"Było dla mnie naturalne, że będę przeciwko komunizmowi, systemowi narzuconemu Polsce przemocą przez Kreml. "Było dla mnie naturalne, że będę przeciwko komunizmowi, systemowi narzuconemu Polsce przem

Mariusz Patey: Jak to się stało, że znalazłeś się w strukturach podziemia walczącego z komunistycznymi kolaboracyjnymi rządami Jaruzelskiego i jego kliki?
Adam Borowski: To, że byłem w podziemiu, było naturalną drogą mojego życia. Jako dziecko słuchałem Wolnej Europy, słuchałem w rodzinie o moich przodkach, którzy się bili w Powstaniu Warszawskim. Było dla mnie naturalne, że będę przeciwko komunizmowi, systemowi narzuconemu Polsce przemocą przez Kreml.
Jako trzynastolatek w szóstej klasie powiesiłem w szkole plakaty przeciwko biciu studentów. To był 1968 r. I tak w 1980 r. znalazłem się w strukturach Solidarności. W momencie, kiedy władza uderzyła w Solidarność, musiałem działać. Nie traktowałem jej jak zwykłego związku zawodowego, ale jako organizację, która ma doprowadzić do niepodległości Polski. Tym bardziej trzeba było reagować.
M.P.: Pewnie nie byłeś jedynym, który z taką nadzieją angażował się w działania Solidarności.
A.B.: Myślę, że większość członków Solidarności tak to widziała. Angażowali się w struktury związkowe, bo one dawały możliwości, by działać szerzej na płaszczyźnie kulturalnej, politycznej po to, żeby Polskę wyrwać z systemu komunistycznego, z łap Kremla.
Kiedy władza uderzyła w związek zawodowy, to wypełniłem tylko swój związkowy obowiązek obrony naszej Solidarności. I oczywiście wszystko potoczyło się tak, jak miało się potoczyć. Po prostu cały ten nurt niepodległościowy, solidarnościowy w podziemiu w końcu przełamał opór komuny. Wygraliśmy, bo byliśmy dużą organizacją podziemną, mieliśmy wsparcie społeczeństwa. Działałem nie sam - była organizacja, struktury, oczywiście było kierownictwo, tak zwana Piątka. Zostałem jednym z szefów Międzyzakładowego Robotniczego Komitetu Solidarności (MRKS). Kierowałem tam służbami specjalnymi.
M.P.: Mógłbyś opowiedzieć o działaniach MRKS-u w tym czasie?
A.B.: Byłem na przykład jednym z uczestników akcji uwolnienia Jana Narożniaka, zorganizowaliśmy alternatywne obchody 1 Maja itd. Takich dużych ulicznych akcji robiliśmy wiele. Malowaliśmy na murach hasła i symbole, wieszaliśmy transparenty, rozrzucaliśmy ulotki, zasmradzaliśmy mieszkania kolaborantów, rysowaliśmy im samochody, zasmradzaliśmy teatry, które współpracowały z reżimem komunistycznym. MRKS był organizacją bardzo aktywną i widoczną na ulicach. Chcieliśmy się bić i dlatego potem, po więzieniu, a odsiedziałem dwa lata (z sześcioletniego wyroku), poszedłem do Solidarności Walczącej, by kontynuować tę walkę.
M.P.: A jaka akcja związana z Twoim działaniem w podziemiu najbardziej została Ci w pamięci?
A.B.: Najbardziej w pamięci utkwiło mi uwolnienie Jana Narożniaka, bo była to najbardziej spektakularna akcja podziemia. Postrzelony działacz Solidarności, umieszczony w szpitalu klinicznym na Banacha, pilnowany przez 19 funkcjonariuszy i wykradziony im stamtąd sprzed nosa… Późno się zorientowali, że Janka tam nie ma.
Był leczony w szpitalu po postrzale na placu Komuny Paryskiej, teraz placu Wilsona. Postrzelili go w miednicę i odstrzelili mu mały palec. Strzelano do niego z kałasznikowa, naprawdę mógł zostać zabity. Szczęście od Boga, że przeżył. Zawieźli go do szpitala, a my stamtąd go wykradliśmy, żeby nie wsadzili go do więzienia.
I to była najgłośniejsza akcja tego podziemia solidarnościowego. Taka, która najbardziej przypominała akcje AK z czasów II wojny światowej. Prawie nie używaliśmy broni, ale mieliśmy ze sobą paralizatory, gdyby była potrzeba ich użyć. Rzeczywiście, to była bardzo głośna akcja. Ludzie nas za to podziwiali i legendy wymyślano, kto ich uwolnił. A to mówiono, że tacy robotnicy z Gdańska przyjechali, że robotnicy z Ursusa.
No i tyle. Więcej oczywiście takich spektakularnych akcji nie było. Ale jeśli zauważyć, że w podziemiu zadrukowałem w jednej drukarni 200 ton papieru - 200 ton, w czasach, kiedy papier był reglamentowany, nie można było iść do sklepu i go kupić - to świadczy o skali działalności, prawda? A my mimo wszystko zdobywaliśmy ten papier. I w jednej drukarni z trzech, którymi kierowałem, tyle udało mi się wydrukować. To była duża podziemna fabryka druku z trzema zakładami; naprawdę duże przedsiębiorstwo, które obsługiwało bardzo wiele wydawnictw.
M.P.: W jakich okolicznościach zostałeś aresztowany?
A.B.: Aresztowali mnie dlatego, że nasza organizacja była bardzo sprawna i rzucająca się w oczy. Jednocześnie u jej podstaw pojawiły się błędne założenia, bo staraliśmy się, żeby z jednej strony miała pewien wymiar demokratyczny, tzn. żeby wchodzili do niej ludzie wybierani przez zakłady pracy na kierownicze stanowiska, a z drugiej strony żeby ona była tajna i konspiracyjna. Te dwie rzeczy są ze sobą nie do pogodzenia w warunkach dyktatury policyjnej z rozbudowanym aparatem służb i inwigilacją. I dlatego przez jeden z zakładów pracy, bo do naszej struktury należały 63 zakłady pracy, dostał się agent Sławomir Miastowski, potem wciągnął do tego kolejnego agenta - Tadeusza Kotarskiego.
No i zostaliśmy rozpracowani. A ponieważ po uwolnieniu Jana Narożniaka Służba Bezpieczeństwa i wywiad wojskowy zrozumieli, że jesteśmy organizacją sprawną, zdeterminowaną, złożoną z chłopaków, którzy się nie boją, uznali, że trzeba nas jak najszybciej wyłapać. Tym bardziej że wtedy miałem niezrealizowany - na szczęście - pomysł uprowadzenia pułkownika Ludowego Wojska Polskiego.
Mieliśmy plany jego porwania i wymiany za Zosię Romaszewską, aresztowaną 4 lipca. Myślę, że nawet wtedy, kiedy nasza organizacja była dosyć mocno inwigilowana przez służbę bezpieczeństwa, ta akcja by się na pewno udała. Tylko potem by nas pewnie pozabijali. SB wiedziało, że takie plany mamy, i uznało, że gościa, który kieruje służbami specjalnymi MRKS-u, trzeba aresztować. No i po prostu wpadłem, wydany przez agenta.
M.P.: A jak przyjąłeś dzień 4 czerwca 1989 r. i tę całą transformację, która nastąpiła?
A.B.: Ja opowiadałem się za rozmowami Okrągłego Stołu. To było wtedy wbrew stanowisku mojej organizacji, czyli Solidarności Walczącej. Uważałem, że jesteśmy niestety dosyć słabi, społeczeństwo jest zmęczone. Nie było takiej woli walki jak w 1980 r. Uznałem, że rozmowy mogą jakiś etap tego dojścia do niepodległości wypełnić. I byłem za rozmowami Okrągłego Stołu i byłem za porozumieniami Okrągłego Stołu. Natomiast bardzo szybko zrozumiałem, że dla sygnatariuszy tych porozumień - Wałęsy, Mazowieckiego i Geremka - wynik obrad Okrągłego Stołu i wyniki wyborów, nie do końca demokratycznych, nie są etapem na drodze do niepodległości, tylko są końcowym ustanowieniem pewnego status quo, porozumieniem z komunistami.
M.P.: Jak do tego doszedłeś?
A.B.: Nie mogliśmy zrozumieć, że posłowie i senatorowie Solidarności zagłosowali, żeby Jaruzelski był prezydentem, i protestowaliśmy przeciwko temu. Wydawałoby się, że jeżeli mielibyśmy być demokratycznym krajem, to powinni nam pozwolić demonstrować swoje poglądy. A tu na placu Trzech Krzyży zlano nas strasznie. Braliśmy pały, lano wodą. Rzeczywiście tłuczono nas strasznie.
Albo taki moment, kiedy chłopcy z Federacji Młodzieży Walczącej, którzy weszli do budynku Komitetu Wojewódzkiego w Gdańsku i zobaczyli, że niszczono dokumenty w podziemiach tego komitetu. A nasz rząd, już Mazowieckiego, zamiast zabezpieczyć te dokumenty przed zniszczeniem, to on przeciw tym chłopakom posłał ZOMO, oddziały zmotoryzowane, żeby ich lano jak jakichś przestępców.
Więc w dalszym ciągu nie żyliśmy w demokratycznym kraju. Jeżeli chłopaki z KPN i innych organizacji, Solidarności walczącej, z MRKS-u warszawskiego protestowali przeciwko pobytowi wojsk sowieckich, znaczy rosyjskich, tu w Polsce, to też przeciwko nim wysyłano policję i ich lano. Uznałem, że to nie jest jeszcze to, krótko mówiąc, to nie jest jeszcze ta władza, o którą nam chodziło. Zrozumiałem, że to jest pewna zdrada idei niepodległości, o którą się biłem. Że plan Balcerowicza łamał wszelkie uzgodnienia z Solidarnością przy Okrągłym Stole, a jednocześnie dotrzymywał umów z Magdalenki, tajnych umów z Magdalenki, zapewniających komunistom bezkarność, umożliwiających nomenklaturze partyjnej przejęcie ogromnych sektorów gospodarki - krótko mówiąc: uwłaszczenia mediów. No oczywiście, media to jeszcze jest oddzielna sprawa. Co tu dużo mówić, dla mnie dotrzymanie tych magdalenkowych umów było zdradą Solidarności, jej idei. Solidarność za to zapłaciła ogromną cenę, bo sprzedawano duże zakłady. Te ostoje Solidarności sprzedawano za przysłowiową złotówkę. Ludzi zwalniano z pracy. Nie robiono żadnych osłon, żeby dać im normalnie żyć. To był dla milionów ludzi bardzo trudny okres. I dlatego później protestowałem przeciwko planowi Balcerowicza i tym wszystkim narzucanym rozwiązaniom gospodarczym, które powodowały ogromne bezrobocie.
M.P.: A skąd Twoje zainteresowanie Czeczenią? Jesteś konsulem honorowym Republiki Iczkerii. Co to za twór? Czy można porównać Iczkerię z Polską na uchodźstwie? Struktury rządu Iczkerii - z polskim rządem na uchodźstwie w Londynie?
A.S.: Dokładnie, struktury Republiki Iczkerii przypominają polski rząd na uchodźstwie. Czeczeńska Republika Iczkerii jest to państwo wprawdzie nieuznane przez społeczność międzynarodową, ale to państwo wypełniło wszystkie prawne kroki, które upoważniały naród czeczeński do własnego państwa. Czeczeni przeprowadzili referendum, że chcą być niepodlegli. Dokonali demokratycznych wyborów, na których byli obserwatorzy międzynarodowi z OBWE i z różnych parlamentów, w tym z parlamentu polskiego. I wszyscy stwierdzili, że te wybory były w pełni demokratyczne, odbyły się według wszystkich demokratycznych zasad. Ustanowiono hymn, nazwę państwa…
M.P.: Czeczeni mieli burzliwą przeszłość - jak wyglądały ich stosunki z Rosją w minionych latach?
A.B.: Czeczeni obronili swoje państwo w pierwszej wojnie czeczeńskiej, bo Rosja napadła na nich w grudniu ‘94. I oni po półtora roku tę wojnę wygrali i podpisali porozumienie z Rosją w maju ‘97. W tym porozumieniu oba państwa zobowiązały się, by nie stosować przemocy w kontaktach między sobą.
Wydaje mi się to dosyć absurdalne, bo Rosja ma parę milionów kilometrów kwadratowych, natomiast Czeczenia to malusieńki kraik, 16,5 tys. kilometrów kwadratowych. Niemniej jednak Rosja tę wojnę przegrała i zobowiązała się, że wszystkie spory będą rozwiązywane bez użycia siły i na gruncie prawa międzynarodowego.
Niestety nikt nie uznał w tym momencie Czeczenii. I to pomogło Kremlowi pod rządami Putina rozpętać drugą wojnę czeczeńską. Putin napadł na Czeczenię w 1999 r. Ta wojna trwała dziesięć lat. Niestety, Rosja była lepiej przygotowana i całe terytorium Czeczenii w końcu zajęła. Siły zbrojne Czeczenii zostały zniszczone. Setki tysięcy uchodźców wyjechało za granicę. No i powstał rząd czeczeński na uchodźstwie, który reprezentuje Czeczeńską Republikę Iczkerii. Przypomnę tylko, że Rada Ukrainy uznała terytorium Czeczeńskiej Republiki Iczkerii za okupowane przez armię rosyjską.
M.P.: Czyli Twoje zainteresowanie Czeczenią wynika z empatii do tego narodu?
A.B.: Myślę, że to zainteresowanie wynika chyba z takiego tradycyjnego polskiego przekonania, że wspieramy słabszego. To była walka Dawida z Goliatem: Rosja, największy kraj na świecie, liczący 145 mln obywateli, podobno druga najsilniejsza armia na świecie. A ofiarą była malusieńka Czeczenia, 16,5 tys. kilometrów kwadratowych i milionowy naród. Kogo wspierać? To po pierwsze. A po drugie ja jako Polak i moja rodzina, i my wszyscy jako Polacy doskonale wiemy, na czym polega "przyjaźń" z Rosją, na czym polega opieka rosyjska nad innym krajem. I zdawałem sobie sprawę, że oni niszczą Czeczenów, tak jak nas, Polaków, niszczyli w przeszłości.
Poznałem historię Czeczenii, która ma mnóstwo wspólnych wątków z Polską, mimo że są to kraje od siebie bardzo dalekie. Można by tu naprawdę godzinę opowiadać o polskich związkach z Czeczenami. Osobiście uznaję, że każdy naród ma prawo do samostanowienia. I tak samo Czeczeni mają prawo do samostanowienia. Chcą być niepodlegli, podjęli taką decyzję i mają do tego prawo. Żadne inne państwo nie ma prawa im tego zabraniać. W związku z tym naturalną konsekwencją było opowiedzenie się po stronie Czeczenów, potrzebujących obrony i wsparcia.
M.P.: Jaką formę przybrało to wsparcie?
A.B.: Organizowałem w Polsce Komitet Polska-Czeczenia, organizowałem pomoc humanitarną także walczącym oddziałom czeczeńskim, a teraz pomagam Akhmedowi Zakajewowi, premierowi Czeczeńskiej Republiki Iczkerii na uchodźstwie, który wraz z rządem emigracyjnym buduje legiony czeczeńskie walczące z Kremlem na Ukrainie. Powstające oddziały czeczeńskie, które walczą u boku armii ukraińskiej z agresją rosyjską, ostatnio broniły Bachmutu.
M.P.: Dziś widać, że Kreml kontynuuje swoją zaborczą politykę, która po 1991 r. miała widoczną odsłonę podczas pierwszej wojny czeczeńskiej w 1994 r. Mieliśmy potem atak na Gruzję w 2008 r., na Ukrainę w 2014 r. i teraz agresję na ogromną skalę znów na Ukrainę. Jakie widzisz rozwiązanie tego problemu, którym jest współczesna Rosja?
A.B.: Chcę powiedzieć, że to, że Rosja doszła do takiego etapu rozwoju, że podjęła decyzję o wojnie z Ukrainą, wynika z bierności opinii międzynarodowej w przeszłości, kiedy Kreml nie był jeszcze tak silny, ale już popełniał zbrodnie w imię ekspansjonistycznie imperialnej polityki.
Po pierwszej wojnie czeczeńskiej, kiedy znana była skala zbrodni, które Rosjanie popełnili w Czeczenii, świat milczał. Nic nie powiedział. Rozwijał dalej kontakty gospodarcze i polityczne z prezydentem Jelcynem. A przecież pierwszą zaborczą wojnę przeciwko małej Czeczenii wywołał właśnie "demokrata" Jelcyn.
M.P.: Dlaczego tragedia Czeczenii spotkała się z takim milczącym przyzwoleniem Zachodu?
A.B.: Rosjanie niejako dostali carte blanche na mordowanie. Kraje wolnego świata jak gdyby nigdy nic dalej uważały, że współpracą gospodarczą oswoją tego rosyjskiego niedźwiedzia, oswoją go tak, że nie będzie taki imperialny, tak agresywny. Uznali, że dobrobyt, który się pojawi w rosyjskim społeczeństwie, spowoduje osłabienie chęci do powiększania tego imperium, co było oczywiście błędne.
M.P.: Ale Polska zdobyła się na gesty solidarności wobec poszkodowanych Czeczenów.
A.B.: Zachód nie znał duszy rosyjskiej w odróżnieniu od nas, Polaków. My jako państwo pomagaliśmy Czeczenom, to prawda, ale nie w takiej skali, w jakiej należałoby, w jakiej mogliśmy. Czeczeni dostali zbyt małe wsparcie na arenie międzynarodowej. Każdy etap rozwoju imperium okupiony krwią niewinnych ludzi, pierwsza, druga wojna czeczeńska to wszystko uchodziło Rosji na sucho.
Rosja zaczęła rozwój gospodarczy, nawiązała kontakt z Europą Zachodnią, budowano Nord Stream 1, potem Nord Stream 2… Zakupy za gigantyczne pieniądze rosyjskich surowców spowodowały, że Rosjanie mieli ogromne nadwyżki budżetowe i zaczęli reformować swoją armię, bo ta armia, przypomnę, przegrała z ochotnikami czeczeńskimi. W związku z tym Putin zrozumiał, że ma słabą armię i ogromne środki finansowe, zaczął więc w tę armię inwestować i ją reformować.
M.P.: Potem była Gruzja. Czy coś zmieniło to w stosunkach międzynarodowych?
A.B.: Nic. Kompletnie. Sankcje, jakie nałożone wtedy zostały na Rosję, były śmieszne. Mało tego, w tych śmiesznych sankcjach znajdowały się dodatkowo takie luki, z których bardzo często korzystały firmy z Francji, Niemiec, a nawet z Ameryki, żeby tylko te sankcje omijać. Nie wyciągnięto żadnych wniosków. Mało tego, agresywne działania Rosji w Syrii też nie spowodowały sankcji.
Przypomnę tylko, że po ataku na Gruzję Polska rządzona przez PO i Donalda Tuska ogłosiła reset stosunków z Rosją w 2010 r. Niemcy nie musieli ogłaszać, bo nie prowadzili antyrosyjskiej polityki, ale także Amerykanie w osobie Baracka Obamy w 2009 r. ogłosili reset. Tylko co skończyła się rosyjska napaść na Gruzję, a nowy prezydent zaraz po zaprzysiężeniu ogłosił reset polityki z Rosją. I co? Czy to spowodowało, że Rosja się opamiętała? Rosjanie potraktowali to jako słabość. Dalej się zbroili i uznali, że mogą rozpocząć rozbudowę armii i eskalować działania. W 2017 r. na konferencji w Monachium Putin wręcz w sposób ultymatywny wyartykułował oczekiwanie od NATO, żeby wycofało się na pozycję z 1991 r., tzn. żeby wśród nowych członków NATO nie była rozmieszczona broń i wojska amerykańskie.
M.P.: Dlaczego mu na tym tak zależało?
A.B.: A dlatego, żeby po Ukrainie (na którą już miał przygotowany plan napadu) móc bez ryzyka napaść na kraje nadbałtyckie, a może i na Polskę. W skład Imperium Rosyjskiego przecież wchodziła i Warszawa. No a Amerykanie to dla Rosji duża przeszkoda i ryzyko nieudanego ataku. Putin nie negocjował, on po prostu zażądał. Występując w pozycji takiego łobuza, zażądał niejako nowego podziału świata. Amerykanie się nie zgodzili, a ten po prostu nie ratyfikował różnych układów rozbrojeniowych.
Skoro nie udało się po dobroci, to wykorzystał zbudowaną przewagę militarną. No i uderzył w 2014 r. Jaka była odpowiedź Zachodu wtedy? Nieadekwatnie mała. Nawet jeśli zdawali sobie sprawę, że te zielone ludziki to nie są żadne zielone ludziki, tylko to jest regularna armia rosyjska, służby GRU i FSB, pozbawione jedynie swoich emblematów. Zachód dopuścił do tego, żeby nastąpiła aneksja Krymu. Zamiast dawać broń Ukrainie, szkolić ich wojsko, żeby oni potrafili się przed tą zarazą obronić, to zachodni politycy jeździli na rozmowy z Putinem. Musiał mieć niezły ubaw.
To jest skutek tych zaniedbań - to, co się teraz dzieje. To jest skutek takiej niefrasobliwości Zachodu, błędów politycznych.
M.P.: Zatem co dalej? Jak widzisz przyszłość Rosji?
A.B.: Myślę, że mimo wszystko Rosja się przeliczyła, popełniła bardzo poważne błędy. Pierwszy błąd, że uderzyła tak szybko, dlatego że Nord Stream 2 już był na ukończeniu i gdyby Rosja jeszcze trochę poczekała, to z pewnością Zachód - gdyby zaczął korzystać z Nord Stream 2 - byłby dodatkowo uzależniony z tego powodu. Zachodowi byłoby trudniej zrezygnować z rosyjskich surowców energetycznych, a do tego jeszcze Rosja byłaby bogatsza, boby te miliardy dolarów do niej dalej płynęły.
I przede wszystkim, co najważniejsze, Rosja nie doceniła armii ukraińskiej. 2022 r. to nie jest 2014 r. Ukraińcy wyciągnęli wnioski z tego roku i już zaczęli szkolić oddziały patriotyczne, czyścić swoją armię z tych prorosyjskich elementów. I to, że Rosja tak brutalnie uderzyła na Ukrainę, spowodowało, że Ukraińcy rosyjskojęzyczni stali się ukraińskimi patriotami. Oni rozumieją, na czym polega ruski mir, prawda? I chcą do wolnego świata, Zachodu. Rosja musi się rozpaść, to nie ulega dla mnie wątpliwości. Tak jak się rozpadł Związek Sowiecki i powstało 16 państw, tak teraz sama Rosja się rozpadnie, bo nie da się takiego terenu bronić.
M.P.: Sądzisz, że Rosja jest tak słaba?
A.B.: To jest kraj niezdolny do obrony takiego terenu. Każde państwo wymaga obrony, a Rosja jest słaba. To kolos na glinianych nogach. Ma oczywiście broń atomową, dlatego też Stany Zjednoczone na początku nie chciały rozpadu Związku Sowieckiego, bo Ukraina miała wtedy broń atomową. Waszyngtonowi chodziło o to, by jak najmniej podmiotów ją miało.
Tyle że to nie USA, a społeczeństwa i narody ZSRR zdecydowały, że chcą żyć we własnych państwach, nie w ZSRR. Waszyngton musiał zaakceptować ten fakt i uznać nowo powstałe kraje. Ten ruch odśrodkowy był bardzo silny. I teraz tam też jest silny.
Kaukaz musi odpaść od Rosji. Oni nie chcą być z nimi po prostu. Rosja musi się rozpaść na mniejsze części. I zobaczymy, na ile ich się rozpadnie, tego nie wiem. Na Syberii prawie nie ma Rosjan. To ziemie słabo zaludnione. A zaludniają je głównie Chińczycy. No i oczywiście są tam ludy autochtoniczne. Na przykład Jakucja, która ma milion kilometrów kwadratowych i milion ludzi. Oni mają ogromne bogactwa naturalne, które wysysa z nich centrala w Moskwie.
Mój przyjaciel rozmawiał po rozpadzie ZSRR z ówczesnym prezydentem Jakucji (wtedy - w latach 1991, 1992, 1993 - jeszcze używało się terminu "prezydent Jakucji", teraz to jest "gubernator"). I on mówił, że chciałby niepodległości, tylko się boi, że z Jakutami zrobią to samo co z Czeczenami. I nie chciał podejmować takiego ryzyka ze względu na to, że ich naród jest malutki. No i tak dalej.
M.P.: Jaki scenariusz byłby zatem najbardziej korzystny dla Ukrainy?
A.B.: Ta wojna musi się skończyć kapitulacją Rosji, nie zgniłym pokojem. Zgniły pokój nic nikomu nie da, będzie tylko generował nowe napięcia. Natomiast jeśli wojna się zakończy kapitulacją Rosji, oddaniem wszystkich ziem Ukrainie i spowodowaniem, że narody, które chcą swojej niepodległości, ją dostaną, jeśli zakończy się powstaniem Czeczeńskiej Republiki Iczkerii, powstaniem Dagestanu, Inguszetii, to pomniejszona w ten sposób Rosja nie będzie mieć sił i środków, by atakować sąsiadów. Może zajmie się wtedy swoimi sprawami, rozwojem gospodarki, podnoszeniem poziomu życia swoich obywateli, a nie wojnami zaborczymi. Rozpadła się Czechosłowacja na Słowację i Czechy. Czy coś złego się stało? Żyją w przyjaźni teraz, nie wrogości, w jednej Europie, mają swoje granice. Są dwa parlamenty i jest pełna zgoda. Utrzymywanie sztucznego tworu, jakim jest niezdekolonizowana Rosja, powoduje, że są tam wewnątrz ciągłe napięcia. Nastąpiła dekolonizacja świata w latach 60.-70. zeszłego wieku, a nie nastąpiła dekolonizacja Rosji, która też w XIX w. podporządkowała sobie mnóstwo ludów, łącznie z Polakami.
I musi nastąpić dekolonizacja. A jeżeli tak będzie, to wtedy w tej części świata może nastąpić pokój i będziemy bezpieczniejsi. Tak to widzę.

Byli opozycjoniści ponad podziałami w obronie Adama Borowskiego

Pierwsze ułaskawienie. Prezydent ujawnił, kogo może dotyczyć


