Jak polskie służby „wyszły” z Niemiec, a BND zostało w Polsce
Co musisz wiedzieć:
- Artykuł stawia tezę o asymetrii wywiadowczej po 1989 roku, według której Polska ograniczyła działania wobec Niemiec, podczas gdy niemieckie służby (BND, MAD) pozostały aktywne w Polsce.
- Autor wskazuje konkretne przypadki szpiegostwa i inwigilacji, które miały potwierdzać aktywność niemieckich służb, ale nie przedstawia pełnego kontekstu stanowiska władz RFN ani NATO.
- Przekazem artykułu jest krytyka polityki „jednostronnego zaufania”, którą autor uznaje za błąd strategiczny wpływający na bezpieczeństwo i pozycję Polski w relacjach z Niemcami.
Warszawa dobrowolnie się "oślepiła"
W imię budowy zaufania i wspólnej drogi do NATO, Warszawa dobrowolnie „oślepiła się” na kierunku berlińskim, likwidując rezydentury i wygaszając agenturę. Jednak w świecie służb specjalnych próżnia nie istnieje. Podczas gdy polscy oficerowie otrzymali zakaz operowania nad Szprewą, niemiecka Federalna Służba Wywiadowcza (BND) i kontrwywiad wojskowy (MAD) potraktowały Polskę jak poligon.
Od agresywnego wywiadu gospodarczego w czasie prywatyzacji, przez werbunek oficerów Wojska Polskiego, aż po systemową inwigilację polskich ministerstw – historia relacji wywiadowczych III RP z Niemcami to kronika naiwności, za którą przyszło nam zapłacić najwyższą cenę: strategiczne zaskoczenie projektami takimi jak Nord Stream.
Po 1989 roku, w imię politycznego resetu i dążenia do struktur zachodnich, Warszawa podjęła bezprecedensową decyzję o faktycznym wygaszeniu operacji wywiadowczych na terenie Niemiec. W tym samym czasie niemiecki wywiad cywilny - Bundesnachrichtendienst (BND) nie tylko nie zwolnił tempa, ale zintensyfikował działania, traktując Polskę jako poligon doświadczalny i strefę buforową. Historia relacji służb specjalnych III RP i RFN to studium jednostronnego rozbrojenia.
Polityczny zakaz
Wśród funkcjonariuszy dawnego Urzędu Ochrony Państwa (UOP) do dziś krążą opowieści o „politycznym zakazie”, który na początku lat 90. sparaliżował polski wywiad na kierunku niemieckim. W czasie, gdy Krzysztof Kozłowski i inni architekci nowych służb nieudolnie budowali fundamenty demokratycznej kontroli nad resortami siłowymi, zapadła niepisana, lecz rygorystycznie przestrzegana decyzja: „sojuszników się nie szpieguje”. Niemcy jako główny adwokat polskiej akcesji do NATO i UE, otrzymały od Warszawy swoisty immunitet wywiadowczy.
Problem w tym, że w Pullach (ówczesnej siedzibie BND) nikt podobnych rozkazów nie wydał.
Doktryna jednostronnego zaufania
Decyzja o wycofaniu aktywów wywiadowczych z Niemiec była podyktowana geopolityką. Rząd Tadeusza Mazowieckiego, a następnie kolejne gabinety solidarnościowe, wychodziły z założenia, że budowa zaufania wymaga pełnej transparentności. Oficerowie Zarządu Wywiadu UOP otrzymali jasny sygnał: Berlin to partner, nie cel.
- To był ewenement na skalę światową. Żaden szanujący się kraj, nawet w ramach najściślejszych sojuszy, nie rezygnuje całkowicie z rozpoznania wywiadowczego u swojego największego sąsiada. My to zrobiliśmy, licząc na wzajemność, której nigdy nie było.
– mówi anonimowo były oficer pionu kontrwywiadu, aktywny w latach 90.
Niemiecki wywiad w Polsce
Skutki były natychmiastowe. Polska sieć agenturalna w Niemczech została w dużej mierze zwinięta lub „uśpiona” w sposób tak głęboki, że faktycznie przestała istnieć. Polski wywiad przeszedł na tzw. biały wywiad (analizę źródeł otwartych) i oficjalną wymianę partnerską. Tymczasem Niemcy, realizując swoją Ostpolitik, potrzebowali precyzyjnych informacji o stanie polskiej gospodarki, nastrojach społecznych i – co kluczowe – o stabilności politycznej kraju tranzytowego na Wschód.
O tym, że Niemcy przywiązują dużą uwagę do sytuacji w Polsce może świadczyć fakt, że co najmniej dwóch (?) ambasadorów miało w przeszłości związki z wywiadem. Niemieccy ambasadorowie w Polsce po 1990 r. – z doświadczeniem w służbach specjalnych.
Rüdiger Freiherr von Fritsch był ambasadorem Niemiec w Polsce w latach 2010–2014. Wcześniej pełnił funkcję wiceszefa Bundesnachrichtendienst (BND) – niemieckiej Federalnej Służby Wywiadu, czyli głównej cywilnej służby wywiadowczej RFN. Jego przejście z BND do placówki dyplomatycznej było komentowane jako „wysłanie do Warszawy dyplomaty o dużym doświadczeniu wywiadowczym”. Arndt Freytag von Loringhoven - ambasador Niemiec w Warszawie w latach 2020–2022. Przed karierą dyplomatyczną był wiceszefem Bundesnachrichtendienst (BND) w latach 2007 – 2010.
BND: Sojusznik, który patrzy na ręce
Niemiecka Federalna Służba Wywiadowcza (BND) w latach 90. przyjęła strategię agresywnej penetracji polskiego życia publicznego i gospodarczego. Zamiast wycofać oficerów, Niemcy zmienili ich „legendy”. Służby wywiadowcze RFN masowo wykorzystywały przykrycia dyplomatyczne, biznesowe, a także – co budzi do dziś największe kontrowersje – działalność fundacji politycznych i stowarzyszeń kulturalnych.
Cele BND w Polsce były wielowektorowe. To było rozpoznanie gospodarcze. Niemcy były żywotnie zainteresowane procesem prywatyzacji polskich przedsiębiorstw. Wiedza o tym, ile dany zakład jest wart i jakie są „nieoficjalne” warunki jego przejęcia, była bezcenna dla niemieckiego kapitału.
Monitorowano też środowiska niemieckiej mniejszości i nastroje na Ziemiach Odzyskanych. Penetrowano elity polityczne poprzez budowanie tzw. agentury wpływu, mającej na celu lobbowanie rozwiązań korzystnych dla Berlina w procesie negocjacyjnym z UE. Znacznie zwiększono kadrową obsadę niemieckich konsulatów w Opolu i Wrocławiu.
Polski kontrwywiad odnotowywał w połowie lat 90. wzmożoną aktywność niemieckich służb na Pomorzu i Śląsku. Dochodziło do „wojny nerwów” i cichych wydaleń dyplomatów bez medialnego rozgłosu.
Szpiedzy w sercu Polski – ujawnione przypadki
Choć polski kontrwywiad (najpierw UOP, potem ABW) miał związane ręce polityczną poprawnością, skala niemieckiej aktywności była już tak duża, że dochodziło do wpadek niemieckich szpiegów. Wiele z nich było wyciszanych dyplomatycznie, ale część ujrzała światło dzienne, obnażając mit partnerskich relacji.
- W 1993 r. sąd wojskowy w Bydgoszczy skazał oficera WP ppłk. Piotra Hoffmanna na 4 lata pozbawienia wolności za szpiegostwo na rzecz wojskowego wywiadu RFN (MAD). Hoffmann jako wykładowca w Wyższej Szkole Oficerskiej w Koszalinie miał przekazywać informacje niemieckiemu wywiadowi od 1985 do 1992 r., został zatrzymany przez UOP już w realiach III RP.
- Ryszard Tomaszek został zatrzymany przez UOP i aresztowany w 1991 roku. Tomaszek dostarczał Niemcom informacji w zamian za korzyści majątkowe. Dotyczyły one m.in. jednostek Wojska Polskiego. Tomaszek usiłował wykpić się tłumaczeniem, że swą działalność w 1987 r. podjął z pobudek politycznych, czyli jako przeciwnik ustroju PRL. Został skazany 9 kwietnia 1992 r. na 7 lat więzienia i 5 lat pozbawienia praw publicznych.
Jednak najbardziej bolesne były werbunki Polaków. Klasycznym modus operandi BND było wykorzystywanie problemów finansowych lub sentymentów proniemieckich. Co istotne – w sprawach tych często pojawiał się wątek „niskiej szkodliwości” w narracji publicznej. Przez lata dominowało przekonanie, że szpieg niemiecki to „dobry szpieg”, bo przecież jesteśmy w NATO. To uśpiło czujność.
Utracone „oczy i uszy”
Decyzja o wycofaniu operacyjnym z Niemiec miała długofalowe skutki. W kluczowych momentach dla polskiej racji stanu – takich jak negocjacje w sprawie gazociągu Nord Stream, czy później Nord Stream 2 – Warszawa była często zaskakiwana decyzjami Berlina.
Polscy decydenci nie dysponowali niejawną wiedzą o rzeczywistych powiązaniach niemieckich polityków z rosyjskim biznesem (przypadek Gerharda Schrödera), ponieważ polski wywiad nie prowadził tam aktywnej gry operacyjnej. Byliśmy skazani na to, co Niemcy chcieli nam powiedzieć oficjalnymi kanałami, lub na to, co udało się dowiedzieć z mediów.
Niemieckie służby wywiadowcze nie próżnowały. Wystarczy wspomnieć ujawnienie przez dziennikarzy tygodnika „Der Spiegel” w 2015 roku dokumentów, z których wynikało, że BND systematycznie podsłuchiwało polskie MSW (Ministerstwo Spraw Wewnętrznych) oraz MSZ. Wśród celów były też polskie placówki dyplomatyczne. Berlin tłumaczył to „błędem w systemie selektorów”, ale eksperci nie mają wątpliwości: to było celowe działanie. W odpowiedzi na ujawnienie afery, w 2016 r. Niemcy reformują prawo, de facto legalizując inwigilację instytucji unijnych i państw partnerskich w imię „interesu politycznego Niemiec”. Polska nadal pozostaje w strefie zainteresowania operacyjnego BND.
Cena poprawności
Bilans ostatnich trzech dekad wywiadowczych działań jest dla Polski niekorzystny. Podczas gdy Warszawa w imię „pojednania” dobrowolnie oślepiła się na kierunku zachodnim, Berlin pragmatycznie realizował doktrynę, w której zaufanie jest dobre, ale kontrola (wywiadowcza) jeszcze lepsza.
Przypadki ujawnionych agentów BND to tylko wierzchołek góry lodowej. Prawdziwym problemem nie są bowiem pojedynczy szpiedzy, ale systemowa zgoda polskich elit po 1989 roku na funkcjonowanie w warunkach informacyjnej asymetrii. W świecie służb specjalnych brak wzajemności nie jest traktowany jako gest dobrej woli, lecz jako oznaka słabości.
BND i MAD
Kluczowe jest rozróżnienie dwóch niemieckich służb: BND (wywiad zagraniczny) oraz MAD (Militärischer Abschirmdienst – kontrwywiad wojskowy). O ile BND operuje na zewnątrz, o tyle MAD zajmuje się ochroną Bundeswehry, ale w Polsce obie te służby przejawiały aktywność, szczególnie w okresach napięć politycznych lub wielkich przetargów zbrojeniowych.
Choć ppłk Zbigniew J. (oficer Wojska Polskiego) został w 2014 r. skazany za szpiegostwo na rzecz Rosji, proces ten ujawnił potężną lukę w polskim kontrwywiadzie, którą przez lata wykorzystywały służby zachodnie, w tym BND i MAD. Podczas śledztwa wyszło na jaw, że polscy oficerowie, mający dostęp do tajemnic NATO, byli rutynowo „monitorowani” przez oficerów niemieckiego kontrwywiadu wojskowego (MAD).
"Pasjonaci okrętów"
Niemcy, pod pozorem współpracy sojuszniczej w ramach struktur NATO, prowadzili tzw. rozpoznanie sylwetkowe polskich dowódców. Zbierali dane o ich słabościach, nałogach i poglądach politycznych. W kilku przypadkach polskie służby musiały interweniować, by ograniczyć zbyt zażyłe relacje polskich oficerów z „łącznikami” z Berlina, które wykraczały poza protokół.
W roku 2000 doszło do bezpośredniego ujęcia osób powiązanych z niemieckimi służbami wojskowymi. W pobliżu portu wojennego w Gdyni zatrzymano dwóch obywateli Niemiec wyposażonych w wysokiej klasy sprzęt optyczny i nasłuchowy. Oficjalnie twierdzili, że są „pasjonatami okrętów”.
Polskie służby ustaliły, że zatrzymani współpracowali z niemieckim wywiadem morskim (podległym MAD/BND). Ich zadaniem było mapowanie ruchu polskich jednostek i testowanie czujności ochrony po wejściu Polski do programu Partnership for Peace. Sprawa zakończyła się cichym wydaleniem i oficjalnym protestem dyplomatycznym, który nigdy nie trafił na czołówki gazet.
„Operacja w martwym polu” – Inwigilacja polskiego MON
W 2015 roku, przy okazji afery Snowdena, ujawniono, że BND posiadało aktywnych informatorów lub techniczne źródła dostępu wewnątrz Ministerstwa Obrony Narodowej. Niemców interesowały polskie plany modernizacji armii, a konkretnie to, czy Polska wybierze ofertę niemiecką (np. czołgi Leopard, okręty podwodne), czy amerykańską.
Choć nie doszło do spektakularnego aresztowania „kreta” (prawdopodobnie ze względu na osłonę dyplomatyczną informatora), kontrwywiad wojskowy (SKW) musiał przeprowadzić głęboką czystkę w departamentach zamówień, po tym jak niemieckie firmy zbrojeniowe dysponowały wiedzą o tajnych parametrach przetargowych, zanim te zostały oficjalnie ogłoszone.
Agentura wpływu i „niemiecki łącznik” w Warszawie
W historii III RP odnotowano przypadki Polaków – często byłych współpracowników służb PRL – którzy po 1989 roku zostali „przejęci” przez BND.
Jeden z nich nosi nazwisko często pojawiające się w opracowaniach historycznych dotyczących UOP. To wysokiej rangi urzędnik państwowy, odpowiedzialny swego czasu za politykę zagraniczną w latach 90. Przez kontrwywiad był podejrzewany o regularne przekazywanie analiz i notatek z posiedzeń rządu rezydenturze BND w Warszawie. Urzędnik nie został oskarżony o szpiegostwo (brak zgody politycznej na proces z Niemcami), ale został zmuszony do dymisji pod innym pretekstem. To klasyczny przykład „ujęcia” szpiega, który kończy się eliminacją z życia publicznego zamiast więzienia.
Polskie służby (szczególnie w latach 2007–2015) miały nieformalny priorytet: nie szukać wrogów na Zachodzie. Powodowało to, że wiele sygnałów o aktywności BND czy MAD było ignorowanych lub bagatelizowanych przez kierownictwo służb. Dopiero audyty w SKW i ABW po 2015 roku ujawniły skalę zaniedbań i to, jak głęboko niemieckie służby spenetrowały polskie procesy decyzyjne pod płaszczem „sojuszniczej wymiany informacji”.
Koniec epoki naiwności?
Dzisiaj, patrząc na puste teczki aktywów polskiego wywiadu z lat 90. i porównując je z listą „selektorów” BND wymierzonych w polskie MSZ, MSW i MON, widać wyraźnie, że partnerstwo z Berlinem było budowane na asymetrii.
Polska próbowała być prymusem nowej dyplomacji, Niemcy pozostały pragmatycznym graczem, dla którego informacja niejawna jest narzędziem budowy hegemonii. Przypadki ujętych współpracowników niemieckich służb wywiadowczych czy skandal z podsłuchiwaniem polskich polityków powinny być dla Warszawy bolesną lekcją: w świecie służb specjalnych nie ma państw „zaprzyjaźnionych” – są tylko państwa partnerskie, których interesy bywają zbieżne, ale których intencje zawsze muszą być weryfikowane.
Dopóki polskie służby nie odzyskają pełnej zdolności operacyjnej na kierunku zachodnim, będziemy jedynie pasywnym odbiorcą polityki kreowanej w Berlinie, a nasze bezpieczeństwo będzie zależeć nie od naszej wiedzy, lecz od cudzej łaski. Najwyższy czas, by „ślepa plama” na mapie polskiego wywiadu odeszła do historii wraz z epoką geopolitycznej naiwności.




