Aleksandra Jakubiak OV: Pęknięcie

Pamiętne kazania
Każdy katolik, który przeżył na tym łez padole kilkadziesiąt lat, prawdopodobnie słyszał w swoim życiu tysiące kazań: z ambony, w mediach, w ramach komentarzy do Ewangelii zamieszczanych w prasie i książkach etc. Te, których fragmenty zapamiętaliśmy, nie muszą być w naszym życiu przełomowe - mogły być po prostu barwne lub potrzebne w danym momencie.
Pozostała mi w głowie homilia z czasów duszpasterstwa akademickiego, w której kaznodzieja mówił, że życie chrześcijanina dzieli się zasadniczo na trzy etapy: kiedy uważamy się za świętych, ale jeszcze nimi nie jesteśmy; kiedy nie uważamy się za świętych i faktycznie mini nie jesteśmy oraz gdy nie uważamy się za świętych, ale już nimi jesteśmy.
Troska o zbawienie
Słowa niniejszego kazania korespondują mi w myślach z etapami, które sama przechodziłam i przechodzę w kontekście refleksji nad zbawieniem i stosunkiem do Boga i bliźnich. Sądzę zresztą, że podobne okresy przeżywa wielu z nas. Zaraz po tym, kiedy u progu dorosłości trafiłam do Kościoła i doświadczałam swojego pierwszego, kardynalnego czasu nawrócenia, myśląc o zbawieniu, skupiałam się przede wszystkim na tym, by trzymać się blisko Boga, starać się zrywać z wewnętrznymi strukturami grzechu, by „zapracować” na zbawienie. Nie mówię, że te stany są czymś niewłaściwym - choć oczywiście zarabianie własnymi bicepsami na niebo nie stanowi istoty, ani nawet prawdy o drodze chrześcijanina. Mam raczej na myśli to, że ogniskową moich myśli i starań dotyczących zbawienia byłam wówczas ja sama i moje "zaklepane" mieszkanie u Ojca.
Potem nadeszły czasy, gdy w neofickim zapale próbowałam nawracać wszystkich wokół i panikować, gdy ktoś nie wykazywał chęci do wiary, ani truchtania do kościoła, załamując ręce nad tym, że niechybnie czeka go piekło. Potrzeba czasu, by uczyć się respektowania wolności wyboru i decyzji innych osób. Taki etap nauki był moją trzecią falą.
Kiedy skupienie na własnym zbawieniu, na dawaniu świadectwa nawrócenia, na zgodzie na wolność drugiego jakoś zaczęły się we mnie zakorzeniać, wtedy zaczęłam doświadczać zmagania się z zaufaniem Bogu, Jego opatrzności, Jego dobroci, Jego trosce o każdego z nas i powierzać zbawienie bliźnich Jego staraniu, Jego opiece i miłosierdziu.
Te cztery nurty nadal się we mnie na swój sposób mieszają. Może doświadczanie kolejnych fal jeszcze przede mną. Piszę to wszystko w horyzoncie pęknięcia między Kościołem a Bractwem Kapłańskim Świętego Piusa X, którego doświadczamy w tym tygodniu.
Droga do schizmy
Przyznam, że nie pierwszy już raz ze swego rodzaju „fascynacją” spoglądam na nurty podziału. Fascynacją w znaczeniu zadziwienia, nie zachwytu. Stawiam sobie pytanie, co musi się zadziać, jak długo kropla musi drążyć skałę, by człowiek bardziej ufał głosowi własnych chęci, jako rzekomemu powiewowi Ducha Świętego, niż Pismu, Tradycji, wielowiekowym doświadczeniom i naukom nt. jedności? Nie chcę przez to powiedzieć, że jednostka nigdy nie może mieć racji bardziej niż zbiorowość, przynajmniej w jakimś aspekcie analizy danego fenomenu - taki pogląd byłby zapewne formą totalitaryzmu - bardziej chodzi mi o to, jak to się dzieje, że z pozoru zdrowo uformowane sumienie, nie zada sobie pytania o to, czy wobec tak przytłaczającego doświadczenia pokoleń Kościoła, to ona na pewno się w swoich refleksjach i działaniach nie myli. I nie podda własnego sądu weryfikacji nawet w obliczu schizmy?
Przyznam, że taka możliwość napełnia mnie bojaźnią, bo znaczy to, że wielu z nas może stanąć w swoim życiu przed dylematem, który nas przerośnie.
W tym rozważaniu nie mam na myśli tylko tzw. lefebrystów, ale wszelkie odpadanie wspólnot idących za liderami, których doświadczamy stosunkowo często. Ich narracja dotycząca powodów odejścia zwykle jest podobna - to my jesteśmy rdzeniem Kościoła, to my idziemy za głosem Boga, to my jesteśmy prześladowani przez hierarchię.
Co dalej?
Według niezbyt jasnych danych, liczba wiernych związanych z FSSPX to kilkaset tysięcy osób. Cały dramat tej sytuacji można zignorować czy wręcz się nim oburzyć i pewnie niemało ludzi tak postąpi. Z drugiej strony można struchleć i poddać się lękowi o zbawienie bliźnich. Obie te skrajności noszą znamiona wewnętrznego chaosu. Można też realnie dostrzegać zagrożenie ciemnością i śmiercią rozbicia, rozproszenia, pęknięcia, ale dzięki zaufaniu żywić nadzieję, że Bogu uda się stworzyć - i z przejścia przez ciemności, i z przejścia przez śmierć - jakieś większe dobro.
Może nie dziś, może nie jutro, ale niezawodnie. Jak w przeszłości już to czynił po wielokroć.
Komentarze
Prefekt Dykasterii ds. Nauki Wiary spotka się z Bractwem św. Piusa X

Kraj nieszczęśliwych radykałów. Staniszewski: Polska dzieli się na dwie części

„Solidarność to jedność”. Uczniowie z Podlasia nagrodzeni

Czy papież pozwoli lefebrystom na wyświęcenie nowych biskupów?
"Czy wierzysz w to?" - dziś rozpoczyna się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan








