Tajemnicza śmierć prokuratora Hopa. Dlaczego autopsję wykonano dopiero po pięciu dniach?

1 marca w domu w Rybniku znaleziono ciała byłego szefa Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach – Jerzego Hopa – oraz jego syna. Okoliczności ich śmierci wciąż pozostają niejasne, a dodatkowe pytania pojawiły się po informacji, że sekcję zwłok przeprowadzono dopiero kilka dni po odnalezieniu ciał. Sprawa budzi duże zainteresowanie ze względu na przeszłość byłego prokuratora i jego rolę w śląskim wymiarze sprawiedliwości.
Tylko u nas
Tylko u nas / grafika własna

Co musisz wiedzieć:

  • W domu w Rybniku znaleziono ciała byłego szefa Prokuratury Apelacyjnej w Katowice – Jerzego Hopa – oraz jego 41-letniego syna. Na ciałach nie stwierdzono widocznych obrażeń, a śledczy zlecili sekcję zwłok i badania toksykologiczne.
  • Pytania budzi fakt, że autopsję przeprowadzono dopiero kilka dni po odnalezieniu ciał. Eksperci zwracają uwagę, że tak długi czas może utrudniać wykrycie niektórych substancji toksycznych i dokładne ustalenie przyczyny zgonu.
  • Jerzy Hop był w przeszłości jedną z najważniejszych postaci w śląskiej prokuraturze. W 2013 roku został prawomocnie skazany za wyłudzenie pieniędzy od przedsiębiorców, a jego kariera i powiązania z czasów PRL budziły kontrowersje.

 

Śmierć prokuratora

Śmierć byłego szefa Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach zamknęła pewien rozdział, który zawierał wiele kart, które jak wielu się wydaje, zostało ukrytych przed opinią publiczną. Wróciły pytania, które przez lata zadawano szeptem: Czy prokurator był nietykalny? Czym był i czy faktycznie istniał tak zwany „układ katowicki”?

Ciała 68-letniego Jerzego Hopa, byłego szefa Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach oraz jego 41-letniego syna znaleziono w sobotę 7 marca w domu w Rybniku. Śledczy przyznali, że na ciałach ofiar brak śladów obrażeń. Zlecono sekcję oraz toksykologię. Skoro nie żyją obaj, czy syn Łukasz był przypadkową ofiarą, czy był świadkiem, który musiał zginąć? Póki co ich śmierć jest tajemnicą.

 

Tajemnice sekcji

Zaczynają pojawiać się pierwsze pytania i wątpliwości. Dlaczego autopsję wykonano dopiero w środę, 11 marca – pięć dni po znalezieniu ciał? Zakładając, że śmierć Hopów nastąpiła w dniu, w którym znaleziono ciała, 5 dni to wydaje się być długo… Dlaczego sekcji nie wykonano na cito w niedzielę lub poniedziałek? Skoro w domu był odcięty prąd i gaz, to przyczyną śmierci równie dobrze mogło być zatrucie – przypadkowe lub celowe.

Przez 5 dni w ciele denata trwają już zaawansowane procesy rozkładu gnilnego, które zacierają ślady morfologiczne oraz chemiczne. Co najmniej 5 dni (czyli 100 godzin), jakie upłynęły od momentu znalezienia zwłok do wykonania sekcji, w niektórych przypadkach może być okresem wystarczająco długim, by niektóre dowody wyparowały lub zmieniły swoją strukturę. Polskie laboratoria medycyny sądowej rutynowo szukają alkoholu, tlenku węgla, popularnych leków nasennych (benzodiazepin) i pospolitych narkotyków. Nie szukają natomiast rzadkich trucizn zwiotczających mięśnie, insuliny (która i tak uległaby już rozpadowi), czy nowoczesnych, syntetycznych opioidów z czarnego rynku (np. pochodnych fentanylu), które w mikroskopijnych, trudnych do wykrycia dawkach powodują bezbolesne zatrzymanie oddechu.

Biegli z Zakładu Medycyny Sądowej praktycznie nigdy nie znajdują we krwi ze zwłok czystej heroiny czy kokainy po tak długim czasie. Znajdą jedynie ich metabolity, co pozwala stwierdzić, że zmarli przyjęli narkotyk, ale utrudnia precyzyjne ustalenie wielkości dawki śmiertelnej i dokładnego czasu jej zażycia przed śmiercią.

 

Problematyczne 5 dni zwłoki

Gdyby więc sprawa miała charakter zabójstwa z użyciem wyrafinowanych trucizn rodem z powieści kryminalnych (np. cyjanku potasu), 5 dni zwłoki byłoby problematyczne. Cyjanowodór jest substancją skrajnie lotną i nietrwałą w płynach biologicznych. Wraz z upływem dni traci on zdolność wiązania się z tkankami, częściowo ulatnia się, a częściowo jest metabolizowany przez enzymy uwalniające się z rozpadających się komórek. Jeśli ciała nie zostały od razu po znalezieniu w sobotę szczelnie zabezpieczone w workach, lotne stężenia mogły bezpowrotnie spaść i być niewykrywalne.

Jeśli miałby być rozważany scenariusz morderstwa doskonałego lub samobójstwa farmakologicznego, podanie odpowiedniej dawki insuliny jest niezwykle trudne do wykrycia. Po 5 dniach odróżnienie wstrzykniętej egzogennej insuliny od naturalnie występującej w ciele jest ekstremalnie trudne, wręcz graniczące z niemożliwością, ze względu na głęboką degradację struktury białkowej. Jedynym śladem pozostaje dokładne zbadanie miejsca wkłucia pod mikroskopem, o ile medyk wie, gdzie go szukać.

Substancje stosowane w anestezjologii (np. chlorek suksametoniowy, czyli sukcynylocholina - chętnie opisywany w literaturze kryminalnej) rozpadają się we krwi na naturalnie występujące kwasy i cholinę dosłownie w ciągu kilku - kilkunastu minut. Po 5 dniach od zgonu ich wykrycie metodami standardowego „przesiewu toksykologicznego” może być niemożliwe.

 

Kolejne pytania

Skoro wyniki sekcji nie ujawniły widocznych obrażeń (brak uduszenia, ran itp.), a standardowa toksykologia (poszukująca obecności alkoholu, leków uspokajających i tlenku węgla) za kilka tygodni być może wskaże wynik negatywny, to tutaj pojawiają się kolejne pytania: Czy jeżeli śmierć prokuratora Hopa i syna nie była skutkiem przyczyn naturalnych, to czy brak prądu w domu mógł posłużyć mordercy jako „naturalna chłodnia” maskująca procesy pośmiertne, pozwalając na degradację rzadkich trucizn, których medyk Zakładu Medycyny Sądowej rutynowo nie szuka?

W opinii specjalistów medycyny sądowej śmierć pozbawiona wyraźnych śladów walki, w opuszczonym domu bez mediów, to może być idealnym przepisem na tzw. „samobójstwo z ukrycia” lub nieszczęśliwy wypadek. Brak prądu i gazu w zrujnowanym domu byłego prokuratora tłumaczy się zazwyczaj problemami finansowymi. Jednak spoglądając z punktu widzenia potencjalnego sprawcy, celowe uszkodzenie instalacji, wykręcenie bezpieczników na zewnątrz czy odcięcie głównego zaworu gazu to doskonały sposób na wywołanie hipotermii (zamarznięcia).

Przed śledczymi trudne zadanie

W założeniu, zmuszenie dwóch dorosłych mężczyzn (68-latka i 41-latka) do uległości, bez pozostawienia śladów walki i obrony na ciałach nie jest łatwe. Jeżeli miałoby tak być, to wymagałoby na pewno chemicznego obezwładnienia. I tak np. kwas gamma-hydroksymasłowy (GHB), znany z pigułek gwałtu, powoduje głęboki sen i amnezję, a we krwi po kilku godzinach staje się niewykrywalny. Co więcej - GHB naturalnie powstaje w ciele po śmierci. Nie wydaje się nadużyciem stwierdzenie, że sprawcy przestępstw z wykorzystaniem tego typu środków doskonale wiedzą, że medyk sądowy, widząc nieznacznie podwyższone GHB po 5 dniach od zgonu, niemal na pewno uzna to za naturalny proces pośmiertny, a nie dowód na podanie „kropli na sen”.

Dla osoby krytycznie patrzącej na sprawę, przez pryzmat zdarzeń z poprzednich dziesięcioleci, można podejrzewać, że niniejsza sprawa ma niebezpiecznie podobny przebieg „uciszenia niewygodnego świadka” z lat 90. i dwutysięcznych, gdzie brak makroskopowych przyczyn zgonu jest paradoksalnie największym dowodem na to, że „ktoś” im w tej śmierci pomógł. Przed śledczymi stoi trudne zadanie. Być może tajemnica śmierci ukryta jest w życiorysie Jerzego Hopa. Pytanie, które się nasuwa niejako automatycznie - czy zabezpieczono jakiekolwiek nośniki danych, laptopy lub osobiste notatki Hopa?

 

Relacje prokuratora z komunistycznymi służbami

Kwestia powiązań Jerzego Hopa ze Służbą Bezpieczeństwa (SB) jest prawdopodobnie kluczem do zrozumienia jego pozycji. W archiwum IPN znajdują się informacje, że Jerzy Hop był „dopuszczony do prac mob.” (prac mobilizacyjnych - więcej poniżej). Choć nie figuruje on archiwach IPN tajny współpracownik (TW), to jego związki z aparatem represji PRL wynikały choćby z jego prokuratorskiej funkcji. 

Aby zrozumieć naturę tej relacji, trzeba cofnąć się do realiów PRL-owskiego wymiaru sprawiedliwości. W latach 80. prokuratura nie była instytucją niezależną w jakimkolwiek znaczeniu tego słowa. Pion śledczy prokuratury ściśle współpracował z Wydziałem Śledczym Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej (KW MO), a po reorganizacji — z Wydziałem Śledczym Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych (WUSW), czyli Służbą Bezpieczeństwa. Prokurator często nie był stróżem prawa, lecz jednym z instrumentów władzy.

 

Kariera z legitymacją partyjną

Jerzy Hop nie trafił do tego systemu przypadkowo. Podczas studiów na Wydziale Prawa Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach był aktywnym działaczem Socjalistycznego Związku Studentów Polskich (SZSP) — studenckiej przybudówki partii rządzącej — oraz wstąpił do PZPR. Obie decyzje, podjęte w młodości, wyznaczyły trajektorię jego kariery. Pod koniec lat 80. rozpoczął pracę jako prokurator w Prokuraturze Rejonowej w Katowicach.

W archiwach Instytutu Pamięci Narodowej Jerzy Hop nie pojawia się jako zarejestrowany agent. Nie oznacza to jednak całkowitego potwierdzenia, że był osobą wolną od zobowiązań i kontaktów z komunistycznym aparatem bezpieczeństwa. Wynikać to może ze specyfiki tego zawodu. SB rzadko rejestrowała prokuratorów czy sędziów jako tajnych współpracowników, ponieważ byli oni postrzegani jako „funkcjonariusze frontu ideologicznego” — lojalny element systemu, zwykle należeli do PZPR, a nie informatorzy. Ich współpraca z bezpieką była traktowana jako obowiązek służbowy, wpisany w charakter stanowiska, a nie jako tajna działalność agenturalna wymagająca formalnej rejestracji. Tej ostatniej zresztą zabraniała instrukcja operacyjna SB.

 

Certyfikat zaufania

O wyjątkowej pozycji Jerzego Hopa w oczach Służby Bezpieczeństwa świadczy jeden szczegół — został on dopuszczony do prac mobilizacyjnych. W PRL-owskich realiach było to wyróżnienie nieprzypadkowe. „Dopuszczenie do prac mob.” (mobilizacyjnych) przez Służbę Bezpieczeństwa oznaczało przyznanie specjalnego certyfikatu zaufania — zarówno politycznego, jak i kontrwywiadowczego. Był to certyfikat przyznawany osobom, które miały dostęp do ściśle tajnych planów państwa na wypadek wojny, głębokiego kryzysu ustrojowego lub otwartego konfliktu wewnętrznego. Dopuszczenie do prac mobilizacyjnych w przypadku prokuratora miało w systemie PRL szczególne znaczenie, wynikające ze strategicznej roli tej instytucji w systemie władzy. Prokuratura nie była wymiarem sprawiedliwości — była instrumentem kontroli społecznej, ściśle splecionym z aparatem bezpieczeństwa i strukturami partyjnymi.

Prokurator z takim certyfikatem był wtajemniczony w ściśle tajne plany funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości na wypadek wybuchu wojny, ogłoszenia stanu wojennego lub poważnych niepokojów społecznych. Wiedział, jak w takich okolicznościach miały działać sądy doraźne, prokuratury wojskowe oraz jak miały przebiegać przyspieszone procedury śledcze i karne. Posiadał wiedzę, której dysponentem było niewielu — i która czyniła go człowiekiem o wyjątkowej wartości dla systemu.

Aby prokurator mógł w ogóle ubiegać się o taki dostęp, musiał najpierw przejść dogłębną weryfikację prowadzoną wspólnie przez Służbę Bezpieczeństwa i Wojskową Służbę Wewnętrzną (WSW). Weryfikacja ta nie była formalnością — obejmowała analizę środowiska, sieci kontaktów, poglądów politycznych i lojalności osobistej. Jej wynik potwierdzał lub wykluczał absolutne oddanie kandydata wobec PZPR i ustroju socjalistycznego. Brak pozytywnego przejścia procedury weryfikacyjnej skutecznie zamykał drogę do awansów na stanowiska kierownicze w strukturach prokuratury. Hop przeszedł ją pomyślnie.

 

Człowiek dawnego systemu w III RP

Najbardziej zagadkowym elementem kariery Hopa pozostaje jednak to, co nastąpiło po roku 1989. Mimo działalności w PZPR i bliskich związków z aparatem władzy PRL, nie tylko uniknął weryfikacji, lecz awansował na najwyższe stanowiska w III Rzeczypospolitej. W Polsce, która oficjalnie zrywała z komunistyczną przeszłością, człowiek głęboko osadzony w tej przeszłości wspinał się coraz wyżej. Zresztą nie on jeden.

Zanim w 1993 roku Jerzy Hop objął stanowisko szefa Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach, przeszedł — przynajmniej formalnie — typową ścieżkę awansu w regionalnych strukturach wymiaru sprawiedliwości. Nic w jego curriculum vitae nie wyróżniało go szczególnie spośród innych funkcjonariuszy starego systemu, którzy w tamtym czasie zabiegali o utrzymanie pozycji i przestawienie się na nowe tory.

Swoją karierę zawodową Hop rozpoczynał pod koniec lat 80. jako śledczy w Prokuraturze Rejonowej w Katowicach. W 1991 roku awansował do Prokuratury Wojewódzkiej. Można by pomyśleć, iż szybko pojął, że nowe czasy wymagają nie tylko lojalności, ale i skuteczności — widocznej, medialnie nośnej skuteczności. Potrzebował głośnego sukcesu, który potwierdziłby jego przydatność w zmieniającym się systemie i otworzył drzwi do wyższych stanowisk.

 

Pacyfikacja kopalni Wujek: sprawiedliwość wybiórcza

Po upadku komunizmu Prokuratura Wojewódzka w Katowicach wszczęła w październiku 1991 roku śledztwo w sprawie pacyfikacji kopalni „Wujek” — jednej z najtragiczniejszych zbrodni stanu wojennego. Dzięki pracom sejmowej „komisji śledczej Rokity” i materiałom zebranym w ramach nowego postępowania, już w grudniu 1992 roku prokuratura mogła skierować do sądu akt oskarżenia przeciwko członkom plutonu specjalnego ZOMO. Tempo było imponujące — lecz, jak się okazało, zostało osiągnięte kosztem jakości i kompleksowości postępowania.

Za obsadą personalną śledztwa stał Jerzy Hop, który był szefem Prokuratury Wojewódzkiej w Katowicach. To on zdecydował, że prokuratorem prowadzącym sprawę zostanie Jacek Ancuta — wtedy młody, niezbyt doświadczony prawnik, świeżo delegowany z prokuratury rejonowej do „wojewódzkiej”. Dobór był zaskakujący, ale chyba nieprzypadkowy: ktoś mógłby bowiem przypuszczać, że człowiek niedoświadczony to człowiek łatwy do kierowania. W charakterze pomocnika Ancuty Hop wyznaczył Andrzeja Witkowskiego — byłego milicjanta, który w latach 80. został prokuratorem. Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że obaj śledczy każdy istotny ruch konsultowali ze swoim przełożonym — albo wręcz działali na jego bezpośrednie polecenie. Niezależność prokuratorów ma swoje granice.

Śledztwo i proces zomowców, którzy 16 grudnia 1981 roku zastrzelili dziewięciu górników, formalnie zakończyły się sukcesem — sprawcy zostali skazani. Jednak dla rodzin ofiar i dla wszystkich, którzy przyglądali się procesowi uważnie, stało się oczywiste, że prokuratura wybrała wariant sprawiedliwości wybiórczej. Cel był czytelny: wskazać i ukarać bezpośrednich wykonawców, lecz zadbać, by osoby wydające rozkazy nigdy nie stanęły przed sądem, a niewygodne wątki tragedii zostały starannie pominięte.

Spreparowana wersja rzeczywistości

Winę za zbrodnie przypisano wyłącznie 14 funkcjonariuszom ZOMO — bezpośrednim strzelcom. Tymczasem pozostali uczestnicy operacji — oficerowie, którzy wydawali rozkazy, żołnierze, decydenci polityczni - pozostali bezkarni. Ich rola została albo całkowicie pominięta w aktach oskarżenia, albo zmarginalizowana.

W moim przekonaniu to kunsztownie spreparowana wersja rzeczywistości, która izolowała odpowiedzialność w taki sposób, by każdy uczestnik mógł zasłaniać się twierdzeniem, że był „tylko jednym z wielu” w łańcuchu zdarzeń. Mechanizm doskonale znany z totalitarnych systemów, sprawdzający się z równą skutecznością w warunkach transformacji ustrojowej. Dokładnie ten proceder opisywałem w artykule „Tak zakłamywano prawdę o krwawej pacyfikacji kopalni "Wujek"”.

 

Cień Grupy D i ludzie bez mundurów

Osobnym i dotąd niewyjaśnionym rozdziałem jest kwestia Grupy D MSW — tajnej jednostki specjalnej, prowadzącej operacje dalekie od zwykłej pracy operacyjnej. Ujawnienie jej materiałów mogłoby zasadniczo zmienić naszą wiedzę o przebiegu pacyfikacji kopalni „Wujek”. Dokumenty Grupy D mogłyby rzucić nowe światło na rolę działań specjalnych, dezinformacji i prowokacji stosowanych przez aparat bezpieczeństwa w grudniu 1981 roku — na operacje propagandowe i ingerencje w środowiska strajkujących górników, które do tej pory pozostają nieznane.

W chaosie pacyfikacji kilku niezależnych świadków dostrzegło postacie, które nie pasowały do reszty. Bez charakterystycznych mundurów ZOMO, poruszające się inaczej, z opanowaniem godnym profesjonalistów, strzelające celnie i spokojnie. Czy to ludzie z grupy specjalnej pułkownika Perka — katowickiej struktury wchodzącej w skład zbrodniczej Grupy D MSW — pociągali za spust, wykonując brudną robotę, której nie chciano lub nie można było powierzyć zwykłym milicjantom?

Na sali sądowej to pytanie nigdy nie wybrzmiało wyraźnie. Jaka była w tym wszystkim konkretna rola Jerzego Hopa? Być może tego już się nie dowiemy. Tajemnicę zabrał do grobu.

 

Katapulta kariery i „układ katowicki”

Akt oskarżenia w sprawie pacyfikacji kopalni „Wujek” był dla Hopa nie tylko kolejnym krokiem w karierze — był katapultą. Spektakularna, jak się wówczas wydawało, sprawa otworzyła mu drzwi do najwyższych stanowisk w regionalnym wymiarze sprawiedliwości. Awans Hopa przypadł na moment wdrażania nowej struktury prokuratur apelacyjnych, dostosowywanych do powołanych nieco wcześniej sądów apelacyjnych.

Niezależnie od tego, czyj podpis ostatecznie widniał na akcie nominacji, przebieg kariery Hopa zdaje się pokazywać, że w kolejnych latach umiejętnie budował relacje ze wszystkimi liczącymi się siłami politycznymi — od SLD po kolejne formacje prawicowe — i z każdym ministrem sprawiedliwości, który zasiadał przy władzy i tak pełnił funkcję szefa Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach nieprzerwanie od 1993 do 2002 roku.

Czy jego pozycja była dziełem wyłącznie kompetencji? Hop mógł dysponować wiedzą o dawnych oficerach Służby Bezpieczeństwa, którzy po 1989 roku sprytnie przeistoczyli się w biznesmenów i weszli w struktury gospodarcze Śląska.

 

Operacja „Temida”

W 1999 roku Urząd Ochrony Państwa przeprowadzał nieudaną operację pod kryptonimem „Temida”. Przypomnijmy, że w jej ramach zatrzymano Krzysztofa Porowskiego — biznesmena z Sosnowca, oskarżonego o korupcję urzędników państwowych i sędziów oraz wyłudzenie milionów złotych ze środków Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Zgodnie z zeznaniami świadków, wśród których byli funkcjonariusze UOP, składanymi podczas procesu Porowskiego przed Sądem Okręgowym w Krakowie, podczas przesłuchań w UOP biznesmenowi składać miano propozycję: wolność w zamian za zeznania obciążające sędziów i prokuratorów z katowickiego środowiska.

Cała operacja zakończyła się spektakularną klęską. Po prawie trzech latach aresztu śledczego i wieloletnim procesie, krakowski sąd w kwietniu 2009 roku prawomocnie uniewinnił Porowskiego i wszystkich współoskarżonych. W uzasadnieniu wyroku sąd wskazał, że oskarżenia opierały się na preparowanych dowodach, wątpliwych zeznaniach świadków oraz na stosowaniu presji na świadków i oskarżonych przez funkcjonariuszy UOP. Po ogłoszeniu wyroku Porowski złożył przeciwko Skarbowi Państwa pozew o odszkodowanie w wysokości blisko 26 milionów złotych — jako rekompensatę za zniszczenie kariery zawodowej i majątku.

Aresztowanie Porowskiego i wczesna faza toczących się przeciwko niemu śledztw przypadały dokładnie na okres szczytowych wpływów Jerzego Hopa na Śląsku. Jako szef Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach sprawował nadzór nad pracą wszystkich podległych mu prokuratur w całym regionie. 

 

Korupcyjne imperium: 65 firm, jeden mechanizm

W 2013 roku Jerzy Hop został prawomocnie skazany na osiem lat pozbawienia wolności. Zarzucono mu wyłudzenie od prywatnych podmiotów łącznie 1,7 miliona złotych. Schemat przestępczy, który przez lata stosował, był zadziwiająco prymitywny.

W latach 1993–2002 Hop regularnie zapraszał przedsiębiorców na spotkania do swojego gabinetu w siedzibie prokuratury. Podczas tych rozmów z troską opowiadał o trudnej sytuacji finansowej podległej mu instytucji, ze szczególnym naciskiem na braki w wyposażeniu — sprzęcie biurowym, meblach, urządzeniach technicznych. Przekaz był jasny, choć nigdy niewyartykułowany wprost: wsparcie finansowe zostanie docenione przez właściwych ludzi we właściwym czasie. Przedsiębiorcy płacili. Pieniądze nie trafiały jednak na konto prokuratury — lądowały w kieszeni Hopa, który wystawiał firmom faktury nieistniejącej spółki American Computer Systems Inc., założonej przez kolegę ze szkoły, jako dokumentację przekazanej „darowizny”. W ten proceder wciągnął 65 przedsiębiorstw i wystawił kilkaset faktur.

Stracił prawie wszystko

Znamienne jest, że znaczna część firm, od których Hop wyłudzał „dobrowolne wsparcie”, była zarządzana w większości przez ludzi wywodzących się ze środowiska dawnych służb specjalnych lub milicji. Fakt, że płacili bez protestu, bez zgłaszania sprawy do organów ścigania, bez jakiegokolwiek publicznego oporu — może sugerować, że między nimi a Hopem istniały dawne, głęboko zakorzenione powiązania sięgające czasów PRL. 

Hop, najważniejszy swego czasu prokurator na Śląsku wpadł po tym, jak dziennikarze „Newsweeka” w kwietniu 2002 roku zainteresowali się jego majątkiem. Wykazali, że więcej wydaje, niż zarabia. Barbara Piwnik, który była wówczas ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym w rządzie Leszka Millera, odwołała Jerzego Hopa ze stanowiska. Pół roku później stracił immunitet, usłyszał zarzuty wyłudzenia 1,7 mln zł od różnych firm i trafił na 3 lata do aresztu. Prawomocny wyrok, który zapadł w 2013 r. był surowy. Hop usłyszał, że 8 lat spędzi za kratkami. Przez cały czas trwania procesu były prokurator nie przyznał się do winy. Po wyjściu z więzienia stracił prawie wszystko.


 

POLECANE
Komunikat dla mieszkańców woj. podkarpackiego z ostatniej chwili
Komunikat dla mieszkańców woj. podkarpackiego

Zarząd Województwa Podkarpackiego ogłosił wsparcie dla zdrowia psychicznego, modernizacji szpitala i promocji sportu – wynika z najnowszego komunikatu. Decyzje zapadły podczas 198. posiedzenia 16 marca 2026 r.

Szijjarto: Gdy Tusk prowadzi kampanię na rzecz węgierskiej opozycji, wygrywamy wybory wideo
Szijjarto: Gdy Tusk prowadzi kampanię na rzecz węgierskiej opozycji, wygrywamy wybory

„Za każdym razem, gdy Donald Tusk prowadzi kampanię na rzecz węgierskiej opozycji, wygrywamy wybory” - powiedział w rozmowie z dziennikarzami szef węgierskiej dyplomacji Peter Szijjarto pytany o poparcie, jakiego Donald Tusk udzielił węgierskiej opozycji.

Polskie rezerwy złota. NBP ujawnia dane z ostatniej chwili
Polskie rezerwy złota. NBP ujawnia dane

Na koniec stycznia 2026 r. rezerwy NBP w złocie wyniosły 550,2 tony i osiągnęły wartość 313,7 mld zł, a ich udział w oficjalnych aktywach rezerwowych wyniósł 30,2 proc. – podał Narodowy Bank Polski w danych o bilansie płatniczym za styczeń.

Weto prezydenta wywołało poruszenie w Niemczech. Media cytują słowa Tuska z ostatniej chwili
Weto prezydenta wywołało poruszenie w Niemczech. Media cytują słowa Tuska

"Podczas gdy obóz Nawrockiego z nieufnością podchodzi do zbliżenia z UE i obawia się o suwerenność Polski, Tusk chce współpracować z UE jeszcze ściślej niż dotychczas" – pisze w poniedziałek Die Welt.

Doradca prezydenta: Prawdziwy Polexit dzieje się dziś za sprawą Tuska z ostatniej chwili
Doradca prezydenta: Prawdziwy Polexit dzieje się dziś za sprawą Tuska

„PRAWDZIWY POLEXIT dzieje się dziś za sprawą Tuska” - napisał na platformie X dr Jacek Saryusz-Wolski, doradca prezydenta ds. europejskich komentując jeden z postów Donalda Tuska ws. SAFE.

Prokuratura cofnęła apelacje. Aktywiści z granicy uniewinnieni z ostatniej chwili
Prokuratura cofnęła apelacje. Aktywiści z granicy uniewinnieni

Pięcioro aktywistów, którzy pomagali nielegalnym imigrantom na granicy z Białorusią, zostało uniewinnionych. Zapadły w pierwszej instancji wyrok jest prawomocny, bo prokuratura cofnęła apelacje. Polecił to zrobić prokurator generalny Waldemar Żurek – dowiedziała się PAP.

KE decydująca, które terytoria i czy przekazać Rosji? Oto plan eurokratów tylko u nas
KE decydująca, które terytoria i czy przekazać Rosji? Oto plan eurokratów

Jak poinformował portal Euractiv.com, premier Belgii Bart De Wever wezwał w sobotę, aby państwa członkowskie upoważniły UE do negocjacji z Rosją, ponieważ jak dotąd nie udało jej się nakłonić Moskwy do wycofania się z wojny z Ukrainą. Jeżeli do tego dojdzie, stworzony zostanie precedens, który pozwoli później Komisji Europejskiej na negocjacje, np. ws. granic państw członkowskich.

Wyłączenia prądu w Małopolsce. Ważny komunikat dla mieszkańców z ostatniej chwili
Wyłączenia prądu w Małopolsce. Ważny komunikat dla mieszkańców

Mieszkańcy wielu powiatów w województwie małopolskim powinni przygotować się na planowane przerwy w dostawie energii elektrycznej. Operator Tauron opublikował aktualne harmonogramy wyłączeń dla wielu rejonów dystrybucji. Na liście znalazły się duże miasta, takie jak Kraków, Tarnów czy Nowy Sącz, jak i wiele mniejszych miejscowości. Sprawdź, czy Twoja ulica znajduje się na liście.

Polskie myśliwce przechwyciły rosyjski samolot. Jest komunikat z ostatniej chwili
Polskie myśliwce przechwyciły rosyjski samolot. Jest komunikat

Polskie myśliwce przechwyciły rosyjski samolot Ił-20 – poinformowało w poniedziałek Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych.

Zjechał trapem i zaczął uciekać. Szokujące sceny na lotnisku w Warszawie z ostatniej chwili
Zjechał trapem i zaczął uciekać. Szokujące sceny na lotnisku w Warszawie

Do niebezpiecznej sytuacji doszło na Lotnisku Chopina. Podczas kołowania 27-letni obywatel HiszpanIi otworzył drzwi samolotu, zjechał na płytę trapem ewakuacyjnym i zaczął uciekać. Został złapany przez Staż Graniczną i na trzy miesiące trafił do ośrodka dla cudzoziemców.

REKLAMA

Tajemnicza śmierć prokuratora Hopa. Dlaczego autopsję wykonano dopiero po pięciu dniach?

1 marca w domu w Rybniku znaleziono ciała byłego szefa Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach – Jerzego Hopa – oraz jego syna. Okoliczności ich śmierci wciąż pozostają niejasne, a dodatkowe pytania pojawiły się po informacji, że sekcję zwłok przeprowadzono dopiero kilka dni po odnalezieniu ciał. Sprawa budzi duże zainteresowanie ze względu na przeszłość byłego prokuratora i jego rolę w śląskim wymiarze sprawiedliwości.
Tylko u nas
Tylko u nas / grafika własna

Co musisz wiedzieć:

  • W domu w Rybniku znaleziono ciała byłego szefa Prokuratury Apelacyjnej w Katowice – Jerzego Hopa – oraz jego 41-letniego syna. Na ciałach nie stwierdzono widocznych obrażeń, a śledczy zlecili sekcję zwłok i badania toksykologiczne.
  • Pytania budzi fakt, że autopsję przeprowadzono dopiero kilka dni po odnalezieniu ciał. Eksperci zwracają uwagę, że tak długi czas może utrudniać wykrycie niektórych substancji toksycznych i dokładne ustalenie przyczyny zgonu.
  • Jerzy Hop był w przeszłości jedną z najważniejszych postaci w śląskiej prokuraturze. W 2013 roku został prawomocnie skazany za wyłudzenie pieniędzy od przedsiębiorców, a jego kariera i powiązania z czasów PRL budziły kontrowersje.

 

Śmierć prokuratora

Śmierć byłego szefa Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach zamknęła pewien rozdział, który zawierał wiele kart, które jak wielu się wydaje, zostało ukrytych przed opinią publiczną. Wróciły pytania, które przez lata zadawano szeptem: Czy prokurator był nietykalny? Czym był i czy faktycznie istniał tak zwany „układ katowicki”?

Ciała 68-letniego Jerzego Hopa, byłego szefa Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach oraz jego 41-letniego syna znaleziono w sobotę 7 marca w domu w Rybniku. Śledczy przyznali, że na ciałach ofiar brak śladów obrażeń. Zlecono sekcję oraz toksykologię. Skoro nie żyją obaj, czy syn Łukasz był przypadkową ofiarą, czy był świadkiem, który musiał zginąć? Póki co ich śmierć jest tajemnicą.

 

Tajemnice sekcji

Zaczynają pojawiać się pierwsze pytania i wątpliwości. Dlaczego autopsję wykonano dopiero w środę, 11 marca – pięć dni po znalezieniu ciał? Zakładając, że śmierć Hopów nastąpiła w dniu, w którym znaleziono ciała, 5 dni to wydaje się być długo… Dlaczego sekcji nie wykonano na cito w niedzielę lub poniedziałek? Skoro w domu był odcięty prąd i gaz, to przyczyną śmierci równie dobrze mogło być zatrucie – przypadkowe lub celowe.

Przez 5 dni w ciele denata trwają już zaawansowane procesy rozkładu gnilnego, które zacierają ślady morfologiczne oraz chemiczne. Co najmniej 5 dni (czyli 100 godzin), jakie upłynęły od momentu znalezienia zwłok do wykonania sekcji, w niektórych przypadkach może być okresem wystarczająco długim, by niektóre dowody wyparowały lub zmieniły swoją strukturę. Polskie laboratoria medycyny sądowej rutynowo szukają alkoholu, tlenku węgla, popularnych leków nasennych (benzodiazepin) i pospolitych narkotyków. Nie szukają natomiast rzadkich trucizn zwiotczających mięśnie, insuliny (która i tak uległaby już rozpadowi), czy nowoczesnych, syntetycznych opioidów z czarnego rynku (np. pochodnych fentanylu), które w mikroskopijnych, trudnych do wykrycia dawkach powodują bezbolesne zatrzymanie oddechu.

Biegli z Zakładu Medycyny Sądowej praktycznie nigdy nie znajdują we krwi ze zwłok czystej heroiny czy kokainy po tak długim czasie. Znajdą jedynie ich metabolity, co pozwala stwierdzić, że zmarli przyjęli narkotyk, ale utrudnia precyzyjne ustalenie wielkości dawki śmiertelnej i dokładnego czasu jej zażycia przed śmiercią.

 

Problematyczne 5 dni zwłoki

Gdyby więc sprawa miała charakter zabójstwa z użyciem wyrafinowanych trucizn rodem z powieści kryminalnych (np. cyjanku potasu), 5 dni zwłoki byłoby problematyczne. Cyjanowodór jest substancją skrajnie lotną i nietrwałą w płynach biologicznych. Wraz z upływem dni traci on zdolność wiązania się z tkankami, częściowo ulatnia się, a częściowo jest metabolizowany przez enzymy uwalniające się z rozpadających się komórek. Jeśli ciała nie zostały od razu po znalezieniu w sobotę szczelnie zabezpieczone w workach, lotne stężenia mogły bezpowrotnie spaść i być niewykrywalne.

Jeśli miałby być rozważany scenariusz morderstwa doskonałego lub samobójstwa farmakologicznego, podanie odpowiedniej dawki insuliny jest niezwykle trudne do wykrycia. Po 5 dniach odróżnienie wstrzykniętej egzogennej insuliny od naturalnie występującej w ciele jest ekstremalnie trudne, wręcz graniczące z niemożliwością, ze względu na głęboką degradację struktury białkowej. Jedynym śladem pozostaje dokładne zbadanie miejsca wkłucia pod mikroskopem, o ile medyk wie, gdzie go szukać.

Substancje stosowane w anestezjologii (np. chlorek suksametoniowy, czyli sukcynylocholina - chętnie opisywany w literaturze kryminalnej) rozpadają się we krwi na naturalnie występujące kwasy i cholinę dosłownie w ciągu kilku - kilkunastu minut. Po 5 dniach od zgonu ich wykrycie metodami standardowego „przesiewu toksykologicznego” może być niemożliwe.

 

Kolejne pytania

Skoro wyniki sekcji nie ujawniły widocznych obrażeń (brak uduszenia, ran itp.), a standardowa toksykologia (poszukująca obecności alkoholu, leków uspokajających i tlenku węgla) za kilka tygodni być może wskaże wynik negatywny, to tutaj pojawiają się kolejne pytania: Czy jeżeli śmierć prokuratora Hopa i syna nie była skutkiem przyczyn naturalnych, to czy brak prądu w domu mógł posłużyć mordercy jako „naturalna chłodnia” maskująca procesy pośmiertne, pozwalając na degradację rzadkich trucizn, których medyk Zakładu Medycyny Sądowej rutynowo nie szuka?

W opinii specjalistów medycyny sądowej śmierć pozbawiona wyraźnych śladów walki, w opuszczonym domu bez mediów, to może być idealnym przepisem na tzw. „samobójstwo z ukrycia” lub nieszczęśliwy wypadek. Brak prądu i gazu w zrujnowanym domu byłego prokuratora tłumaczy się zazwyczaj problemami finansowymi. Jednak spoglądając z punktu widzenia potencjalnego sprawcy, celowe uszkodzenie instalacji, wykręcenie bezpieczników na zewnątrz czy odcięcie głównego zaworu gazu to doskonały sposób na wywołanie hipotermii (zamarznięcia).

Przed śledczymi trudne zadanie

W założeniu, zmuszenie dwóch dorosłych mężczyzn (68-latka i 41-latka) do uległości, bez pozostawienia śladów walki i obrony na ciałach nie jest łatwe. Jeżeli miałoby tak być, to wymagałoby na pewno chemicznego obezwładnienia. I tak np. kwas gamma-hydroksymasłowy (GHB), znany z pigułek gwałtu, powoduje głęboki sen i amnezję, a we krwi po kilku godzinach staje się niewykrywalny. Co więcej - GHB naturalnie powstaje w ciele po śmierci. Nie wydaje się nadużyciem stwierdzenie, że sprawcy przestępstw z wykorzystaniem tego typu środków doskonale wiedzą, że medyk sądowy, widząc nieznacznie podwyższone GHB po 5 dniach od zgonu, niemal na pewno uzna to za naturalny proces pośmiertny, a nie dowód na podanie „kropli na sen”.

Dla osoby krytycznie patrzącej na sprawę, przez pryzmat zdarzeń z poprzednich dziesięcioleci, można podejrzewać, że niniejsza sprawa ma niebezpiecznie podobny przebieg „uciszenia niewygodnego świadka” z lat 90. i dwutysięcznych, gdzie brak makroskopowych przyczyn zgonu jest paradoksalnie największym dowodem na to, że „ktoś” im w tej śmierci pomógł. Przed śledczymi stoi trudne zadanie. Być może tajemnica śmierci ukryta jest w życiorysie Jerzego Hopa. Pytanie, które się nasuwa niejako automatycznie - czy zabezpieczono jakiekolwiek nośniki danych, laptopy lub osobiste notatki Hopa?

 

Relacje prokuratora z komunistycznymi służbami

Kwestia powiązań Jerzego Hopa ze Służbą Bezpieczeństwa (SB) jest prawdopodobnie kluczem do zrozumienia jego pozycji. W archiwum IPN znajdują się informacje, że Jerzy Hop był „dopuszczony do prac mob.” (prac mobilizacyjnych - więcej poniżej). Choć nie figuruje on archiwach IPN tajny współpracownik (TW), to jego związki z aparatem represji PRL wynikały choćby z jego prokuratorskiej funkcji. 

Aby zrozumieć naturę tej relacji, trzeba cofnąć się do realiów PRL-owskiego wymiaru sprawiedliwości. W latach 80. prokuratura nie była instytucją niezależną w jakimkolwiek znaczeniu tego słowa. Pion śledczy prokuratury ściśle współpracował z Wydziałem Śledczym Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej (KW MO), a po reorganizacji — z Wydziałem Śledczym Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych (WUSW), czyli Służbą Bezpieczeństwa. Prokurator często nie był stróżem prawa, lecz jednym z instrumentów władzy.

 

Kariera z legitymacją partyjną

Jerzy Hop nie trafił do tego systemu przypadkowo. Podczas studiów na Wydziale Prawa Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach był aktywnym działaczem Socjalistycznego Związku Studentów Polskich (SZSP) — studenckiej przybudówki partii rządzącej — oraz wstąpił do PZPR. Obie decyzje, podjęte w młodości, wyznaczyły trajektorię jego kariery. Pod koniec lat 80. rozpoczął pracę jako prokurator w Prokuraturze Rejonowej w Katowicach.

W archiwach Instytutu Pamięci Narodowej Jerzy Hop nie pojawia się jako zarejestrowany agent. Nie oznacza to jednak całkowitego potwierdzenia, że był osobą wolną od zobowiązań i kontaktów z komunistycznym aparatem bezpieczeństwa. Wynikać to może ze specyfiki tego zawodu. SB rzadko rejestrowała prokuratorów czy sędziów jako tajnych współpracowników, ponieważ byli oni postrzegani jako „funkcjonariusze frontu ideologicznego” — lojalny element systemu, zwykle należeli do PZPR, a nie informatorzy. Ich współpraca z bezpieką była traktowana jako obowiązek służbowy, wpisany w charakter stanowiska, a nie jako tajna działalność agenturalna wymagająca formalnej rejestracji. Tej ostatniej zresztą zabraniała instrukcja operacyjna SB.

 

Certyfikat zaufania

O wyjątkowej pozycji Jerzego Hopa w oczach Służby Bezpieczeństwa świadczy jeden szczegół — został on dopuszczony do prac mobilizacyjnych. W PRL-owskich realiach było to wyróżnienie nieprzypadkowe. „Dopuszczenie do prac mob.” (mobilizacyjnych) przez Służbę Bezpieczeństwa oznaczało przyznanie specjalnego certyfikatu zaufania — zarówno politycznego, jak i kontrwywiadowczego. Był to certyfikat przyznawany osobom, które miały dostęp do ściśle tajnych planów państwa na wypadek wojny, głębokiego kryzysu ustrojowego lub otwartego konfliktu wewnętrznego. Dopuszczenie do prac mobilizacyjnych w przypadku prokuratora miało w systemie PRL szczególne znaczenie, wynikające ze strategicznej roli tej instytucji w systemie władzy. Prokuratura nie była wymiarem sprawiedliwości — była instrumentem kontroli społecznej, ściśle splecionym z aparatem bezpieczeństwa i strukturami partyjnymi.

Prokurator z takim certyfikatem był wtajemniczony w ściśle tajne plany funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości na wypadek wybuchu wojny, ogłoszenia stanu wojennego lub poważnych niepokojów społecznych. Wiedział, jak w takich okolicznościach miały działać sądy doraźne, prokuratury wojskowe oraz jak miały przebiegać przyspieszone procedury śledcze i karne. Posiadał wiedzę, której dysponentem było niewielu — i która czyniła go człowiekiem o wyjątkowej wartości dla systemu.

Aby prokurator mógł w ogóle ubiegać się o taki dostęp, musiał najpierw przejść dogłębną weryfikację prowadzoną wspólnie przez Służbę Bezpieczeństwa i Wojskową Służbę Wewnętrzną (WSW). Weryfikacja ta nie była formalnością — obejmowała analizę środowiska, sieci kontaktów, poglądów politycznych i lojalności osobistej. Jej wynik potwierdzał lub wykluczał absolutne oddanie kandydata wobec PZPR i ustroju socjalistycznego. Brak pozytywnego przejścia procedury weryfikacyjnej skutecznie zamykał drogę do awansów na stanowiska kierownicze w strukturach prokuratury. Hop przeszedł ją pomyślnie.

 

Człowiek dawnego systemu w III RP

Najbardziej zagadkowym elementem kariery Hopa pozostaje jednak to, co nastąpiło po roku 1989. Mimo działalności w PZPR i bliskich związków z aparatem władzy PRL, nie tylko uniknął weryfikacji, lecz awansował na najwyższe stanowiska w III Rzeczypospolitej. W Polsce, która oficjalnie zrywała z komunistyczną przeszłością, człowiek głęboko osadzony w tej przeszłości wspinał się coraz wyżej. Zresztą nie on jeden.

Zanim w 1993 roku Jerzy Hop objął stanowisko szefa Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach, przeszedł — przynajmniej formalnie — typową ścieżkę awansu w regionalnych strukturach wymiaru sprawiedliwości. Nic w jego curriculum vitae nie wyróżniało go szczególnie spośród innych funkcjonariuszy starego systemu, którzy w tamtym czasie zabiegali o utrzymanie pozycji i przestawienie się na nowe tory.

Swoją karierę zawodową Hop rozpoczynał pod koniec lat 80. jako śledczy w Prokuraturze Rejonowej w Katowicach. W 1991 roku awansował do Prokuratury Wojewódzkiej. Można by pomyśleć, iż szybko pojął, że nowe czasy wymagają nie tylko lojalności, ale i skuteczności — widocznej, medialnie nośnej skuteczności. Potrzebował głośnego sukcesu, który potwierdziłby jego przydatność w zmieniającym się systemie i otworzył drzwi do wyższych stanowisk.

 

Pacyfikacja kopalni Wujek: sprawiedliwość wybiórcza

Po upadku komunizmu Prokuratura Wojewódzka w Katowicach wszczęła w październiku 1991 roku śledztwo w sprawie pacyfikacji kopalni „Wujek” — jednej z najtragiczniejszych zbrodni stanu wojennego. Dzięki pracom sejmowej „komisji śledczej Rokity” i materiałom zebranym w ramach nowego postępowania, już w grudniu 1992 roku prokuratura mogła skierować do sądu akt oskarżenia przeciwko członkom plutonu specjalnego ZOMO. Tempo było imponujące — lecz, jak się okazało, zostało osiągnięte kosztem jakości i kompleksowości postępowania.

Za obsadą personalną śledztwa stał Jerzy Hop, który był szefem Prokuratury Wojewódzkiej w Katowicach. To on zdecydował, że prokuratorem prowadzącym sprawę zostanie Jacek Ancuta — wtedy młody, niezbyt doświadczony prawnik, świeżo delegowany z prokuratury rejonowej do „wojewódzkiej”. Dobór był zaskakujący, ale chyba nieprzypadkowy: ktoś mógłby bowiem przypuszczać, że człowiek niedoświadczony to człowiek łatwy do kierowania. W charakterze pomocnika Ancuty Hop wyznaczył Andrzeja Witkowskiego — byłego milicjanta, który w latach 80. został prokuratorem. Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że obaj śledczy każdy istotny ruch konsultowali ze swoim przełożonym — albo wręcz działali na jego bezpośrednie polecenie. Niezależność prokuratorów ma swoje granice.

Śledztwo i proces zomowców, którzy 16 grudnia 1981 roku zastrzelili dziewięciu górników, formalnie zakończyły się sukcesem — sprawcy zostali skazani. Jednak dla rodzin ofiar i dla wszystkich, którzy przyglądali się procesowi uważnie, stało się oczywiste, że prokuratura wybrała wariant sprawiedliwości wybiórczej. Cel był czytelny: wskazać i ukarać bezpośrednich wykonawców, lecz zadbać, by osoby wydające rozkazy nigdy nie stanęły przed sądem, a niewygodne wątki tragedii zostały starannie pominięte.

Spreparowana wersja rzeczywistości

Winę za zbrodnie przypisano wyłącznie 14 funkcjonariuszom ZOMO — bezpośrednim strzelcom. Tymczasem pozostali uczestnicy operacji — oficerowie, którzy wydawali rozkazy, żołnierze, decydenci polityczni - pozostali bezkarni. Ich rola została albo całkowicie pominięta w aktach oskarżenia, albo zmarginalizowana.

W moim przekonaniu to kunsztownie spreparowana wersja rzeczywistości, która izolowała odpowiedzialność w taki sposób, by każdy uczestnik mógł zasłaniać się twierdzeniem, że był „tylko jednym z wielu” w łańcuchu zdarzeń. Mechanizm doskonale znany z totalitarnych systemów, sprawdzający się z równą skutecznością w warunkach transformacji ustrojowej. Dokładnie ten proceder opisywałem w artykule „Tak zakłamywano prawdę o krwawej pacyfikacji kopalni "Wujek"”.

 

Cień Grupy D i ludzie bez mundurów

Osobnym i dotąd niewyjaśnionym rozdziałem jest kwestia Grupy D MSW — tajnej jednostki specjalnej, prowadzącej operacje dalekie od zwykłej pracy operacyjnej. Ujawnienie jej materiałów mogłoby zasadniczo zmienić naszą wiedzę o przebiegu pacyfikacji kopalni „Wujek”. Dokumenty Grupy D mogłyby rzucić nowe światło na rolę działań specjalnych, dezinformacji i prowokacji stosowanych przez aparat bezpieczeństwa w grudniu 1981 roku — na operacje propagandowe i ingerencje w środowiska strajkujących górników, które do tej pory pozostają nieznane.

W chaosie pacyfikacji kilku niezależnych świadków dostrzegło postacie, które nie pasowały do reszty. Bez charakterystycznych mundurów ZOMO, poruszające się inaczej, z opanowaniem godnym profesjonalistów, strzelające celnie i spokojnie. Czy to ludzie z grupy specjalnej pułkownika Perka — katowickiej struktury wchodzącej w skład zbrodniczej Grupy D MSW — pociągali za spust, wykonując brudną robotę, której nie chciano lub nie można było powierzyć zwykłym milicjantom?

Na sali sądowej to pytanie nigdy nie wybrzmiało wyraźnie. Jaka była w tym wszystkim konkretna rola Jerzego Hopa? Być może tego już się nie dowiemy. Tajemnicę zabrał do grobu.

 

Katapulta kariery i „układ katowicki”

Akt oskarżenia w sprawie pacyfikacji kopalni „Wujek” był dla Hopa nie tylko kolejnym krokiem w karierze — był katapultą. Spektakularna, jak się wówczas wydawało, sprawa otworzyła mu drzwi do najwyższych stanowisk w regionalnym wymiarze sprawiedliwości. Awans Hopa przypadł na moment wdrażania nowej struktury prokuratur apelacyjnych, dostosowywanych do powołanych nieco wcześniej sądów apelacyjnych.

Niezależnie od tego, czyj podpis ostatecznie widniał na akcie nominacji, przebieg kariery Hopa zdaje się pokazywać, że w kolejnych latach umiejętnie budował relacje ze wszystkimi liczącymi się siłami politycznymi — od SLD po kolejne formacje prawicowe — i z każdym ministrem sprawiedliwości, który zasiadał przy władzy i tak pełnił funkcję szefa Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach nieprzerwanie od 1993 do 2002 roku.

Czy jego pozycja była dziełem wyłącznie kompetencji? Hop mógł dysponować wiedzą o dawnych oficerach Służby Bezpieczeństwa, którzy po 1989 roku sprytnie przeistoczyli się w biznesmenów i weszli w struktury gospodarcze Śląska.

 

Operacja „Temida”

W 1999 roku Urząd Ochrony Państwa przeprowadzał nieudaną operację pod kryptonimem „Temida”. Przypomnijmy, że w jej ramach zatrzymano Krzysztofa Porowskiego — biznesmena z Sosnowca, oskarżonego o korupcję urzędników państwowych i sędziów oraz wyłudzenie milionów złotych ze środków Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Zgodnie z zeznaniami świadków, wśród których byli funkcjonariusze UOP, składanymi podczas procesu Porowskiego przed Sądem Okręgowym w Krakowie, podczas przesłuchań w UOP biznesmenowi składać miano propozycję: wolność w zamian za zeznania obciążające sędziów i prokuratorów z katowickiego środowiska.

Cała operacja zakończyła się spektakularną klęską. Po prawie trzech latach aresztu śledczego i wieloletnim procesie, krakowski sąd w kwietniu 2009 roku prawomocnie uniewinnił Porowskiego i wszystkich współoskarżonych. W uzasadnieniu wyroku sąd wskazał, że oskarżenia opierały się na preparowanych dowodach, wątpliwych zeznaniach świadków oraz na stosowaniu presji na świadków i oskarżonych przez funkcjonariuszy UOP. Po ogłoszeniu wyroku Porowski złożył przeciwko Skarbowi Państwa pozew o odszkodowanie w wysokości blisko 26 milionów złotych — jako rekompensatę za zniszczenie kariery zawodowej i majątku.

Aresztowanie Porowskiego i wczesna faza toczących się przeciwko niemu śledztw przypadały dokładnie na okres szczytowych wpływów Jerzego Hopa na Śląsku. Jako szef Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach sprawował nadzór nad pracą wszystkich podległych mu prokuratur w całym regionie. 

 

Korupcyjne imperium: 65 firm, jeden mechanizm

W 2013 roku Jerzy Hop został prawomocnie skazany na osiem lat pozbawienia wolności. Zarzucono mu wyłudzenie od prywatnych podmiotów łącznie 1,7 miliona złotych. Schemat przestępczy, który przez lata stosował, był zadziwiająco prymitywny.

W latach 1993–2002 Hop regularnie zapraszał przedsiębiorców na spotkania do swojego gabinetu w siedzibie prokuratury. Podczas tych rozmów z troską opowiadał o trudnej sytuacji finansowej podległej mu instytucji, ze szczególnym naciskiem na braki w wyposażeniu — sprzęcie biurowym, meblach, urządzeniach technicznych. Przekaz był jasny, choć nigdy niewyartykułowany wprost: wsparcie finansowe zostanie docenione przez właściwych ludzi we właściwym czasie. Przedsiębiorcy płacili. Pieniądze nie trafiały jednak na konto prokuratury — lądowały w kieszeni Hopa, który wystawiał firmom faktury nieistniejącej spółki American Computer Systems Inc., założonej przez kolegę ze szkoły, jako dokumentację przekazanej „darowizny”. W ten proceder wciągnął 65 przedsiębiorstw i wystawił kilkaset faktur.

Stracił prawie wszystko

Znamienne jest, że znaczna część firm, od których Hop wyłudzał „dobrowolne wsparcie”, była zarządzana w większości przez ludzi wywodzących się ze środowiska dawnych służb specjalnych lub milicji. Fakt, że płacili bez protestu, bez zgłaszania sprawy do organów ścigania, bez jakiegokolwiek publicznego oporu — może sugerować, że między nimi a Hopem istniały dawne, głęboko zakorzenione powiązania sięgające czasów PRL. 

Hop, najważniejszy swego czasu prokurator na Śląsku wpadł po tym, jak dziennikarze „Newsweeka” w kwietniu 2002 roku zainteresowali się jego majątkiem. Wykazali, że więcej wydaje, niż zarabia. Barbara Piwnik, który była wówczas ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym w rządzie Leszka Millera, odwołała Jerzego Hopa ze stanowiska. Pół roku później stracił immunitet, usłyszał zarzuty wyłudzenia 1,7 mln zł od różnych firm i trafił na 3 lata do aresztu. Prawomocny wyrok, który zapadł w 2013 r. był surowy. Hop usłyszał, że 8 lat spędzi za kratkami. Przez cały czas trwania procesu były prokurator nie przyznał się do winy. Po wyjściu z więzienia stracił prawie wszystko.



 

Polecane