośnik kawy w dużym kubku ceramicznym – takiej czarnej, parzonej, słodzonej i ze śmietanką. Samotnik, cynik, szyderca i czytacz politycznych informacji. Dawniej nerwus, a obecnie już nie nerwus]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 01.05.2026 21:40
Źródło: Tysol.pl