Toast za sumienie w czasach dyktatury emocji. John Henry Newman – Doktor Kościoła na XXI wiek

21 lutego minie 225 lat, odkąd w Londynie, w rodzinie pewnego bankiera o hugenockich korzeniach, przyszedł na świat chłopiec, który miał w przyszłości narobić w chrześcijaństwie więcej twórczego zamieszania niż całe legiony uładzonych teologów. John Henry Newman. Do niedawna „zaledwie” święty. Od kilku miesięcy – co wciąż brzmi w uszach nieco egzotycznie, jak tytuł nadany przez pomyłkę komuś zbyt bliskiemu współczesności – Doktor Kościoła.
John Henry Newman
John Henry Newman / WIkimedia Commons

Co musisz wiedzieć:

  • John Henry Newman został 1 listopada 2025 roku ogłoszony przez papieża Leon XIV Doktorem Kościoła, co czyni go jednym z nielicznych (38) nauczycieli o uniwersalnym znaczeniu dla całego chrześcijaństwa.
  • Newman to były duchowny anglikański i lider Ruchu Oksfordzkiego, który nawrócił się na katolicyzm.
  • Zdaniem autora jego aktualność polega na obronie rozumu, dogmatu i prawdziwie rozumianego sumienia, przeciw religijnemu liberalizmowi, sentymentalizmowi i utożsamianiu sumienia z subiektywnym uczuciem.

 

Piszę te słowa, patrząc na polską zimę, ale myślami wciąż jestem w rzymskim poranku sprzed kilku miesięcy. 1 listopada 2025 roku, w uroczystość Wszystkich Świętych, stałem na Placu Świętego Piotra, wciśnięty między grupę rozmodlonych Filipińczyków a delegację anglikańskich biskupów. To wtedy papież Leon XIV, w geście, który jednych zachwycił, a innych wprawił w konsternację (co w Watykanie jest zazwyczaj znakiem, że Duch Święty maczał w tym palce), ogłosił Newmana Doktorem Kościoła Powszechnego.

To wydarzenie bez precedensu, choć odbyło się bez barokowych fajerwerków, do których przyzwyczaiła nas historia. Oto człowiek, który przez połowę życia uważał Biskupa Rzymu za Antychrysta, zostaje przez tegoż Biskupa Rzymu postawiony w jednym rzędzie z Augustynem, Tomaszem z Akwinu i Teresą z Avila. Chichot historii? W tygodniu jego 225. urodzin warto zapytać: kim jest ten wiktoriański dżentelmen dla nas, ludzi epoki cyfrowego chaosu i intelektualnego lenistwa?

 

Rzymskie echa: laboratoria proroctwa

W swojej homilii Ojciec Święty uderzył w tony, które brzmiały jak echo pism samego Newmana, ale przefiltrowane przez wrażliwość XXI wieku. Papież mówił o edukacji, nawiązując do trwającego Jubileuszu Oświaty, którego Newman został ogłoszony współpatronem (wraz z Tomaszem z Akwinu – co za duet!).

– Kiedy myślę o szkołach i uniwersytetach, postrzegam je jako laboratoria proroctwa, gdzie nadzieja jest przeżywana, nieustannie opowiadana i ponownie proponowana

– mówił papież głosem spokojnym, ale stanowczym. Leon XIV przywołał postać Newmana jako patrona dla tych, którzy szukają prawdy w świecie „ciemności nihilizmu”. To było mocne. Papież zdiagnozował nihilizm jako „najniebezpieczniejszą chorobę współczesnej kultury”, a Newmana wskazał jako lekarza, który przepisuje lekarstwo trudne, gorzkie, ale skuteczne: odwagę myślenia w kategoriach wieczności.

– Zadaniem wychowania jest oferowanie tego Błogiego Światła tym, którzy w przeciwnym razie mogliby pozostać uwięzieni w szczególnie podstępnych mrokach pesymizmu i lęku

– kontynuował papież. To niesamowite, jak bardzo te słowa rezonują z dzisiejszym światem, pełnym lęku o przyszłość, o klimat, o pokój. Newman, człowiek XIX wieku, staje się prorokiem na wiek XXI, bo rozumiał, że edukacja bez Boga staje się jedynie tresurą inteligentnych istot.

Najbardziej poruszający był moment, gdy papież zacytował samego Newmana z jego „Rozmyślań i modlitw”:

„Bóg stworzył mnie, abym wypełnił dla Niego jakąś określoną służbę; powierzył mi jakąś pracę, której nie powierzył nikomu innemu. Mam swoje posłannictwo”.

 

Anatomia umysłu, który nie brał jeńców

Urodzony w 1801 roku Newman był dzieckiem swoich czasów – epoki pary, imperium brytyjskiego i rodzącego się, agresywnego liberalizmu, który traktował religię jak hobby dla starszych pań. Jego ojciec był bankierem, matka wywodziła się z hugenotów. W domu panowała atmosfera biblijnej powagi, ale bez fanatyzmu.

Młody Newman to umysł ostry jak brzytwa i dusza wrażliwa jak sejsmograf. W Oksfordzie, tym dziwnym mieście wież i dzwonów, gdzie średniowiecze spotykało się z nowoczesnością na partyjkę krykieta, John Henry szybko stał się gwiazdą. Jego charyzma polegała na czymś, co G.K. Chesterton nazwałby zapewne „szaleństwem zdrowego rozsądku”.

Newman widział, że Kościół Anglii, w którym został wyświęcony, dryfuje. Że staje się po prostu religijnym departamentem państwa, miłym dodatkiem do niedzielnego puddingu, pozbawionym zębów i – co gorsza – doktrynalnego kręgosłupa. Widział, jak liberalizm religijny – przekonanie, że jedna religia jest tak samo dobra jak inna, i że prawda jest kwestią gustu – zaczyna podmywać fundamenty wiary. To on, w swojej słynnej mowie „Biglietto” wygłoszonej przy odbieraniu kapelusza kardynalskiego nazwał liberalizm w religii swoim największym wrogiem.

Wraz z przyjaciółmi – Johnem Keble’em, Edwardem Bouverie’em Puseyem – zainicjował Ruch Oksfordzki. Cel mieli ambitny i – jak się miało okazać – samobójczy: chcieli udowodnić, że anglikanizm jest via media, drogą środka między „zepsutym, zabobonnym” Rzymem a radykalnym, odrzucającym tradycję protestantyzmem. Chcieli być katoliccy, ale nie rzymscy. Apostolscy, ale nie papiescy. Newman pisał traktaty, głosił kazania i badał historię.

Intelektualna uczciwość

I tu tkwił problem. Newman miał bowiem wadę, która w życiu publicznym bywa niewybaczalna: był intelektualnie uczciwy do bólu. Kiedy zaczął czytać Ojców Kościoła, ze zgrozą odkrył, że w lustrze pierwszych wieków chrześcijaństwa jego własny Kościół anglikański wygląda nie jak Kościół katolicki, ale jak arianie czy półarianie. Zobaczył, że w sporach o naturę Chrystusa, o łaskę, o Kościół, prawda zawsze stała po stronie Rzymu, nawet jeśli ten Rzym bywał politycznie nieznośny czy moralnie dwuznaczny.

„Zobaczyłem twarz w lustrze i była to twarz ducha”

– pisał. A znienawidzony Rzym? Rzym, ze wszystkimi swoimi wadami, korupcją i polityką, stał tam, gdzie stał Atanazy. To wtedy napisał zdanie, które jest jak wyrok dla każdego, kto chce traktować chrześcijaństwo jako bufet szwedzki, z którego wybiera się tylko to, co smaczne:

„Być głęboko w historii to przestać być protestantem”.

 

Noc w Littlemore i śmierć cywilna

Jego konwersja nie była romantycznym porywem serca. To była chłodna, bolesna operacja na otwartym umyśle. Noc z 8 na 9 października 1845 roku. Littlemore, mała wioska pod Oksfordem. Deszcz zacina o szyby dawnej stajni, którą Newman przerobił na bibliotekę. Przy kominku suszy przemoczoną sutannę włoski pasjonista, błogosławiony Dominik Barberi. To przed nim klęka najwybitniejszy umysł ówczesnej Anglii, by prosić o przyjęcie do „jednej owczarni”.

Trzeba zrozumieć, czym to było w wiktoriańskiej Anglii. To była niemal śmierć cywilna. Newman stracił wszystko: pozycję na uniwersytecie, dochody, dom. Stracił przyjaciół, jego własna siostra zerwała z nim kontakt. Dla anglikanów stał się niemalże Judaszem z Oksfordu.

A dla katolików? Tu czekała go kolejna niespodzianka, typowa dla Bożego poczucia humoru. Dla „starych katolików” w Anglii, przyzwyczajonych do życia w ukryciu i pewnej intelektualnej gnuśności, Newman był podejrzany. Zbyt intelektualny, zbyt „oksfordzki”, zbyt... myślący. Rzym też nie od razu go zrozumiał. Przez lata żył w cieniu, w Birmingham, zakładając Oratorium św. Filipa Neri. Był atakowany z obu stron. A jednak to właśnie ta samotność, to „ryzyko wiary”, o którym pisał, wykuło w nim świętość. Nie świętość naiwną, ale świętość mądrą, hartowaną w ogniu niezrozumienia.

 

Co to znaczy być Doktorem Kościoła?

Warto, byśmy zrozumieli wagę tytułu, który Newman otrzymał. W potocznym rozumieniu „doktorat” kojarzy się z uniwersytecką karierą. W Kościele to coś zupełnie innego – to stopień duchowego i intelektualnego oddziaływania. W ciągu dwóch tysięcy lat chrześcijaństwa, pośród tysięcy świętych i błogosławionych, tytuł Doktora Kościoła otrzymało zaledwie 37 osób przed Newmanem. To mniej niż liczba laureatów Nagrody Nobla w jednym dziesięcioleciu. Aby zostać Doktorem, nie wystarczy być świętym. Trzeba wnieść do skarbca wiary doktrynę wybitną i uniwersalną. Trzeba być kimś, kto – jak mówi łaciński źródłosłów „docere” – uczy. Nie tylko swoją epokę, ale Kościół wszystkich czasów.

Mamy więc w tym gronie gigantów starożytności: Ambrożego, Hieronima, Augustyna. Mamy średniowiecznych tytanów intelektu: Tomasza z Akwinu, Bonawenturę. Mamy mistyków reformy: Jana od Krzyża, Teresę z Avila. I teraz dołącza do nich Newman. Jest w tym gronie ewenementem. Jest pierwszym Doktorem Kościoła, który jest nowożytnym konwertytą. Owszem, Augustyn też był konwertytą, ale jego droga wiodła z pogaństwa i manicheizmu w świecie, który dopiero stawał się chrześcijański. Newman przeszedł drogę odwrotną – z chrześcijaństwa „rozcieńczonego”, państwowego, do chrześcijaństwa rzymskiego, w świecie, który właśnie przestawał być chrześcijański.

 

Dąb, który wyrasta z żołędzia: wkład w myśl katolicką

Dlaczego jest nam potrzebny jako Doktor? Bo rozwiązał dylemat, który dławi współczesną wiarę: jak to możliwe, że Kościół się zmienia, a jednocześnie twierdzi, że jest niezmienny? Jak pogodzić Tradycję z  historią? Jego esej „O rozwoju doktryny chrześcijańskiej” to dzieło, które powinno być lekturą obowiązkową każdego myślącego człowieka. Newman używa genialnej metafory: Kościół jest jak dąb, który wyrasta z żołędzia. Dąb wygląda zupełnie inaczej niż żołędź, ale jest to to samo życie. Zmiana jest dowodem na to, że Kościół żyje, a nie na to, że zdradził swoje źródła. „Tu na ziemi żyć to znaczy zmieniać się, a być doskonałym to znaczy zmieniać się często” – pisał.

To dzięki niemu Sobór Watykański II mógł w ogóle zaistnieć w takiej formie, jaką znamy. Paweł VI nazwał go kiedyś „nieobecnym Ojcem Soboru”. Newman przewidział rolę laikatu w Kościele na sto lat przed tym, jak stało się to tematem oficjalnych dokumentów. W czasach klerykalizmu pisał z przekąsem, ale i z głęboką teologiczną intuicją:

„Kościół wyglądałby głupio bez świeckich”.

 

Toast za sumienie (zanim wypijemy za papieża)

Dlaczego Newman jest tak aktualny? Bo żyjemy w czasach, w których słowa „sumienie” używa się jako synonimu dla „moich uczuć”. „Moje sumienie mi mówi” oznacza: „mam ochotę to zrobić i nie życzę sobie, by ktoś mnie oceniał”. Newman, nowy Doktor Kościoła, mówi: stop. Sumienie to nie jest twoja zachcianka. Sumienie to głos Boga w tobie. To „pierwotny Wikariusz Chrystusa”. Ono ma prawa, ale ma też obowiązki – przede wszystkim obowiązek szukania Prawdy, a nie potwierdzania własnych uprzedzeń. W swoim słynnym „Liście do Księcia Norfolk” Newman wzniósł toast, który powinien wisieć nad biurkiem każdego katolika, zwłaszcza tego, który lubi się powoływać na autorytety:

„Wznoszę toast za papieża, ale najpierw za sumienie, a dopiero potem za papieża”.

Papież jest sługą Prawdy, a nie jej właścicielem. Sumienie jest miejscem, gdzie Bóg mówi do człowieka bezpośrednio. Ale biada temu, kto myli głos Boga z echem własnych pragnień. Newman całe życie poświęcił na to, by te dwa głosy rozróżnić, i zapłacił za to wysoką cenę.

 

Przeciwko religii sentymentalnej (i bylejakości)

W 225. rocznicę urodzin warto spojrzeć na Newmana jako na odtrutkę. Odtrutkę na religijność, która boi się rozumu jak diabeł święconej wody. Na wiarę, która ucieka w sentymentalizm i „fajność”. Newman wiedział, że religia to sprawa poważna. Że dogmaty to nie są kajdany, ale mapa.

Stanisław Brzozowski, jeden z najciekawszych polskich umysłów, czytając Newmana we Florencji, pisał:

„Lubię, jak zaklęcie, te trzy litery J.H.N. – są one dla mnie jakby przypomnieniem”. Czego przypomnieniem? Może tego, że katolicyzm jest przygodą intelektualną. Że można klęczeć przed Najświętszym Sakramentem i jednocześnie mieć umysł otwarty na całą rzeczywistość, nie bojąc się Darwina, Marksa czy Freuda, bo Prawda nie boi się pytań. Newman to święty „późnego dojrzewania”. Jego życie pokazuje, że porażki są częścią planu. Że bycie niezrozumianym jest często ceną za bycie wiernym. Że – jak pisał – „ten, kto nigdy nie wątpił, nigdy tak naprawdę nie wierzył”.

W dniu jego urodzin nie musimy zdmuchiwać świeczek. Wystarczy, że zapalimy jedną – tę, o której pisał w swoim hymnie. Światło rozumu oświeconego wiarą.

„Ex umbris et imaginibus in veritatem”

– z cieni i obrazów do prawdy. Tak brzmi epitafium na jego grobie. I chyba nie ma lepszego życzenia na te dziwne, ciekawe czasy.

[Niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]


 

POLECANE
Francuski portal: Niebezpieczeństwa niemieckiej hegemonii militarnej dla Europy z ostatniej chwili
Francuski portal: Niebezpieczeństwa niemieckiej hegemonii militarnej dla Europy

„Niemcy ponownie staną się główną potęgą militarną do 2030 roku, bez żadnego rywala na kontynencie. Wystarczająco, by zaniepokoić sąsiadów i ożywić bolesne wspomnienia historyczne...” - ostrzega francuski L'Express.

Starcie ambasadora Niemiec i Stanisława Żaryna. Poszło o słowa Merza z ostatniej chwili
Starcie ambasadora Niemiec i Stanisława Żaryna. Poszło o słowa Merza

Ekspert ds. bezpieczeństwa Stanisław Żaryn odniósł się na platformie X do ostatnich słów kanclerza Friedricha Merza na temat II wojny światowej. Doczekał się skandalicznej reakcji niemieckiego ambasadora w Polsce Miguela Bergera.

Dagmara Pawełczyk-Woicka krytyczna wobec propozycji prezydenta ws. sędziów z ostatniej chwili
Dagmara Pawełczyk-Woicka krytyczna wobec propozycji prezydenta ws. sędziów

„Zakończenie rebelii w sądownictwie jest niezbędne dla utrzymania stabilności RP” – napisała na platformie X przewodnicząca Krajowej Rady Sądownictwa Dagmara Pawełczyk-Woicka. Wskazała jednak mankamenty prezydenckiego projektu w tej sprawie.

Ukraina wejdzie do UE w ramach „odwróconego członkostwa”? z ostatniej chwili
Ukraina wejdzie do UE w ramach „odwróconego członkostwa”?

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski chce, by w porozumieniu pokojowym zapisano 2027 rok jako datę wejścia jego państwa do UE. Zwolenniczką przyspieszonego, tzw. odwróconego członkostwa Ukrainy jest przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, która we wtorek w czwartą rocznicę wybuchu wojny odwiedzi Kijów.

Doradca prezydenta: SAFE to kwestia suwerenności i bezpieczeństwa z ostatniej chwili
Doradca prezydenta: SAFE to kwestia suwerenności i bezpieczeństwa

„SAFE to kwestia suwerenności i bezpieczeństwa, ZBYT POWAŻNA, by oprzeć się na ocenach środowisk analityków defence i osint, czasami wręcz amatorskich ws. unijnych” – napisał na platformie X doradca prezydenta ds. europejskich dr Jacek Saryusz-Wolski.

Coraz mniej szefów firm chce, by Polska przyjęła euro. Wolą złotego gorące
Coraz mniej szefów firm chce, by Polska przyjęła euro. Wolą złotego

23 proc. badanych szefów średnich i dużych firm chciałoby, aby Polska przyjęła euro; w 2011 roku odsetek ten wynosił 85 proc. – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Grant Thornton. Co trzeci respondent uważa, że Polska nigdy nie wejdzie do strefy euro.

Stan wyjątkowy w Nowym Jorku. Nadciąga potężna śnieżyca Wiadomości
Stan wyjątkowy w Nowym Jorku. Nadciąga potężna śnieżyca

Burmistrz Nowego Jorku Zohran Mamdani ogłosił w niedzielę stan wyjątkowy w mieście z powodu prognozowanej niezwykle silnej śnieżycy. Wprowadził zakaz przemieszczania się oraz zdecydował o zamknięciu w poniedziałek szkół publicznych. Władze ostrzegają przed zagrożeniem życia i całkowitym paraliżem komunikacyjnym.

GIS wydał ostrzeżenie. Na ten produkt trzeba uważać Wiadomości
GIS wydał ostrzeżenie. Na ten produkt trzeba uważać

Z półek sklepów sieci ALDI znika popularny makaron. Decyzja o wycofaniu zapadła po tym, jak wykryto błąd w oznakowaniu – na etykiecie nie wyróżniono obecności pszenicy, czyli alergenu zawierającego gluten. O sprawie poinformował Główny Inspektorat Sanitarny.

Gratka dla miłośników astronomii. Nie przegap tego zjawiska Wiadomości
Gratka dla miłośników astronomii. Nie przegap tego zjawiska

28 lutego na wieczornym niebie będzie można zobaczyć tzw. paradę planet. To zjawisko polega na tym, że kilka planet – z perspektywy Ziemi – wydaje się ustawiać w jednej linii. Choć w rzeczywistości dzielą je ogromne odległości, na niebie pojawiają się w tym samym czasie wzdłuż jednej linii zwanej ekliptyką.

Awaria na kolei w Opolu: pociągi kursują z opóźnieniami Wiadomości
Awaria na kolei w Opolu: pociągi kursują z opóźnieniami

Na trasie Opole - Suchy Bór doszło do wykolejenia lokomotywy elektrycznej. Nikt nie został ranny. Na miejscu pracują strażacy i policja. Utrudnienia w ruchu dotyczą pociągów jadących trasą Tarnowskie Góry - Opole Główne.

REKLAMA

Toast za sumienie w czasach dyktatury emocji. John Henry Newman – Doktor Kościoła na XXI wiek

21 lutego minie 225 lat, odkąd w Londynie, w rodzinie pewnego bankiera o hugenockich korzeniach, przyszedł na świat chłopiec, który miał w przyszłości narobić w chrześcijaństwie więcej twórczego zamieszania niż całe legiony uładzonych teologów. John Henry Newman. Do niedawna „zaledwie” święty. Od kilku miesięcy – co wciąż brzmi w uszach nieco egzotycznie, jak tytuł nadany przez pomyłkę komuś zbyt bliskiemu współczesności – Doktor Kościoła.
John Henry Newman
John Henry Newman / WIkimedia Commons

Co musisz wiedzieć:

  • John Henry Newman został 1 listopada 2025 roku ogłoszony przez papieża Leon XIV Doktorem Kościoła, co czyni go jednym z nielicznych (38) nauczycieli o uniwersalnym znaczeniu dla całego chrześcijaństwa.
  • Newman to były duchowny anglikański i lider Ruchu Oksfordzkiego, który nawrócił się na katolicyzm.
  • Zdaniem autora jego aktualność polega na obronie rozumu, dogmatu i prawdziwie rozumianego sumienia, przeciw religijnemu liberalizmowi, sentymentalizmowi i utożsamianiu sumienia z subiektywnym uczuciem.

 

Piszę te słowa, patrząc na polską zimę, ale myślami wciąż jestem w rzymskim poranku sprzed kilku miesięcy. 1 listopada 2025 roku, w uroczystość Wszystkich Świętych, stałem na Placu Świętego Piotra, wciśnięty między grupę rozmodlonych Filipińczyków a delegację anglikańskich biskupów. To wtedy papież Leon XIV, w geście, który jednych zachwycił, a innych wprawił w konsternację (co w Watykanie jest zazwyczaj znakiem, że Duch Święty maczał w tym palce), ogłosił Newmana Doktorem Kościoła Powszechnego.

To wydarzenie bez precedensu, choć odbyło się bez barokowych fajerwerków, do których przyzwyczaiła nas historia. Oto człowiek, który przez połowę życia uważał Biskupa Rzymu za Antychrysta, zostaje przez tegoż Biskupa Rzymu postawiony w jednym rzędzie z Augustynem, Tomaszem z Akwinu i Teresą z Avila. Chichot historii? W tygodniu jego 225. urodzin warto zapytać: kim jest ten wiktoriański dżentelmen dla nas, ludzi epoki cyfrowego chaosu i intelektualnego lenistwa?

 

Rzymskie echa: laboratoria proroctwa

W swojej homilii Ojciec Święty uderzył w tony, które brzmiały jak echo pism samego Newmana, ale przefiltrowane przez wrażliwość XXI wieku. Papież mówił o edukacji, nawiązując do trwającego Jubileuszu Oświaty, którego Newman został ogłoszony współpatronem (wraz z Tomaszem z Akwinu – co za duet!).

– Kiedy myślę o szkołach i uniwersytetach, postrzegam je jako laboratoria proroctwa, gdzie nadzieja jest przeżywana, nieustannie opowiadana i ponownie proponowana

– mówił papież głosem spokojnym, ale stanowczym. Leon XIV przywołał postać Newmana jako patrona dla tych, którzy szukają prawdy w świecie „ciemności nihilizmu”. To było mocne. Papież zdiagnozował nihilizm jako „najniebezpieczniejszą chorobę współczesnej kultury”, a Newmana wskazał jako lekarza, który przepisuje lekarstwo trudne, gorzkie, ale skuteczne: odwagę myślenia w kategoriach wieczności.

– Zadaniem wychowania jest oferowanie tego Błogiego Światła tym, którzy w przeciwnym razie mogliby pozostać uwięzieni w szczególnie podstępnych mrokach pesymizmu i lęku

– kontynuował papież. To niesamowite, jak bardzo te słowa rezonują z dzisiejszym światem, pełnym lęku o przyszłość, o klimat, o pokój. Newman, człowiek XIX wieku, staje się prorokiem na wiek XXI, bo rozumiał, że edukacja bez Boga staje się jedynie tresurą inteligentnych istot.

Najbardziej poruszający był moment, gdy papież zacytował samego Newmana z jego „Rozmyślań i modlitw”:

„Bóg stworzył mnie, abym wypełnił dla Niego jakąś określoną służbę; powierzył mi jakąś pracę, której nie powierzył nikomu innemu. Mam swoje posłannictwo”.

 

Anatomia umysłu, który nie brał jeńców

Urodzony w 1801 roku Newman był dzieckiem swoich czasów – epoki pary, imperium brytyjskiego i rodzącego się, agresywnego liberalizmu, który traktował religię jak hobby dla starszych pań. Jego ojciec był bankierem, matka wywodziła się z hugenotów. W domu panowała atmosfera biblijnej powagi, ale bez fanatyzmu.

Młody Newman to umysł ostry jak brzytwa i dusza wrażliwa jak sejsmograf. W Oksfordzie, tym dziwnym mieście wież i dzwonów, gdzie średniowiecze spotykało się z nowoczesnością na partyjkę krykieta, John Henry szybko stał się gwiazdą. Jego charyzma polegała na czymś, co G.K. Chesterton nazwałby zapewne „szaleństwem zdrowego rozsądku”.

Newman widział, że Kościół Anglii, w którym został wyświęcony, dryfuje. Że staje się po prostu religijnym departamentem państwa, miłym dodatkiem do niedzielnego puddingu, pozbawionym zębów i – co gorsza – doktrynalnego kręgosłupa. Widział, jak liberalizm religijny – przekonanie, że jedna religia jest tak samo dobra jak inna, i że prawda jest kwestią gustu – zaczyna podmywać fundamenty wiary. To on, w swojej słynnej mowie „Biglietto” wygłoszonej przy odbieraniu kapelusza kardynalskiego nazwał liberalizm w religii swoim największym wrogiem.

Wraz z przyjaciółmi – Johnem Keble’em, Edwardem Bouverie’em Puseyem – zainicjował Ruch Oksfordzki. Cel mieli ambitny i – jak się miało okazać – samobójczy: chcieli udowodnić, że anglikanizm jest via media, drogą środka między „zepsutym, zabobonnym” Rzymem a radykalnym, odrzucającym tradycję protestantyzmem. Chcieli być katoliccy, ale nie rzymscy. Apostolscy, ale nie papiescy. Newman pisał traktaty, głosił kazania i badał historię.

Intelektualna uczciwość

I tu tkwił problem. Newman miał bowiem wadę, która w życiu publicznym bywa niewybaczalna: był intelektualnie uczciwy do bólu. Kiedy zaczął czytać Ojców Kościoła, ze zgrozą odkrył, że w lustrze pierwszych wieków chrześcijaństwa jego własny Kościół anglikański wygląda nie jak Kościół katolicki, ale jak arianie czy półarianie. Zobaczył, że w sporach o naturę Chrystusa, o łaskę, o Kościół, prawda zawsze stała po stronie Rzymu, nawet jeśli ten Rzym bywał politycznie nieznośny czy moralnie dwuznaczny.

„Zobaczyłem twarz w lustrze i była to twarz ducha”

– pisał. A znienawidzony Rzym? Rzym, ze wszystkimi swoimi wadami, korupcją i polityką, stał tam, gdzie stał Atanazy. To wtedy napisał zdanie, które jest jak wyrok dla każdego, kto chce traktować chrześcijaństwo jako bufet szwedzki, z którego wybiera się tylko to, co smaczne:

„Być głęboko w historii to przestać być protestantem”.

 

Noc w Littlemore i śmierć cywilna

Jego konwersja nie była romantycznym porywem serca. To była chłodna, bolesna operacja na otwartym umyśle. Noc z 8 na 9 października 1845 roku. Littlemore, mała wioska pod Oksfordem. Deszcz zacina o szyby dawnej stajni, którą Newman przerobił na bibliotekę. Przy kominku suszy przemoczoną sutannę włoski pasjonista, błogosławiony Dominik Barberi. To przed nim klęka najwybitniejszy umysł ówczesnej Anglii, by prosić o przyjęcie do „jednej owczarni”.

Trzeba zrozumieć, czym to było w wiktoriańskiej Anglii. To była niemal śmierć cywilna. Newman stracił wszystko: pozycję na uniwersytecie, dochody, dom. Stracił przyjaciół, jego własna siostra zerwała z nim kontakt. Dla anglikanów stał się niemalże Judaszem z Oksfordu.

A dla katolików? Tu czekała go kolejna niespodzianka, typowa dla Bożego poczucia humoru. Dla „starych katolików” w Anglii, przyzwyczajonych do życia w ukryciu i pewnej intelektualnej gnuśności, Newman był podejrzany. Zbyt intelektualny, zbyt „oksfordzki”, zbyt... myślący. Rzym też nie od razu go zrozumiał. Przez lata żył w cieniu, w Birmingham, zakładając Oratorium św. Filipa Neri. Był atakowany z obu stron. A jednak to właśnie ta samotność, to „ryzyko wiary”, o którym pisał, wykuło w nim świętość. Nie świętość naiwną, ale świętość mądrą, hartowaną w ogniu niezrozumienia.

 

Co to znaczy być Doktorem Kościoła?

Warto, byśmy zrozumieli wagę tytułu, który Newman otrzymał. W potocznym rozumieniu „doktorat” kojarzy się z uniwersytecką karierą. W Kościele to coś zupełnie innego – to stopień duchowego i intelektualnego oddziaływania. W ciągu dwóch tysięcy lat chrześcijaństwa, pośród tysięcy świętych i błogosławionych, tytuł Doktora Kościoła otrzymało zaledwie 37 osób przed Newmanem. To mniej niż liczba laureatów Nagrody Nobla w jednym dziesięcioleciu. Aby zostać Doktorem, nie wystarczy być świętym. Trzeba wnieść do skarbca wiary doktrynę wybitną i uniwersalną. Trzeba być kimś, kto – jak mówi łaciński źródłosłów „docere” – uczy. Nie tylko swoją epokę, ale Kościół wszystkich czasów.

Mamy więc w tym gronie gigantów starożytności: Ambrożego, Hieronima, Augustyna. Mamy średniowiecznych tytanów intelektu: Tomasza z Akwinu, Bonawenturę. Mamy mistyków reformy: Jana od Krzyża, Teresę z Avila. I teraz dołącza do nich Newman. Jest w tym gronie ewenementem. Jest pierwszym Doktorem Kościoła, który jest nowożytnym konwertytą. Owszem, Augustyn też był konwertytą, ale jego droga wiodła z pogaństwa i manicheizmu w świecie, który dopiero stawał się chrześcijański. Newman przeszedł drogę odwrotną – z chrześcijaństwa „rozcieńczonego”, państwowego, do chrześcijaństwa rzymskiego, w świecie, który właśnie przestawał być chrześcijański.

 

Dąb, który wyrasta z żołędzia: wkład w myśl katolicką

Dlaczego jest nam potrzebny jako Doktor? Bo rozwiązał dylemat, który dławi współczesną wiarę: jak to możliwe, że Kościół się zmienia, a jednocześnie twierdzi, że jest niezmienny? Jak pogodzić Tradycję z  historią? Jego esej „O rozwoju doktryny chrześcijańskiej” to dzieło, które powinno być lekturą obowiązkową każdego myślącego człowieka. Newman używa genialnej metafory: Kościół jest jak dąb, który wyrasta z żołędzia. Dąb wygląda zupełnie inaczej niż żołędź, ale jest to to samo życie. Zmiana jest dowodem na to, że Kościół żyje, a nie na to, że zdradził swoje źródła. „Tu na ziemi żyć to znaczy zmieniać się, a być doskonałym to znaczy zmieniać się często” – pisał.

To dzięki niemu Sobór Watykański II mógł w ogóle zaistnieć w takiej formie, jaką znamy. Paweł VI nazwał go kiedyś „nieobecnym Ojcem Soboru”. Newman przewidział rolę laikatu w Kościele na sto lat przed tym, jak stało się to tematem oficjalnych dokumentów. W czasach klerykalizmu pisał z przekąsem, ale i z głęboką teologiczną intuicją:

„Kościół wyglądałby głupio bez świeckich”.

 

Toast za sumienie (zanim wypijemy za papieża)

Dlaczego Newman jest tak aktualny? Bo żyjemy w czasach, w których słowa „sumienie” używa się jako synonimu dla „moich uczuć”. „Moje sumienie mi mówi” oznacza: „mam ochotę to zrobić i nie życzę sobie, by ktoś mnie oceniał”. Newman, nowy Doktor Kościoła, mówi: stop. Sumienie to nie jest twoja zachcianka. Sumienie to głos Boga w tobie. To „pierwotny Wikariusz Chrystusa”. Ono ma prawa, ale ma też obowiązki – przede wszystkim obowiązek szukania Prawdy, a nie potwierdzania własnych uprzedzeń. W swoim słynnym „Liście do Księcia Norfolk” Newman wzniósł toast, który powinien wisieć nad biurkiem każdego katolika, zwłaszcza tego, który lubi się powoływać na autorytety:

„Wznoszę toast za papieża, ale najpierw za sumienie, a dopiero potem za papieża”.

Papież jest sługą Prawdy, a nie jej właścicielem. Sumienie jest miejscem, gdzie Bóg mówi do człowieka bezpośrednio. Ale biada temu, kto myli głos Boga z echem własnych pragnień. Newman całe życie poświęcił na to, by te dwa głosy rozróżnić, i zapłacił za to wysoką cenę.

 

Przeciwko religii sentymentalnej (i bylejakości)

W 225. rocznicę urodzin warto spojrzeć na Newmana jako na odtrutkę. Odtrutkę na religijność, która boi się rozumu jak diabeł święconej wody. Na wiarę, która ucieka w sentymentalizm i „fajność”. Newman wiedział, że religia to sprawa poważna. Że dogmaty to nie są kajdany, ale mapa.

Stanisław Brzozowski, jeden z najciekawszych polskich umysłów, czytając Newmana we Florencji, pisał:

„Lubię, jak zaklęcie, te trzy litery J.H.N. – są one dla mnie jakby przypomnieniem”. Czego przypomnieniem? Może tego, że katolicyzm jest przygodą intelektualną. Że można klęczeć przed Najświętszym Sakramentem i jednocześnie mieć umysł otwarty na całą rzeczywistość, nie bojąc się Darwina, Marksa czy Freuda, bo Prawda nie boi się pytań. Newman to święty „późnego dojrzewania”. Jego życie pokazuje, że porażki są częścią planu. Że bycie niezrozumianym jest często ceną za bycie wiernym. Że – jak pisał – „ten, kto nigdy nie wątpił, nigdy tak naprawdę nie wierzył”.

W dniu jego urodzin nie musimy zdmuchiwać świeczek. Wystarczy, że zapalimy jedną – tę, o której pisał w swoim hymnie. Światło rozumu oświeconego wiarą.

„Ex umbris et imaginibus in veritatem”

– z cieni i obrazów do prawdy. Tak brzmi epitafium na jego grobie. I chyba nie ma lepszego życzenia na te dziwne, ciekawe czasy.

[Niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]



 

Polecane