[Tylko u nas] Marcin Królik: Wciąż za mało Pileckiego!
01.03.2020 01:58
![[Tylko u nas] Marcin Królik: Wciąż za mało Pileckiego!](https://tysol.pl/storage/files/2026/3/1/0abe5166-8008-45d7-b32a-d493f80d650f/44172.jpg?p=article_hero_mobile)
Komentarzy: 0
Udostępnij:
Na jednym z marketów w moim rodzinnym mieście widnieje ogromny mural przedstawiający portret rtm. Witolda Pileckiego. Z tego, co wiem, przynajmniej raz był on celem nocnego aktu wandalizmu w wykonaniu tzw. nieznanych sprawców. Podejrzewam, że podobne sytuacje zdarzają się też i w innych polskich miastach. Pilecki spogląda ze ścian budynków, jest patronem ulic i szkół, a praktycznie żadne obchody Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych nie mogą się obyć bez wzmianki o jego bohaterstwie - i to zarówno tym, gdy dał się zamknąć w Auschwitz, żeby stworzyć tam organizację konspiracyjną, jak też i późniejszym, gdy do końca nie pozwolił się złamać komunistom.
To rzeczywiście imponujące, jeżeli weźmie się pod uwagę, że od czasu swojej śmierci w 1948 roku był on systemowo wręcz wymazywany z powszechnej świadomości Polaków. Tu wypada przypomnieć, że pośmiertna "kariera" Pileckiego rozpoczęła się w Londynie od pracy doktorskiej innego więźnia obozu w Oświęcimiu, a zarazem żołnierza AK, Józefa Garlińskiego. Swoją wcale niemałą cegiełkę dołożył też brytyjski historyk, Michael Foot, który w książce "Sześć oblicz odwagi" z 1978 roku zaliczył Pileckiego do najodważniejszych przedstawicieli globalnie pojętego ruchu oporu z czasów II Wojny Światowej. Nie sposób jednak zaprzeczyć, że do stanu, jaki mamy dzisiaj, wiodła jeszcze długa i wyboista droga.
Dzisiaj można niekiedy odnieść wrażenie, że Pileckiego jest za dużo, że właściwie stał się on czymś w rodzaju komiksowej postaci, zmielonej w trybach pop-patriotyzmu spod znaku Tadka Polkowskiego i tych wszystkich gadżetów, jakie widuje się na Marszach Niepodległości. A jednak tak naprawdę wciąż jest go zdecydowanie zbyt mało. I - jak na ironię! - najdobitniej uzmysławia to rzecz, dzięki której swój heroiczny image w ogóle zyskał: raport, który sporządził po ucieczce z - jak sam wielokrotnie w owym wstrząsającym tekście pisze - mordowni.
W zasadzie jest to dokument-widmo. Niby każdy coś o nim słyszał, ale mało kto, poza wąskim gronem szczególnie zainteresowanych, tak naprawdę go zna. I to pomimo faktu, że jest on dostępny zupełnie za darmo w sieci. A może właśnie dlatego? Na przestrzeni lat miał on kilka mniej lub bardziej udanych wydań książkowych, w których jednak zazwyczaj roiło się od błędów spowodowanych a to pomyłkami Garlińskiego w rozszyfrowywaniu części nazwisk kryjących się pod zapisanymi w tekście numerami, a to fatalnym stanem oryginalnego maszynopisu, a to próbami "wygładzenia" odrobinę chropowatego pierwowzoru.
Jak dotąd jedynym kompleksowym opracowaniem - zarazem szanującym styl autora oraz oferującym rozbudowane przypisy dopowiadające treść - jest dwujęzyczna, polsko-angielska, edycja z 2017 roku, dokonana przez zespół specjalistów pod kierunkiem prof. Józefa Brynkusa. "Raport Witolda" ukazał się w wyd. Apostolicum pod honorowym patronatem prezydenta Andrzeja Dudy z przeznaczeniem do nieodpłatnego kolportażu. Każdy, kto będzie miał taką możliwość, powinien zdecydowanie po ówże wolumin sięgnąć.
A warto to uczynić choćby po to, żeby zdać sobie sprawę z jednej banalnie prostej rzeczy. Ze strony Pileckiego aktem największego heroizmu wcale nie było ani przeniknięcie do obozu, ani założenie tam konspiracji - swoją drogą rzeczywiście niezwykle prężnej, o czym wspominał Garliński, który do Auschwitz trafił już po rotmistrzu - ani nawet ucieczka stamtąd. Tak naprawdę największą odwagą było tam po prostu przeżyć. I to bynajmniej nie tylko ze względu na codzienne tortury, zabijanie pod byle pretekstem czy dziesiątkujące więźniów równie skutecznie jak Gestapo choroby. Sztuką było się nie załamać, nie poddać, nie zostać "muzułmaninem" - jak w obozowej gwarze określano więźniów na wykończeniu fizycznym i psychicznym.
Kiedy się brnie przez te z lekka frenetyczne zapiski - właśnie tak, brnie, bo normalną lekturą nazwać tego nie można - człowieka dość łatwo mogą najść co najmniej dwie refleksje ściśle religijnej natury. Pierwsza przedstawia się mianowicie tak, że Auschwitz było jedną z tych szczególnych, wyróżnionych też przez św. Jana Pawła II, okoliczności, kiedy Bóg może, a nawet powinien wybaczyć samobójstwo. Druga dotyczy tego, że chyba nie zawsze dostajemy na ramiona krzyż, który jesteśmy w stanie unieść. Niestety.
Bo naprawdę trudno nie zadawać sobie takiego pytania, kiedy czyta się u Pileckiego relację o tym, jak dwóch rozbawionych esesmanów zakłada się o pieniądze, jak długo będzie wierzgał nogami więzień zakopany głową w piachu. Trudno nie dostać skrętu kiszek, czytając o niepowtarzalnym niemieckim poczuciu humoru, kiedy na placu apelowym zostaje ubrana piękna choinka, a pod nią wybranemu z tłumu häftlingowi "panowie" wymierzają 25 batów. Ot, takie inteligentne mrugnięcie. I bynajmniej nie są to najdrastyczniejsze przykłady, ale przez to może tym bardziej porażające.
Sam Pilecki przyznaje w kilku miejscach raportu, że tak naprawdę przetrwał jedynie dzięki swojej wierze. Symboliczna pod tym względem jest też jego ucieczka, która odbyła się dzień po Niedzieli Wielkanocnej 1943 roku. Warto ponadto w tym kontekście przywołać słowa córki rotmistrza, Zofii, która opowiadała, że najcenniejszą rzeczą, jaka pozostała jej po ojcu, jest książka "O naśladowaniu Chrystusa" Tomasza a Kempis.
Lecz kluczowa wartość obozowych wspomnień Pileckiego kryje się w czymś innym. A mianowicie w tym, że oddają one hołd, a przez to i dziejową sprawiedliwość, kaźni Polaków, jaka rozgrywała się za drutami Auschwitz jeszcze zanim ukończono budowę komór gazowych Birkenau i zanim zaczęły tam zjeżdżać pociągi z Żydami z całej Europy. Oczywiście przed Żydami byli jeszcze sowieccy jeńcy - to na nich testowano skuteczność Cyklonu B - ale w pierwszej kolejności ofiarami niemieckiej "mordowni" byli Polacy. Wykańczano ich setkami, codziennie, bez cienia litości, wykorzystując do tego zabójczą pracę, wielogodzinne "stójki", mróz, psy, kije, strzykawki i w ogóle wszystko, co było pod ręką. I to chyba najlepiej uświadamia, jak diabolicznym kombinatem śmierci od początku było Auschwitz.
Dziś, kiedy pamięć o II wojnie światowej ulega w coraz większym stopniu relatywizacji i gdy wartość przelanej w niej polskiej krwi jest na każdym kroku umniejszana, to świadectwo Pileckiego uzyskuje szczególny wydźwięk. Co ciekawe, on sam już kilka lat po wojnie dostrzegał próby manipulowania historią. Na końcu raportu zapisał: "Prawda stała się tak rozciągliwa, że naciągano ją, przysłaniając wszystko, co ukryć było wygodniej." I w tym sensie jego pracę można śmiało interpretować nie tylko w kategoriach świadectwa, lecz również jako bunt przeciwko zacieraniu granicy między uczciwością a zwykłym krętactwem.
Aczkolwiek prawda, którą nam Pilecki ofiaruje, to przede wszystkim prawda o ludziach - tych, którzy "ulecieli przez komin", tych wciągniętych przez niego do siatki, tych szlachetnych, ale też i łajdakach czy wreszcie postaciach niejednoznacznych. Do takich niewątpliwie należał Hans Bock, który dobił o. Kolbego zastrzykiem z fenolu, ale Pileckiemu znany był jako "Tato" - zwykły kryminalista miewający ludzkie odruchy pomocy.
"Raport Witolda" to wstrząsająca lektura, która powinna stać się absolutnie obowiązkową pozycją dla każdego, kto chce wypowiadać się czy to na temat Pileckiego, czy to o Holokauście. Jest to także - nie waham się tak stwierdzić - praktycznie gotowy scenariusz na film, a nawet serial o naprawdę epickim rozmachu i uniwersalnej humanistycznej wymowie.
Pozostaje tylko mieć nadzieję, że kiedy już opatrzą nam się gwiazdy disco polo, na wielkich ekranach masowo zagoszczą najznamienitsi bohaterowie naszej najnowszej historii. Oczywiście w godnej ich oprawie.
Marcin Królik
Dzisiaj można niekiedy odnieść wrażenie, że Pileckiego jest za dużo, że właściwie stał się on czymś w rodzaju komiksowej postaci, zmielonej w trybach pop-patriotyzmu spod znaku Tadka Polkowskiego i tych wszystkich gadżetów, jakie widuje się na Marszach Niepodległości. A jednak tak naprawdę wciąż jest go zdecydowanie zbyt mało. I - jak na ironię! - najdobitniej uzmysławia to rzecz, dzięki której swój heroiczny image w ogóle zyskał: raport, który sporządził po ucieczce z - jak sam wielokrotnie w owym wstrząsającym tekście pisze - mordowni.
W zasadzie jest to dokument-widmo. Niby każdy coś o nim słyszał, ale mało kto, poza wąskim gronem szczególnie zainteresowanych, tak naprawdę go zna. I to pomimo faktu, że jest on dostępny zupełnie za darmo w sieci. A może właśnie dlatego? Na przestrzeni lat miał on kilka mniej lub bardziej udanych wydań książkowych, w których jednak zazwyczaj roiło się od błędów spowodowanych a to pomyłkami Garlińskiego w rozszyfrowywaniu części nazwisk kryjących się pod zapisanymi w tekście numerami, a to fatalnym stanem oryginalnego maszynopisu, a to próbami "wygładzenia" odrobinę chropowatego pierwowzoru.
Jak dotąd jedynym kompleksowym opracowaniem - zarazem szanującym styl autora oraz oferującym rozbudowane przypisy dopowiadające treść - jest dwujęzyczna, polsko-angielska, edycja z 2017 roku, dokonana przez zespół specjalistów pod kierunkiem prof. Józefa Brynkusa. "Raport Witolda" ukazał się w wyd. Apostolicum pod honorowym patronatem prezydenta Andrzeja Dudy z przeznaczeniem do nieodpłatnego kolportażu. Każdy, kto będzie miał taką możliwość, powinien zdecydowanie po ówże wolumin sięgnąć.
A warto to uczynić choćby po to, żeby zdać sobie sprawę z jednej banalnie prostej rzeczy. Ze strony Pileckiego aktem największego heroizmu wcale nie było ani przeniknięcie do obozu, ani założenie tam konspiracji - swoją drogą rzeczywiście niezwykle prężnej, o czym wspominał Garliński, który do Auschwitz trafił już po rotmistrzu - ani nawet ucieczka stamtąd. Tak naprawdę największą odwagą było tam po prostu przeżyć. I to bynajmniej nie tylko ze względu na codzienne tortury, zabijanie pod byle pretekstem czy dziesiątkujące więźniów równie skutecznie jak Gestapo choroby. Sztuką było się nie załamać, nie poddać, nie zostać "muzułmaninem" - jak w obozowej gwarze określano więźniów na wykończeniu fizycznym i psychicznym.
Kiedy się brnie przez te z lekka frenetyczne zapiski - właśnie tak, brnie, bo normalną lekturą nazwać tego nie można - człowieka dość łatwo mogą najść co najmniej dwie refleksje ściśle religijnej natury. Pierwsza przedstawia się mianowicie tak, że Auschwitz było jedną z tych szczególnych, wyróżnionych też przez św. Jana Pawła II, okoliczności, kiedy Bóg może, a nawet powinien wybaczyć samobójstwo. Druga dotyczy tego, że chyba nie zawsze dostajemy na ramiona krzyż, który jesteśmy w stanie unieść. Niestety.
Bo naprawdę trudno nie zadawać sobie takiego pytania, kiedy czyta się u Pileckiego relację o tym, jak dwóch rozbawionych esesmanów zakłada się o pieniądze, jak długo będzie wierzgał nogami więzień zakopany głową w piachu. Trudno nie dostać skrętu kiszek, czytając o niepowtarzalnym niemieckim poczuciu humoru, kiedy na placu apelowym zostaje ubrana piękna choinka, a pod nią wybranemu z tłumu häftlingowi "panowie" wymierzają 25 batów. Ot, takie inteligentne mrugnięcie. I bynajmniej nie są to najdrastyczniejsze przykłady, ale przez to może tym bardziej porażające.
Sam Pilecki przyznaje w kilku miejscach raportu, że tak naprawdę przetrwał jedynie dzięki swojej wierze. Symboliczna pod tym względem jest też jego ucieczka, która odbyła się dzień po Niedzieli Wielkanocnej 1943 roku. Warto ponadto w tym kontekście przywołać słowa córki rotmistrza, Zofii, która opowiadała, że najcenniejszą rzeczą, jaka pozostała jej po ojcu, jest książka "O naśladowaniu Chrystusa" Tomasza a Kempis.
Lecz kluczowa wartość obozowych wspomnień Pileckiego kryje się w czymś innym. A mianowicie w tym, że oddają one hołd, a przez to i dziejową sprawiedliwość, kaźni Polaków, jaka rozgrywała się za drutami Auschwitz jeszcze zanim ukończono budowę komór gazowych Birkenau i zanim zaczęły tam zjeżdżać pociągi z Żydami z całej Europy. Oczywiście przed Żydami byli jeszcze sowieccy jeńcy - to na nich testowano skuteczność Cyklonu B - ale w pierwszej kolejności ofiarami niemieckiej "mordowni" byli Polacy. Wykańczano ich setkami, codziennie, bez cienia litości, wykorzystując do tego zabójczą pracę, wielogodzinne "stójki", mróz, psy, kije, strzykawki i w ogóle wszystko, co było pod ręką. I to chyba najlepiej uświadamia, jak diabolicznym kombinatem śmierci od początku było Auschwitz.
Dziś, kiedy pamięć o II wojnie światowej ulega w coraz większym stopniu relatywizacji i gdy wartość przelanej w niej polskiej krwi jest na każdym kroku umniejszana, to świadectwo Pileckiego uzyskuje szczególny wydźwięk. Co ciekawe, on sam już kilka lat po wojnie dostrzegał próby manipulowania historią. Na końcu raportu zapisał: "Prawda stała się tak rozciągliwa, że naciągano ją, przysłaniając wszystko, co ukryć było wygodniej." I w tym sensie jego pracę można śmiało interpretować nie tylko w kategoriach świadectwa, lecz również jako bunt przeciwko zacieraniu granicy między uczciwością a zwykłym krętactwem.
Aczkolwiek prawda, którą nam Pilecki ofiaruje, to przede wszystkim prawda o ludziach - tych, którzy "ulecieli przez komin", tych wciągniętych przez niego do siatki, tych szlachetnych, ale też i łajdakach czy wreszcie postaciach niejednoznacznych. Do takich niewątpliwie należał Hans Bock, który dobił o. Kolbego zastrzykiem z fenolu, ale Pileckiemu znany był jako "Tato" - zwykły kryminalista miewający ludzkie odruchy pomocy.
"Raport Witolda" to wstrząsająca lektura, która powinna stać się absolutnie obowiązkową pozycją dla każdego, kto chce wypowiadać się czy to na temat Pileckiego, czy to o Holokauście. Jest to także - nie waham się tak stwierdzić - praktycznie gotowy scenariusz na film, a nawet serial o naprawdę epickim rozmachu i uniwersalnej humanistycznej wymowie.
Pozostaje tylko mieć nadzieję, że kiedy już opatrzą nam się gwiazdy disco polo, na wielkich ekranach masowo zagoszczą najznamienitsi bohaterowie naszej najnowszej historii. Oczywiście w godnej ich oprawie.
Marcin Królik

Treść redakcyjna
Komentarzy: 0
Data publikacji: 01.03.2020 01:58
Tadeusz Płużański: (Niestety) zdrajca Rzepecki
04.01.2025 01:18

Komentarzy: 0
4 stycznia 1947 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie rozpoczął się proces I Zarządu Głównego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Na ławie oskarżonych zasiadł prezes płk Jan Rzepecki, razem z dziewięcioma innymi WIN-owcami.
Czytaj więcej
Tadeusz Płużański: Tajna Armia Polska
09.11.2024 02:33

Komentarzy: 0
10 listopada 1939 r. w kościele garnizonowym przy ul Długiej w Warszawie (dzisiejsza Katedra polowa Wojska Polskiego Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski) ks. Jan Zieja przyjął uroczystą przysięgę twórców Tajnej Armii Polskiej, jednej z pierwszych wojskowych organizacji podziemnych po przegranej wojnie obronnej. Komendantem został mjr. Jan Włodarkiewicz „Darwicz”, a szefem sztabu ppor. Witold Pilecki „Witold”.
Czytaj więcej
Tadeusz Płużański: Władza ludowa zawsze chciała zapomnieć o Pileckim. "Bohaterem" miał być donosiciel Gestapo Cyrankiewicz
29.06.2024 10:04

Komentarzy: 0
29 czerwca 1956 r., po pacyfikacji robotniczych protestów w Poznaniu, premier Józef Cyrankiewicz stwierdził: „Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie w interesie klasy robotniczej”.
Czytaj więcej
Będzie protest przeciwko skandalicznej decyzji Muzeum II Wojny Światowej
26.06.2024 10:12

Komentarzy: 0
Były minister edukacji Przemysław Czarnek poinformował na antenie Radia ZET, że w piątek o g. 17:00 pod Muzeum II Wojny Światowej odbędzie się protest przeciwko usunięciu z wystawy głównej ekspozycji dotyczącej św. Maksymiliana Marii Kolbego, bł. rodziny Ulmów i rtm. Witolda Pileckiego.
Czytaj więcej
76 lat temu komuniści zamordowali rtm. Witolda Pileckiego
25.05.2024 09:40

Komentarzy: 0
76 lat temu, 25 maja 1948 r., w więzieniu mokotowskim komuniści zamordowali rtm. Witolda Pileckiego, uczestnika wojny polsko-bolszewickiej, kampanii 1939 r., oficera AK, więźnia Auschwitz. „Przez całe życie pracowałem dla Polski” – pisał w liście do komunistycznego dyktatora Bolesława Bieruta.
Czytaj więcej