Szukaj
Konto

Zdzisław Krasnodębski: „Jedynie słuszni” w natarciu

Zdzisław Krasnodębski: „Jedynie słuszni” w natarciu
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Barbara Sadowska | Licencja: Tygodnik Solidarność | Zdzisław Krasnodębski
Jason Arday, głosząc swe jedynie słuszne poglądy i ilustrując je nieprawdopodobnymi opowieściami o swoich cierpieniach i wyczynach, stał się celebrowanym naukowcem, profesorem na elitarnym uniwersytecie. Jego „naukowe” publikacje nikogo tak naprawdę nie interesowały. Był wybitny, ponieważ głosił – głównie w mediach – duszoszczypatielne tezy, wspierane wyglądem i podrasowaną biografią.
Co musisz wiedzieć:
  • Autor krytykuje środowiska akademickie i kulturalne, w których o pozycji coraz częściej decyduje zgodność z ideologiczną linią.
  • Przykład Antoniego Libery i Bronisława Wildsteina pokazuje, że za nieprawomyślność można dziś zostać zaatakowanym jako „faszysta” czy „stalinista”.
  • Tekst wskazuje na paradoks współczesnej „awangardy postępu”.

Takich przypadków jest więcej – ludzi pozbawionych wiedzy, odpowiednich kwalifikacji i talentów, ale głoszących to, co należy, wzruszających swoim losem, epatujących swoim humanizmem lub/i pseudonaukowym bełkotem. W Polsce mieliśmy niedawno podobny głośny przypadek, a cichych jest bez liku. Z takich przypadków składa się w dużej mierze nasze życie akademickie i kulturalne. Wystarczy np. rzucić fundamentalne pytanie, jakiej płci był Konrad z „Dziadów” i czy Wokulski z Rzeckim nie byli przypadkiem parą kochanków, a Izabella Łęcka lesbijką, by zostać wybitnym polonistą lub artystą. Oj, daleko nam do merytokracji, której konsekwencjami tak się martwił Michael Sandel.

Dalsza część artykułu przeznaczona jest dla osób z subskrypcją premium

 

Czujna awangarda

Niestety ci głosiciele poglądów jedynie słusznych, ale uznanych i nagradzanych, zajmują się nie tylko propagowaniem swoich powtarzanych do znudzenia banałów, które może dwadzieścia czy pięćdziesiąt lat temu były śmiałe i oryginalne, lecz również zwalczaniem wszystkich, którzy im ten banał wykazują, którzy mają czelność mieć odmienne zdanie, którzy inaczej postrzegają rzeczywistość i dokonują innych wyborów politycznych. Demaskatorzy profesora Jasona Ardaya byli dezawuowani jako rasiści oraz zastraszani przez jego adwokatów. Mechanizmy wykluczenia i nagonki kierują się przeciw ludziom często bardzo wybitnym i kiedyś cenionym, dopóki nie podważyli oni dogmatów współczesności. Tak było z lewicowym filozofem Michelem Onfrayem we Francji, z pisarzami Moniką Maron czy Uwe Tellkampem w Niemczech. W Polsce atakowano Zbigniewa Herberta i Jarosława Marka Rymkiewicza. Z kolei ci, którzy zmienili poglądy na „słuszne”, jak mecenas Roman Giertych, lub obracają się stale w „postępowych” kręgach towarzyskich, ewoluując wraz z nimi, jak prokurator Helena Wolińska, zawsze mogą liczyć na wyrozumiałość.

Awangarda postępu jest bardzo czujna, reaguje na każdy przejaw nieprawomyślności. Niedawno nieco już zapomniany Tomasz Jastrun spostponował na swoim Facebooku dwóch wybitnych polskich pisarzy i intelektualistów, pisząc:

„Przypadek Antoniego Libery, a też Bronisława Wildsteina jest ciekawy, gdyż ukazuje, jak to było możliwe, że ludzie świetnie wykształceni i inteligentni mogli popierać faszyzm i stalinizm”.

No cóż, wiemy od dawna, że wykształceni i inteligentni mogli popierać faszyzm albo stalinizm. Narodowymi socjalistami byli np. Martin Heidegger i Carl Schmitt. Komunistą był György Lukács, podobnie jak Włodzimierz Brus czy Zygmunt Bauman. Zmarły nie tak dawno filozof Antonio Negri, ceniony w kręgach lewicowych, był nawet terrorystą. Można wręcz twierdzić, że to właśnie ludzie wykształceni i inteligentni ulegają ciągotom totalitarystycznym i autorytarnym, że siedząc nad książkami, marzą o przemocy i krwawej rzezi oponentów.

 

Faszyści i staliniści

Cóż jednak takiego uczynili Antoni Libera i Bronisław Wildstein, że skłoniło to Tomasza Jastruna do tej mało odkrywczej konstatacji? Dlaczego wywołała ona ożywioną dyskusję o znamionach nagonki upstrzonej solennymi deklaracjami o wyrzucaniu „Madame” do śmieci? Otóż Antoni Libera i Bronisław Wildstein biorą udział w spotkaniach z prezydentem.
Nie, nie chodzi – jak ktoś mógłby przypuszczać – o spotkania Klubu Wałdajskiego z prezydentem Rosji, bo to – jak wiemy – nie hańbi, a nawet może obecnie sprzyjać karierze, np. w Orlenie, lub ugruntować jeszcze bardziej niezwykły autorytet moralny i duchowy. Chodzi o spotkanie z prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej, które zostało zrelacjonowane złośliwie przez dziennikarza „Newsweeka” specjalizującego się w „tropieniu” i wyśmiewaniu tego rodzaju spotkań „prawicy”.

Nie ma jednak co się dziwić irytacji, którą te spotkania wywołują w kręgu znajomych i sympatyków Tomasza Jastruna. Gdyby prezydentem został Rafał Trzaskowski, wtedy być może to oni mogliby uczestniczyć w tego rodzaju spotkaniach w atmosferze „liberalnej”, „europejskiej”, postępowej, „dżenderowej” itd. Przegrana musi ciągle boleć. W dodatku – jak wiadomo – prezydent Karol Nawrocki jest dobrze oceniany przez Polaków i prowadzi w rankingach zaufania. Szczerze współczuję, muszę jednak przypomnieć, że demokratą jest tylko ten, kto uznaje demokratyczne wybory. Staliniści i faszyści demokratami nie byli.

Sympatyków i znajomych Jastruna musiało również obruszyć pytanie: „Komu potrzebna jest Polska?”, na które swoim wystąpieniem odpowiadał Antoni Libera. Jakże brzmi ono anachronicznie, „antyeuropejsko”, wręcz nacjonalistycznie. Tylko że przecież to komunistom i prawdziwym faszystom (tym we Włoszech i w Niemczech) Polska jako suwerenne państwo nie była potrzebna (i z poświęceniem i hartem ducha wyrzynali polskich patriotów). Ten, komu Polska nie jest potrzebna, powinien więc raczej ubolewać, że Libera i Wildstein – ludzie świetnie wykształceni i inteligentni – nie naśladują niemieckiego faszyzmu i rosyjskiego stalinizmu w tym względzie.

 

Zbyt dużo trudu

Najbardziej jednak oburzająca była teza, że Polska jest potrzebna Polakom z powodu globalizacji, ojkofobii elit i neokolonializmu unijnego. Libera tak mówił w Klarysewie o integracji unijnej:

„Szlachetna w założeniu idea, zrodzona ze sprzeciwu wobec wojny, przemocy i dominacji jednych nad drugimi, do tego stopnia uległa degeneracji, że przerodziła się w końcu w coś całkiem przeciwnego; że narody, wyrzekające się w punkcie wyjścia swych ekspansjonistycznych skłonności, ba, które wręcz karykaturalnie, do granic samozaparcia, biły się w pierś za niegdysiejszy kolonializm, po zaledwie półwieczu dopuszczają się recydywy (trudno powiedzieć, na ile nieświadomie, niby zmylone radykalnym przebraniem)”.

To rzeczywiście muszą być „straszne” słowa dla kogoś, kto widzi w UE swoją nową ojczyznę – już nie światowego proletariatu, lecz światowego oświecenia. Ale gdzie tu jest stalinizm albo faszyzm?

Jeśli by ktoś chciał poważnie zakwestionować tezę Libery, musiałby wiedzieć coś o UE, poza powtarzanymi w mediach sloganami, i kierować się czymś więcej niż poczuciem gorliwej lojalności. Kto chciałby zmierzyć się z Antonim Liberą czy Bronisławem Wildsteinem, by obalić lub podważyć ich diagnozę współczesności, musiałby zadać sobie dużo trudu i zdobyć się na pewien wysiłek intelektualny. Trzeba wybaczyć tym, którzy nie są w stanie tego zrobić. Brakuje im erudycji, by odeprzeć argumenty z „Buntu i afirmacji”, brakuje im talentu, głębi i duchowej elegancji, by dorosnąć do znakomitej prozy z „Najlepiej się nie urodzić”.

 

Maszerować i deptać

Pozostaje więc im tylko ideologiczna żarliwość, wierność doktrynie, przypominająca postawy działaczy ZMP z lat 50. Czy to symptom przeczulenia wynikającego z ciągle „nieprzepracowanej” traumy rodzinnej? Biorący udział w tej ożywionej dyskusji o „upadku” Libery i Wildsteina nie mogą chyba uporać się z historią własnych rodzin. Ich rodzice – niewątpliwie wykształceni i bardzo inteligentni – walczyli z reakcyjną Polską w imię postępu ludzkości, braterstwa, pokoju i budowy ojczyzny światowego proletariatu. Mieczysław Jastrun został autorem wiekopomnego „Trenu na śmierć generała Świerczewskiego”, Henryk Holland brutalnie atakował Kazimierza Twardowskiego i jego szkołę, Ernest Falk kierował propagandą Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy w Stanisławowie i w 1935 roku został skazany na 7 lat więzienia za działalność komunistyczną.

Kiedyś wydawało się, że pokolenie dzieci przemyślało błędy rodziców i ich walkę z „reakcją”. W czasach antykomunistycznej Solidarności odkryło tradycję narodową, wagę niepodległości i wolności, godności „prostego” człowieka, znaczenie wiary katolickiej. Doskonale pokazał to – niezapomniany w swojej pogoni za duchem czasu – Andrzej Wajda w „Człowieku z żelaza”. Ale teraz znowu, tak jak kiedyś rodzice, chcą oni maszerować na czele postępu ludzkości, depcząc – na szczęście tylko słowem – tych, którzy stają im na drodze.

[Śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 15.09.2026 06:00
Źródło: Tygodnik Solidarność 37/2026, oprac. Ludwik Pęzioł