Prof. Marek Jan Chodakiewicz dla "TS": Największy pasożyt Europy

Oleksandr Łukaszenka zwany jest przez zachodnie media ostatnim dyktatorem Europy. Celniej nazwać go największym pasożytem Europy. Pasożytuje bowiem od 1994 r. na kraju, którym rządzi: Białorusią. Nie znosi konkurencji, a więc nie pozwolił na powstanie tam ani oligarchii, ani mafii w postsowieckim znaczeniu tych słów.
Naturalnie można polemizować, czy to nie Putin jest największym pasożytem Europy, ale, po pierwsze, Federacja Rosyjska składa się z europejskiej i azjatyckiej części, po drugie, Rosjanie sami nie wiedzą, czy są Europejczykami czy Azjatami, a po trzecie, oligarchowie i mafia wciąż w Rosji istnieją, chociaż naturalnie muszą się przed władcą Kremla korzyć. Jednak Putin rządzi państwem o charakterze pluralistycznym "suwerennej demokracji". A więc zdolności pasożytnicze moskiewskiego władcy są ograniczone przez ten pluralizm, bez względu na to, że jest on patologiczny. Stąd upieram się, że Łukaszenka trzyma palmę pierwszeństwa w pasożytnictwie w Europie.
Trudno jest być dyktatorem. Trzeba się utrzymać u władzy, cwanie rozgrywając gry wewnętrzne i międzynarodowe. Nie można się potknąć, bo kończy się to smutnie: utratą władzy, a czasami nawet i życia. Batko Łukaszenka uwija się jak w ukropie, aby tego losu uniknąć. Ostatnio musiał sobie dać radę z demonstracjami antypodatkowymi.
Wprowadzony w kwietniu 2015 r. "podatek przeciw pasożytom" nakłada obowiązek płatności ok. 700 złotych na każdego, kto pozostaje bez pracy przez ponad 6 miesięcy. W Ameryce mamy obowiązkowy podatek w ramach "reformy" służby zdrowia, płacą go ludzie, którzy nie posiadają ubezpieczenia w ramach tego systemu. Pozyskane fundusze mają iść na koszty służby zdrowia. Podobnie podatek Łukaszenki ma pokryć wydatki związane z ubezpieczeniem społecznym "pasożytów".
Chyba batko spodziewał się, że Białorusini będą się cieszyć tym "usprawnieniem". Za Sowietów bowiem "pasożyty" społeczne lądowały w gułagu. A teraz tylko podatek. Ale próba wprowadzenia go w lutym 2017 r. wywołała protest w kilkunastu miastach: od Mołodeczna, Brześcia i Pińska przez Mińsk do Orszy i Bobrujska. Przy okazji odbyła się nawet opozycyjna blokada w Kuropatach, miejscu masowych straceń za rządów Stalina, gdzie związana z dyktaturą firma budownicza chciała zbezcześcić cmentarz. Jednak w większości miejsc mieliśmy do czynienia z klasycznym protestem ekonomicznym - ludzie sprzeciwili się nowym podatkom.
Nowe prawo dotknęło szczególnie Białorusinów, którzy pracują okresowo za granicą albo zatrudnieni są tymczasowo w małych prywatnych przedsiębiorstwach, albo gospodarstwach rolniczych. Oprócz tego "podatek przeciw pasożytom" stał się ostatnią kroplą, która przepełniła czarę goryczy. Stan gospodarki Białorusi jest tragiczny. Bieda jest powszechna. Ludzie mają dość.
Uprzednio destabilizacja na Białorusi nastąpiła w 2011 r. Miała również podłoże ekonomiczne. Rząd zdewaluował wtedy walutę o 56 proc. Podczas tzw. niemych protestów ludzie gromadzili się na placach i bili brawo. Nie skandowali, nie mieli transparentów. KGB-iści stłumili owe protesty nad wyraz brutalnie. Bicie brawa stało się przestępstwem, a nieme protestowanie uznano za wyraz "terroryzmu". Demonstracje zamarły. Zresztą ograniczone były wtedy głównie do Mińska.
Obecnie miały miejsce w wielu miastach prowincjalnych, jak i w stolicy. Brały w nich udział za każdym razem setki ludzi; razem przewinęło się przez nie w całym kraju tysiące niezadowolonych. Biorąc pod uwagę normy białoruskiej pasywności, są to statystyki zaprawdę imponujące. Łukaszenka ocenił zagrożenie właściwie. I zastosował taktykę kija i marchewki.
Najpierw dyktator zrzucił odpowiedzialność za egzekwowanie podatku na biurokratów niższych szczebli. Zachęcił ich do stosowania ulg. Nie uspokoiło to ludzi. Stąd w marcu 2017 r. miński władca zawiesił zbieranie podatku na rok. Spotkał się również z Iosifem Siaredzičem, redaktorem naczelnym niezależnej gazety "Narodnaya Volya". Ponieważ demonstracje wciąż wybuchały, aresztowano przywódców, niektórych potraktowano brutalnie. Oskarżono dysydentów o bycie agentami Polski, Ameryki, a nawet Ukrainy. Zgodnie z przywidywaniem ulice się opróżniły. Porządek panuje w Mińsku. Gdzie indziej też. Na razie. I na razie Łukaszenka dalej będzie na Białorusach pasożytować.
Marek Jan Chodakiewicz
Waszyngton, 25 marca 2017
www.iwp.edu
Artykuł pochodzi z najnowszego numeru "TS" (14/2017) dostępnego także w wersji cyfrowej tutaj.
Trudno jest być dyktatorem. Trzeba się utrzymać u władzy, cwanie rozgrywając gry wewnętrzne i międzynarodowe. Nie można się potknąć, bo kończy się to smutnie: utratą władzy, a czasami nawet i życia. Batko Łukaszenka uwija się jak w ukropie, aby tego losu uniknąć. Ostatnio musiał sobie dać radę z demonstracjami antypodatkowymi.
Wprowadzony w kwietniu 2015 r. "podatek przeciw pasożytom" nakłada obowiązek płatności ok. 700 złotych na każdego, kto pozostaje bez pracy przez ponad 6 miesięcy. W Ameryce mamy obowiązkowy podatek w ramach "reformy" służby zdrowia, płacą go ludzie, którzy nie posiadają ubezpieczenia w ramach tego systemu. Pozyskane fundusze mają iść na koszty służby zdrowia. Podobnie podatek Łukaszenki ma pokryć wydatki związane z ubezpieczeniem społecznym "pasożytów".
Chyba batko spodziewał się, że Białorusini będą się cieszyć tym "usprawnieniem". Za Sowietów bowiem "pasożyty" społeczne lądowały w gułagu. A teraz tylko podatek. Ale próba wprowadzenia go w lutym 2017 r. wywołała protest w kilkunastu miastach: od Mołodeczna, Brześcia i Pińska przez Mińsk do Orszy i Bobrujska. Przy okazji odbyła się nawet opozycyjna blokada w Kuropatach, miejscu masowych straceń za rządów Stalina, gdzie związana z dyktaturą firma budownicza chciała zbezcześcić cmentarz. Jednak w większości miejsc mieliśmy do czynienia z klasycznym protestem ekonomicznym - ludzie sprzeciwili się nowym podatkom.
Nowe prawo dotknęło szczególnie Białorusinów, którzy pracują okresowo za granicą albo zatrudnieni są tymczasowo w małych prywatnych przedsiębiorstwach, albo gospodarstwach rolniczych. Oprócz tego "podatek przeciw pasożytom" stał się ostatnią kroplą, która przepełniła czarę goryczy. Stan gospodarki Białorusi jest tragiczny. Bieda jest powszechna. Ludzie mają dość.
Uprzednio destabilizacja na Białorusi nastąpiła w 2011 r. Miała również podłoże ekonomiczne. Rząd zdewaluował wtedy walutę o 56 proc. Podczas tzw. niemych protestów ludzie gromadzili się na placach i bili brawo. Nie skandowali, nie mieli transparentów. KGB-iści stłumili owe protesty nad wyraz brutalnie. Bicie brawa stało się przestępstwem, a nieme protestowanie uznano za wyraz "terroryzmu". Demonstracje zamarły. Zresztą ograniczone były wtedy głównie do Mińska.
Obecnie miały miejsce w wielu miastach prowincjalnych, jak i w stolicy. Brały w nich udział za każdym razem setki ludzi; razem przewinęło się przez nie w całym kraju tysiące niezadowolonych. Biorąc pod uwagę normy białoruskiej pasywności, są to statystyki zaprawdę imponujące. Łukaszenka ocenił zagrożenie właściwie. I zastosował taktykę kija i marchewki.
Najpierw dyktator zrzucił odpowiedzialność za egzekwowanie podatku na biurokratów niższych szczebli. Zachęcił ich do stosowania ulg. Nie uspokoiło to ludzi. Stąd w marcu 2017 r. miński władca zawiesił zbieranie podatku na rok. Spotkał się również z Iosifem Siaredzičem, redaktorem naczelnym niezależnej gazety "Narodnaya Volya". Ponieważ demonstracje wciąż wybuchały, aresztowano przywódców, niektórych potraktowano brutalnie. Oskarżono dysydentów o bycie agentami Polski, Ameryki, a nawet Ukrainy. Zgodnie z przywidywaniem ulice się opróżniły. Porządek panuje w Mińsku. Gdzie indziej też. Na razie. I na razie Łukaszenka dalej będzie na Białorusach pasożytować.
Marek Jan Chodakiewicz
Waszyngton, 25 marca 2017
www.iwp.edu
Artykuł pochodzi z najnowszego numeru "TS" (14/2017) dostępnego także w wersji cyfrowej tutaj.

Treść redakcyjna
Komentarzy: 0
Udostępnij:
Data publikacji: 05.04.2017 15:20
Komentarze
Europejski system bezpieczeństwa bez USA? „Bardzo niebezpieczna opcja”
01.10.2026 22:31

Komentarzy: 0
Budowa europejskiego systemu bezpieczeństwa bez udziału Stanów Zjednoczonych byłaby „bardzo niebezpieczną” opcją – ocenił Kyryło Budanow, szef Biura Prezydenta Ukrainy. W rozmowie z Euronews mówił również o przyszłej współpracy obronnej Ukrainy z państwami europejskimi, nowych systemach zwalczania rosyjskich dronów oraz możliwości uruchamiania wspólnej produkcji uzbrojenia.
Czytaj więcej
Rosja grozi NATO bronią jądrową. Putin ostrzega ws. ataku na Królewiec
01.10.2026 21:16

Komentarzy: 0
Rosja ponownie zaostrza retorykę wobec państw NATO. Władimir Putin oświadczył, że w przypadku bezpośredniego ataku na obwód królewiecki pojawi się kwestia wykorzystania „wszystkich rodzajów uzbrojenia”, jakimi dysponuje Rosja. Niemal równocześnie rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow ostrzegł część państw Sojuszu przed – jak to określił – „militaryzmem” i przygotowywaniem się do konfrontacji z Moskwą.
Czytaj więcej
Kubilius ostrzega Rosję. „Atak na fabrykę broni w Europie może uruchomić art. 5 NATO”
01.10.2026 17:34

Komentarzy: 0
Unijny komisarz ds. obrony i przestrzeni kosmicznej Andrius Kubilius odpowiedział na rosyjskie groźby wobec europejskich zakładów produkujących uzbrojenie dla Ukrainy. Stwierdził, że jeśli Rosja uderzyłaby w europejskie fabryki, „byłby to artykuł 5”. Dzień wcześniej rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa nazwała takie zakłady potencjalnymi celami wojskowymi Rosji.
Czytaj więcej
Ukraiński generał ostrzega. „Polska została wybrana jako poligon”
30.09.2026 22:44

Komentarzy: 0
Ukraiński generał Wiktor Nazarow uważa, że Polska może stać się miejscem kolejnych rosyjskich prowokacji. Wskazuje na położenie naszego kraju, granice z Rosją i Białorusią oraz kluczową rolę Polski w dostarczaniu pomocy wojskowej Ukrainie. Według Nazarowa Polska została wybrana jako „poligon” do testowania prowokacji i ich eskalowania. Generał nie przedstawił jednak dowodów na istnienie konkretnego rosyjskiego planu w tej sprawie.
Czytaj więcej
Rosja grozi bronią jądrową. Rutte: Putin wie, że nigdy nie wygra z NATO
30.09.2026 20:25

Komentarzy: 0
Sekretarz generalny NATO Mark Rutte ocenił w środę, że nie ma obecnie bezpośredniego zagrożenia dla terytorium Sojuszu. Odniósł się do doniesień o rosyjskiej groźbie użycia broni jądrowej w przypadku próby odcięcia Kaliningradu. Jego zdaniem Władimir Putin wie, że Rosja nie byłaby w stanie wygrać konfrontacji z NATO. Rutte zapewnił, że Sojusz jest przygotowany do obrony całego swojego terytorium.
Czytaj więcej