Piotr Skwieciński: Władimir Putin prowadzi wobec Trumpa nachalną kampanię

Wszystkie zauważalne do tej pory sygnały wydają się świadczyć, że Władimir Putin jest zdecydowany kontynuować dotychczasową politykę wobec Ukrainy i USA.
Prezydent Rosji Władimir Putin
Prezydent Rosji Władimir Putin / PAP/EPA/KIRILL KUDRYAVTSEV / POOL

O czym musisz wiedzieć?

  • Brak zaufania Donalda Trumpa do amerykańskiego aparatu eksperckiego.
  • Rosjanie prowadzą wobec Trumpa nachalną kampanię.
  • Kreml wierzy, że jego przewaga m.in. czterokrotna przewaga w liczbie ludności nad Ukrainą przyniesie skutek.

 

Licząc na to, że prędzej czy później ta pierwsza załamie się, natomiast prezydent Donald Trump będzie łykał kolejne upokorzenia, czując się więźniem własnych przedwyborczych obietnic („pokój w 24 godziny”) i emocji własnego elektoratu („wojna Joe Bidena” toczona w obronie kraju, który wybrał kulturowy liberalizm przeciw państwu deklarującemu cywilizacyjny konserwatyzm). 

Wszystko też wskazuje na to, że przynajmniej jeśli chodzi o drugi aspekt zagadnienia, Putin ma rację. Donald Trump wydaje się więźniem pseudorzeczywistości, którą nieostrożnie stworzył. Pseudorzeczywistości opierającej się na przekonaniu, że istnieje łatwe wyjście z sytuacji, w której Rosja manifestacyjnie zakwestionowała potęgę Ameryki, atakując państwo będące ewidentnie pod protekcją tej drugiej, i ów atak nie doprowadził do oczywistej klęski atakującego. A także na wierze, że sam Trump i – tym bardziej – USA dysponują swego rodzaju nadsprawczością. Że są w stanie w zasadzie w każdym czasie zmusić każdego możliwego partnera do zaakceptowania każdej możliwej decyzji Waszyngtonu. I że jeśli do tej pory tak nie było, to jest to wyłącznie efekt słabości bądź złej woli dotychczasowej administracji i „głębokiego państwa” oraz upostaciowienia tych konstruktów „sleeping Joe” Bidena. Był w tym Trump, nawiasem mówiąc, nieco podobny do polskich pisowskich intelektualistów uważających, iż rozmaite niedokonania naszego kraju były rezultatem nie jego strukturalnych słabości, tylko braku woli lub złej woli „okrągłostołowych elit”, które wystarczy zastąpić politykami dysponującymi odpowiednią dozą woli mocy i wszystko się zmieni.

Było to też efektem kuriozalnej niewiedzy o wszystkim, co leży poza granicami Stanów, a przynajmniej kontynentu Nowego Świata. O ile ta cecha dotyczy Amerykanów w ogóle, o tyle Trumpa i trumpistów w szczególności, a ich całkowity brak zaufania do amerykańskiego aparatu eksperckiego, który mógłby ten ich niedostatek zrekompensować, potęguje ją niezwykle.

 

Taktyka Rosjan wobec Donalda Trumpa

Wobec Trumpa stosują więc Rosjanie specyficzną taktykę polegającą na nieustępowaniu niemal o włos w zasadniczych sprawach (podtrzymywanie tezy o przynależności do Rosji nawet tych części kontrolowanych dotąd przez siły ukraińskie obwodów, ogłoszonych jako anektowane przez Moskwę, żądania neutralizacji zasadniczej części Ukrainy kontrolowanej przez Kijów, niewycofywanie się z najdalej idących żądań jej demilitaryzacji i „denazyfikacji” (czyli stworzenia systemu kontrolowania przez Kreml ukraińskiej polityki, nieco na podobieństwo funkcjonującego w XVIII-wiecznej Rzeczypospolitej przed Sejmem Wielkim), czy przywrócenia pozycji języka rosyjskiego. Minister Siergiej Ławrow już wystrzępił sobie język, powtarzając wszystkie te żądania i podkreślając ich aktualność.

Zarazem tej – jak dotąd – niemal niezmienności w kwestiach kluczowych towarzyszy wiele posunięć maskujących tę zasadniczą linię. Wobec samego prezydenta USA prowadzona jest przez Rosjan dość nachalna kampania schlebiania jego miłości własnej. Można tu wymienić np. sławetny przekazany mu portret, rozliczne deklaracje uznania jego wybitności czy ostatnią zapowiedź szefa Rosyjskiego Towarzystwa Wojenno-Historycznego Władimira Miedinskiego wprowadzenia do rosyjskich podręczników historii passusów o historycznej roli Donalda Trumpa w walce o ustanowienie pokoju.

 

Maskirowka

Zarazem wypuszczane są propagandowe przekazy mające aluzyjnie przekazać partnerom, że Moskwa być może byłaby skłonna do pójścia dalej i jednak zgody na pokój na innych niż maksymalistyczne warunkach. W centrum Moskwy zmniejszono nasycenie przestrzeni prowojennymi propagandowymi billboardami. A w sieć już jakąś chwilę temu wrzucono anonimowy, ale wykonywany przez profesjonalnych moskiewskich aktorów filmik, w którym na bezpiecznym zapleczu starzy „Z-patrioci” nakręcają się sloganami, jak to z Ukraińcami trzeba przestać się cackać, wyjść z bezpiecznych okopów i Ukrainę zlikwidować, podczas gdy na froncie młoda sanitariuszka usiłuje rozpaczliwie utrzymać przy życiu młodego rannego rosyjskiego żołnierza, pocieszając się, że zaraz „oni” się dogadają, będzie zawieszenie broni i „wszyscy pojadą do domów” (ostatecznie para ginie zabita przez drona). Zaś zajmujący dotąd najskrajniejszą ze skrajnych pozycję kremlowski politolog Siergiej Karaganow potrafi ze smutkiem zadeklarować, że z katalogu głoszonych przezeń dotąd w swej integralnej całości celów wojny „denazyfikacja” nie wydaje się już możliwa.

Wszystko to razem są, tak jak napisałem wyżej, sygnały mające przekonać Amerykanów, że inwestowanie w ustępstwa wobec Rosji może przynieść pozytywne rezultaty. A zarazem – zmiękczyć najbardziej prowojenną część własnej opinii, której stanowisko dobrze oddaje np. telegramowy „Z-kanał” (od 2022 roku, kiedy to wjeżdżające na Ukrainę czołgi oznaczono literą „Z”, w potocznym rosyjskim oznacza ona wszystko, co prowojenne i nacjonalistyczne) i „Rybar” piszący, że „danie Siłom Zbrojnym Ukrainy czasu na dozbrojenie się i odbudowę potencjału byłoby czymś na tyle dziwnym, że tego po prostu nikt w Rosji by nie zrozumiał”. Zdanie „Rybara” można uznać za typowe dla najbardziej zażartej „patriotycznej” części rosyjskiej opinii, mniejszościowej, ale zarazem aktywnej, która ewentualne zawieszenie broni na warunkach sprowadzających się do zamrożenia konfliktu na dotychczasowych liniach przyjęłaby jako zdradę.

W tej sytuacji Putinowskie konsekwentne kontynuowanie konfliktu ma – jak się wydaje – dwie funkcje. Po pierwsze, Kreml wierzy, że jego przewaga (w sensie liczby ludności przeszło czterokrotna, w sensie PKB kilkunastokrotna) w końcu będzie musiała przełożyć się na sukces strategiczny. Po drugie – jeśli ten maksymalnie pozytywny wariant okaże się jednak nieosiągalny, to przedłużanie walki, zajmowanie kolejnych wioseczek za cenę ogromnych strat pozwala na kumulowanie emocji tych Rosjan, którzy jakiekolwiek zawieszenie broni przyjęliby z ulgą, a zarazem przekonanie coraz większej części radykalnych „patriotów”, że osiągnięcie historycznego przełomu jest na razie niemożliwe. Innymi słowy – im dłużej armia rosyjska będzie dreptać w krwawym błocie, tym – paradoksalnie – władza rosyjska ma większe szanse na to, że ewentualna operacja zamrożenia konfliktu będzie mogła zostać przeprowadzona spokojnie, i tym łatwiej będzie zminimalizować jej potencjalne negatywne skutki dla rządzących. 

Pod koniec powieści „Na Zachodzie bez zmian” Ericha Marii Remarque’a wymęczony niemiecki żołnierz, który za chwilę (w październiku 1918 r.) padnie w boju, stwierdza, że „gdybyśmy powrócili do ojczyzny w roku 1916, z bólu i siły naszego przeżycia rozpętalibyśmy burzę. Kiedy powrócimy teraz, będziemy zmęczeni, w ruinie, wypaleni, pozbawieni korzeni i beznadziejni”. Dziś władza rosyjska wciąż liczy na całkowite zwycięstwo. Ale zarazem chce, by – jeśli nie będzie ono możliwe – jej żołnierze wrócili z frontu do swoich miast „zmęczeni, w ruinie, wypaleni, pozbawieni korzeni i beznadziejni”. Bo tacy nie zagrożą systemowi.

 

Co my tam wciąż robimy?

Czego natomiast chce Donald Trump? Ewidentnie celem maksimum byłoby dla niego strategiczne porozumienie z Rosją. Przy czym nawet nie chodzi tu obecnie o żadnego „odwróconego Kissingera” – fantazyjność tego rodzaju infantylnie makiawelistycznych miraży musiała dostrzec już nawet obecna administracja. Oczywiście, kuszą rosyjskie zasoby naturalne, którymi Kreml wabi trumpistów. Kluczowe jednak wydaje się coś innego. 

Otóż amerykańska polaryzacja polityczna doprowadziła do tego, że polityczne zaplecze Trumpa, a w każdym razie jego radykalna i bardziej świadoma część, powitałaby takie posunięcie radośnie nawet bez żadnej specjalnej stojącej za nim racjonalnej kalkulacji – po prostu, „bo tak”. Jak powiedział ostatnio polityczny pisarz i publicysta Douglas Murray, amerykańska polityka osiągnęła w pewnych aspektach poziom takiego prymitywizmu, że wystarczy, aby jedna ze stron stanęła jasno na jakichś pozycjach (np. rozwinęła nad Ukrainą wirtualne flagi LGBT), by druga strona automatycznie Ukrainę zniecierpiała i zaczęła odczuwać sympatię do jej wrogów – czyli do Rosji.

W tej sytuacji jest oczywiste i politycznie w jakimś sensie racjonalne, że podstawową potrzebą Trumpa jest po prostu pozbycie się obciążenia, jakim Ukraina jest na najważniejszym i chyba jedynym naprawdę dla niego istotnym polu politycznego boju – czyli tym wewnątrzamerykańskim. Wśród co bardziej radykalnych zwolenników i działaczy ruchu MAGA już obecnie bywa artykułowane niezrozumienie, dlaczego właściwie prezydent i jego ekipa wciąż poświęcają swój czas na coś tak nieistotnego i, przede wszystkim, ze swej natury „bidenowskiego” („To wojna Joe Bidena!” – wielokrotnie wbijał do głowy swoim zwolennikom sam Trump). Dlaczego już dawno po prostu nie nakazał zabrać amerykańskich zabawek z tej piaskownicy…?
Pytanie, w jakim zakresie te nastroje już rozpowszechniają się, a jeszcze bardziej – w jakim mogą się rozpowszechnić na podejście Amerykanów do zaangażowania na obszarach na zachód od Bugu, nie jest niestety pytaniem bezzasadnym.


 

POLECANE
Trump podczas spotkania z japońską premier rzucił żart o Pearl Harbour polityka
Trump podczas spotkania z japońską premier rzucił żart o Pearl Harbour

Podczas spotkania z japońską premier prezydent USA tłumaczył, dlaczego nie poinformował sojuszników o planowanej operacji przeciw Iranowi. W trakcie odpowiedzi padło zaskakujące porównanie do historycznego ataku na Pearl Harbor.

Indie wycofują się z ideologii gender. Aktywiści wściekli tylko u nas
Indie wycofują się z ideologii gender. Aktywiści wściekli

Indie wycofują się ze wsparcia dla ideologii gender. Nowe prawo ograniczy tam zmianę płci na życzenie i zacznie chronić dzieci przed przymusową tranzycją. Aktywistom gender się to nie podoba – ich protesty wybuchają właśnie w całym kraju.

Koalicja przeciw ETS się rozszerza. Spór na szczycie UE z ostatniej chwili
Koalicja przeciw ETS się rozszerza. Spór na szczycie UE

Na unijnym szczycie wyraźnie zarysował się podział w sprawie systemu ETS. Coraz więcej państw domaga się jego reformy, wskazując na rosnące koszty energii.

Chuck Norris trafił do szpitala. Nagły incydent na Hawajach z ostatniej chwili
Chuck Norris trafił do szpitala. "Nagły incydent" na Hawajach

Niepokojące informacje napłynęły z Hawajów. Legendarny aktor kina akcji miał zostać hospitalizowany po nagłym "zdarzeniu medycznym", mimo że jeszcze chwilę wcześniej był w znakomitej formie.

Opinia rzecznika TSUE. Ekspert: Problem nie w systemie losowania sędziów, ale w ręcznym sterowaniu składami sądów tylko u nas
Opinia rzecznika TSUE. Ekspert: Problem nie w systemie losowania sędziów, ale w ręcznym sterowaniu składami sądów

Opinia rzecznika Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej wskazuje, że sam system losowego przydziału spraw sędziom może być zgodny z prawem UE, ale problemem jest możliwość późniejszej, arbitralnej zmiany składu orzekającego. W kontekście sprawy C-159/25 pojawiają się pytania o rolę decyzji administracyjnych i działania podejmowane m.in. przez Waldemar Żurek.

Sensacja w sklepie. Na półce wśród pluszaków schował się prawdziwy opos [nagranie] Wiadomości
Sensacja w sklepie. Na półce wśród pluszaków schował się prawdziwy opos [nagranie]

Klienci sklepu z pamiątkami na lotnisku w Hobart przecierali oczy ze zdumienia. Wśród pluszowych zwierząt znajdował się żywy opos, którego zdradził dopiero ruch oczu.

Polak zapalił papierosa w parku narodowym w Chile. Dostał mandat o wartości 60 tys. zł z ostatniej chwili
Polak zapalił papierosa w parku narodowym w Chile. Dostał mandat o wartości 60 tys. zł

Polski turysta został ukarany wysoką grzywną po incydencie w jednym z najbardziej znanych parków narodowych w Chile. Oprócz kary finansowej czeka go także zakaz wjazdu do kraju.

Grafzero: Chaos nowej reformy edukacji? z ostatniej chwili
Grafzero: Chaos nowej reformy edukacji?

Grafzero vlog literacki o nowej reformie edukacji - o chaosie proponowanych zmian, ale też o nerwowych komentarzach polskiej prawicy.

NIK zapowiedział bezprecedensową kontrolę w NBP.  W tle projekt SAFE 0 proc. pilne
NIK zapowiedział bezprecedensową kontrolę w NBP. W tle projekt SAFE 0 proc.

Najwyższa Izba Kontroli przygotowuje szeroką analizę działalności Narodowego Banku Polskiego. Sprawdzona ma zostać całość gospodarki finansowej instytucji, a w tle pojawia się kwestia projektu SAFE 0 proc.

Marta Nawrocka poleci do USA. W planie spotkanie z Melanią Trump gorące
Marta Nawrocka poleci do USA. W planie spotkanie z Melanią Trump

Na początku przyszłego tygodnia pierwsza dama uda się do Stanów Zjednoczonych, gdzie weźmie udział w międzynarodowym spotkaniu i inicjatywach charytatywnych.

REKLAMA

Piotr Skwieciński: Władimir Putin prowadzi wobec Trumpa nachalną kampanię

Wszystkie zauważalne do tej pory sygnały wydają się świadczyć, że Władimir Putin jest zdecydowany kontynuować dotychczasową politykę wobec Ukrainy i USA.
Prezydent Rosji Władimir Putin
Prezydent Rosji Władimir Putin / PAP/EPA/KIRILL KUDRYAVTSEV / POOL

O czym musisz wiedzieć?

  • Brak zaufania Donalda Trumpa do amerykańskiego aparatu eksperckiego.
  • Rosjanie prowadzą wobec Trumpa nachalną kampanię.
  • Kreml wierzy, że jego przewaga m.in. czterokrotna przewaga w liczbie ludności nad Ukrainą przyniesie skutek.

 

Licząc na to, że prędzej czy później ta pierwsza załamie się, natomiast prezydent Donald Trump będzie łykał kolejne upokorzenia, czując się więźniem własnych przedwyborczych obietnic („pokój w 24 godziny”) i emocji własnego elektoratu („wojna Joe Bidena” toczona w obronie kraju, który wybrał kulturowy liberalizm przeciw państwu deklarującemu cywilizacyjny konserwatyzm). 

Wszystko też wskazuje na to, że przynajmniej jeśli chodzi o drugi aspekt zagadnienia, Putin ma rację. Donald Trump wydaje się więźniem pseudorzeczywistości, którą nieostrożnie stworzył. Pseudorzeczywistości opierającej się na przekonaniu, że istnieje łatwe wyjście z sytuacji, w której Rosja manifestacyjnie zakwestionowała potęgę Ameryki, atakując państwo będące ewidentnie pod protekcją tej drugiej, i ów atak nie doprowadził do oczywistej klęski atakującego. A także na wierze, że sam Trump i – tym bardziej – USA dysponują swego rodzaju nadsprawczością. Że są w stanie w zasadzie w każdym czasie zmusić każdego możliwego partnera do zaakceptowania każdej możliwej decyzji Waszyngtonu. I że jeśli do tej pory tak nie było, to jest to wyłącznie efekt słabości bądź złej woli dotychczasowej administracji i „głębokiego państwa” oraz upostaciowienia tych konstruktów „sleeping Joe” Bidena. Był w tym Trump, nawiasem mówiąc, nieco podobny do polskich pisowskich intelektualistów uważających, iż rozmaite niedokonania naszego kraju były rezultatem nie jego strukturalnych słabości, tylko braku woli lub złej woli „okrągłostołowych elit”, które wystarczy zastąpić politykami dysponującymi odpowiednią dozą woli mocy i wszystko się zmieni.

Było to też efektem kuriozalnej niewiedzy o wszystkim, co leży poza granicami Stanów, a przynajmniej kontynentu Nowego Świata. O ile ta cecha dotyczy Amerykanów w ogóle, o tyle Trumpa i trumpistów w szczególności, a ich całkowity brak zaufania do amerykańskiego aparatu eksperckiego, który mógłby ten ich niedostatek zrekompensować, potęguje ją niezwykle.

 

Taktyka Rosjan wobec Donalda Trumpa

Wobec Trumpa stosują więc Rosjanie specyficzną taktykę polegającą na nieustępowaniu niemal o włos w zasadniczych sprawach (podtrzymywanie tezy o przynależności do Rosji nawet tych części kontrolowanych dotąd przez siły ukraińskie obwodów, ogłoszonych jako anektowane przez Moskwę, żądania neutralizacji zasadniczej części Ukrainy kontrolowanej przez Kijów, niewycofywanie się z najdalej idących żądań jej demilitaryzacji i „denazyfikacji” (czyli stworzenia systemu kontrolowania przez Kreml ukraińskiej polityki, nieco na podobieństwo funkcjonującego w XVIII-wiecznej Rzeczypospolitej przed Sejmem Wielkim), czy przywrócenia pozycji języka rosyjskiego. Minister Siergiej Ławrow już wystrzępił sobie język, powtarzając wszystkie te żądania i podkreślając ich aktualność.

Zarazem tej – jak dotąd – niemal niezmienności w kwestiach kluczowych towarzyszy wiele posunięć maskujących tę zasadniczą linię. Wobec samego prezydenta USA prowadzona jest przez Rosjan dość nachalna kampania schlebiania jego miłości własnej. Można tu wymienić np. sławetny przekazany mu portret, rozliczne deklaracje uznania jego wybitności czy ostatnią zapowiedź szefa Rosyjskiego Towarzystwa Wojenno-Historycznego Władimira Miedinskiego wprowadzenia do rosyjskich podręczników historii passusów o historycznej roli Donalda Trumpa w walce o ustanowienie pokoju.

 

Maskirowka

Zarazem wypuszczane są propagandowe przekazy mające aluzyjnie przekazać partnerom, że Moskwa być może byłaby skłonna do pójścia dalej i jednak zgody na pokój na innych niż maksymalistyczne warunkach. W centrum Moskwy zmniejszono nasycenie przestrzeni prowojennymi propagandowymi billboardami. A w sieć już jakąś chwilę temu wrzucono anonimowy, ale wykonywany przez profesjonalnych moskiewskich aktorów filmik, w którym na bezpiecznym zapleczu starzy „Z-patrioci” nakręcają się sloganami, jak to z Ukraińcami trzeba przestać się cackać, wyjść z bezpiecznych okopów i Ukrainę zlikwidować, podczas gdy na froncie młoda sanitariuszka usiłuje rozpaczliwie utrzymać przy życiu młodego rannego rosyjskiego żołnierza, pocieszając się, że zaraz „oni” się dogadają, będzie zawieszenie broni i „wszyscy pojadą do domów” (ostatecznie para ginie zabita przez drona). Zaś zajmujący dotąd najskrajniejszą ze skrajnych pozycję kremlowski politolog Siergiej Karaganow potrafi ze smutkiem zadeklarować, że z katalogu głoszonych przezeń dotąd w swej integralnej całości celów wojny „denazyfikacja” nie wydaje się już możliwa.

Wszystko to razem są, tak jak napisałem wyżej, sygnały mające przekonać Amerykanów, że inwestowanie w ustępstwa wobec Rosji może przynieść pozytywne rezultaty. A zarazem – zmiękczyć najbardziej prowojenną część własnej opinii, której stanowisko dobrze oddaje np. telegramowy „Z-kanał” (od 2022 roku, kiedy to wjeżdżające na Ukrainę czołgi oznaczono literą „Z”, w potocznym rosyjskim oznacza ona wszystko, co prowojenne i nacjonalistyczne) i „Rybar” piszący, że „danie Siłom Zbrojnym Ukrainy czasu na dozbrojenie się i odbudowę potencjału byłoby czymś na tyle dziwnym, że tego po prostu nikt w Rosji by nie zrozumiał”. Zdanie „Rybara” można uznać za typowe dla najbardziej zażartej „patriotycznej” części rosyjskiej opinii, mniejszościowej, ale zarazem aktywnej, która ewentualne zawieszenie broni na warunkach sprowadzających się do zamrożenia konfliktu na dotychczasowych liniach przyjęłaby jako zdradę.

W tej sytuacji Putinowskie konsekwentne kontynuowanie konfliktu ma – jak się wydaje – dwie funkcje. Po pierwsze, Kreml wierzy, że jego przewaga (w sensie liczby ludności przeszło czterokrotna, w sensie PKB kilkunastokrotna) w końcu będzie musiała przełożyć się na sukces strategiczny. Po drugie – jeśli ten maksymalnie pozytywny wariant okaże się jednak nieosiągalny, to przedłużanie walki, zajmowanie kolejnych wioseczek za cenę ogromnych strat pozwala na kumulowanie emocji tych Rosjan, którzy jakiekolwiek zawieszenie broni przyjęliby z ulgą, a zarazem przekonanie coraz większej części radykalnych „patriotów”, że osiągnięcie historycznego przełomu jest na razie niemożliwe. Innymi słowy – im dłużej armia rosyjska będzie dreptać w krwawym błocie, tym – paradoksalnie – władza rosyjska ma większe szanse na to, że ewentualna operacja zamrożenia konfliktu będzie mogła zostać przeprowadzona spokojnie, i tym łatwiej będzie zminimalizować jej potencjalne negatywne skutki dla rządzących. 

Pod koniec powieści „Na Zachodzie bez zmian” Ericha Marii Remarque’a wymęczony niemiecki żołnierz, który za chwilę (w październiku 1918 r.) padnie w boju, stwierdza, że „gdybyśmy powrócili do ojczyzny w roku 1916, z bólu i siły naszego przeżycia rozpętalibyśmy burzę. Kiedy powrócimy teraz, będziemy zmęczeni, w ruinie, wypaleni, pozbawieni korzeni i beznadziejni”. Dziś władza rosyjska wciąż liczy na całkowite zwycięstwo. Ale zarazem chce, by – jeśli nie będzie ono możliwe – jej żołnierze wrócili z frontu do swoich miast „zmęczeni, w ruinie, wypaleni, pozbawieni korzeni i beznadziejni”. Bo tacy nie zagrożą systemowi.

 

Co my tam wciąż robimy?

Czego natomiast chce Donald Trump? Ewidentnie celem maksimum byłoby dla niego strategiczne porozumienie z Rosją. Przy czym nawet nie chodzi tu obecnie o żadnego „odwróconego Kissingera” – fantazyjność tego rodzaju infantylnie makiawelistycznych miraży musiała dostrzec już nawet obecna administracja. Oczywiście, kuszą rosyjskie zasoby naturalne, którymi Kreml wabi trumpistów. Kluczowe jednak wydaje się coś innego. 

Otóż amerykańska polaryzacja polityczna doprowadziła do tego, że polityczne zaplecze Trumpa, a w każdym razie jego radykalna i bardziej świadoma część, powitałaby takie posunięcie radośnie nawet bez żadnej specjalnej stojącej za nim racjonalnej kalkulacji – po prostu, „bo tak”. Jak powiedział ostatnio polityczny pisarz i publicysta Douglas Murray, amerykańska polityka osiągnęła w pewnych aspektach poziom takiego prymitywizmu, że wystarczy, aby jedna ze stron stanęła jasno na jakichś pozycjach (np. rozwinęła nad Ukrainą wirtualne flagi LGBT), by druga strona automatycznie Ukrainę zniecierpiała i zaczęła odczuwać sympatię do jej wrogów – czyli do Rosji.

W tej sytuacji jest oczywiste i politycznie w jakimś sensie racjonalne, że podstawową potrzebą Trumpa jest po prostu pozbycie się obciążenia, jakim Ukraina jest na najważniejszym i chyba jedynym naprawdę dla niego istotnym polu politycznego boju – czyli tym wewnątrzamerykańskim. Wśród co bardziej radykalnych zwolenników i działaczy ruchu MAGA już obecnie bywa artykułowane niezrozumienie, dlaczego właściwie prezydent i jego ekipa wciąż poświęcają swój czas na coś tak nieistotnego i, przede wszystkim, ze swej natury „bidenowskiego” („To wojna Joe Bidena!” – wielokrotnie wbijał do głowy swoim zwolennikom sam Trump). Dlaczego już dawno po prostu nie nakazał zabrać amerykańskich zabawek z tej piaskownicy…?
Pytanie, w jakim zakresie te nastroje już rozpowszechniają się, a jeszcze bardziej – w jakim mogą się rozpowszechnić na podejście Amerykanów do zaangażowania na obszarach na zachód od Bugu, nie jest niestety pytaniem bezzasadnym.



 

Polecane