"Twarz miałam wbitą w ziemię". Zatrzymana przed Zoo Łączna zabiera głos

- Przed Zoo Łączna doszło do gwałtownej interwencji policji podczas protestu przeciwko wywożeniu zwierząt.
- Jedna z zatrzymanych kobiet w rozmowie z Tysol.pl ujawniła kulisy interwencji i opowiedziała, jak potraktowali ją funkcjonariusze.
- Policja przedstawia inną wersję wydarzeń, a wokół przyszłości ogrodu zoologicznego pojawiają się kolejne kontrowersje.
Protesty przed Zoo Łączna
Od wtorku 13 października na terenie prywatnego ogrodu zoologicznego w Łącznej koło Mieroszowa w woj. dolnośląskim prowadzone są czynności zlecone przez prokuraturę w ramach śledztwa dotyczącego podejrzenia znęcania się nad zwierzętami. W działaniach uczestniczą policjanci, przedstawiciele inspekcji weterynaryjnej oraz organizacje zajmujące się ochroną zwierząt.
Akcja odbierania i wywożenia zwierząt wywołała protesty mieszkańców okolicznych miejscowości oraz sympatyków ogrodu zoologicznego. Uczestnicy zgromadzeń blokowali wyjazdy samochodów z terenu zoo, domagając się informacji o przewożonych zwierzętach i warunkach ich transportu.
W środę 14 października doszło do interwencji policji wobec protestujących. Podczas wieczornych wydarzeń funkcjonariusze użyli siły fizycznej, a kilka osób zostało zatrzymanych.
Wśród nich znalazła się pani Magda Błażejowska, mieszkanka okolicy, która uczestniczyła w proteście wraz ze swoją siostrą. W rozmowie z Tysol.pl przedstawiła własną relację z przebiegu wydarzeń.
"My jako mieszkańcy nie przejawialiśmy żadnej agresji"
Jak opowiada pani Magda, początkowo nic nie wskazywało na to, że protest zakończy się użyciem siły przez policję.
– My jako mieszkańcy pojechaliśmy tam, bo jesteśmy zmartwieni tą sytuacją. Martwimy się o zwierzęta, w jaki sposób one są stamtąd wywożone. Ludzie powiązani z jakimiś fundacjami "prozwierzęcymi" wynosili różne kartony, klatki, worki, które pakowali prosto do bagażników. Jako mieszkańcy nie przejawialiśmy żadnej agresji – relacjonuje kobieta.
Według jej relacji do pierwszej konfrontacji doszło, gdy z terenu zoo próbował wyjechać czarny osobowy samochód marki mercedes. Protestujący chcieli sprawdzić, czy w samochodzie znajdują się zwierzęta.
– Nie chcieliśmy tego czarnego mercedesa wypuścić, prosząc bardzo grzecznie, żeby tylko otworzyli bagażnik i pokazali, co mają w tym bagażniku. Podejrzewaliśmy, że są tam jakieś zwierzęta, które są wywożone w niewłaściwy sposób – wyjaśnia.
Jak twierdzi, obecni na miejscu funkcjonariusze odmówili zwrócenia się do kierowcy o pokazanie zawartości bagażnika. Następnie miało dojść do zdarzenia z udziałem policyjnego busa.
Przed mercedesa wjechał samochód policyjny bus, który zaczął nas taranować. Po prostu wjechał w nas. Wywracaliśmy się wszyscy. Jednocześnie siłowo nacierali na nas funkcjonariusze. Siostra, chcąc zapobiec dalszej agresji, położyła się przed tego policyjnego busa, co powstrzymało dalszą interwencję. Poszkodowana została jedna osoba, do której dopiero po godzinie przyjechała karetka. Ta osoba leżała przez godzinę na zimnym asfalcie
– twierdzi pani Magda.
Wieczorna interwencja policji
Do kolejnej konfrontacji doszło jeszcze tego samego dnia w godzinach wieczornych. Według pani Magdy na miejscu pojawiało się coraz więcej funkcjonariuszy, podczas gdy część mieszkańców opuszczała już protest.
– Niestety po tej godzinie 21:00 mieszkańców było mniej, nas ubywało, a policji było coraz więcej. Zjeżdżały się kolejne policyjne auta na sygnale. Było gdzieś około setki policjantów. Szykowała się do wyjazdu bardzo duża ciężarówka, coś jak mniejszy tir. Mieliśmy informację, że jakieś zwierzęta były pakowane na tył tej ciężarówki – opowiada.
Protestujący ponownie chcieli sprawdzić zawartość pojazdu. Jak mówi kobieta, jeden z policjantów przekazał im, że ciężarówka nie spełnia odpowiednich warunków do transportu zwierząt i ma opuścić teren zoo pusta.
– Poprosiliśmy, żeby pokazano nam, co jest na pace tej ciężarówki. Pan policjant powiedział, że auto nie ma odpowiednich warunków do przewozu zwierząt i wyjeżdża puste. Zatem my poprosiliśmy, by jeden z nas podszedł z panem policjantem i sprawdził po prostu tę pakę, żebyśmy mogli rzeczywiście przekonać się, czy to auto wyjeżdża puste. Jeśli jest ono puste, to my bez problemu to auto wypuścimy – relacjonuje.
Według pani Magdy funkcjonariusz odmówił możliwości sprawdzenia przestrzeni ładunkowej przez jednego z protestujących. Mieszkańcy zdecydowali się więc kontynuować blokadę.
Czy wewnątrz zatrzymywanych pojazdów widać było zwierzęta? Rozmówczyni podkreśla, że protestujący widzieli przede wszystkim przenoszenie klatek i pakunków.
"Położyłyśmy się po prostu na asfalcie"
Kobieta twierdzi, że w pewnym momencie uzbrojeni policjanci przystąpili w szyku do szturmu na grupę protestujących. Pani Magda znajdowała się wówczas w pierwszej linii zgromadzonych osób wraz ze swoją siostrą.
Jak wyjaśnia, obie zdecydowały się na bierny protest, kładąc się na jezdni.
– Ja stałam z siostrą w pierwszej linii. To, co my zrobiłyśmy w najbardziej spokojny i niewzbudzający agresji sposób, to położyłyśmy się po prostu na asfalcie. Pierwsza linia policjantów z tarczami przeszła gdzieś nade mną. W pewnym momencie z drugiej linii ktoś mnie zaczął szarpać za nogę, więc byłam wleczona przez jakiś odcinek po asfalcie. Następnie cztery osoby mnie niosły – relacjonuje.
W dalszej części rozmowy pani Magda wyjaśnia, że po prostu się bała i próbowała wyrwać się najpierw wlokącym ją po ziemi, a potem niosącym ją funkcjonariuszom. Krzyczała, wołając o pomoc i zaprzestanie agresji. Jak zapewnia, nie przeprowadzała na nikogo żadnego ataku.
– Ja się próbowałam uwolnić z rąk poniewierających mną policjantów. Jeśli widzę czterech osaczających mnie mężczyzn w maskach, człowiek nie myśli racjonalnie, działa adrenalina, więc machałam rękami i nogami, próbując się uwolnić – mówi kobieta.
Według jej relacji następnie została obezwładniona, brutalnie rzucona twarzą do ziemi i zakuta w kajdanki.
Twarz miałam wbitą w ziemię, miałam pełno ziemi w ustach, miałam całą twarz w błocie, były mi wykręcane ręce, nogi były mi wykręcane na wszystkie strony. Zostałam zakuta w kajdanki, po czym pozostawiona w tej pozycji, w tym błocie, na jakiś dłuższy czas. Ciężko mi jest powiedzieć na jak długo
– opowiada pani Magda.
Kobieta twierdzi, że pozostawała w tej pozycji na tyle długo, iż jeden z policjantów miał zwrócić uwagę innym, aby ją podnieśli lub odwrócili.
Opisując stan swojego zdrowia po interwencji, pani Magda wskazuje na dolegliwości związane z kostką i barkami.
– Ja dzisiaj ledwo chodzę, miałam problem, żeby jechać samochodem. Mam opuchniętą kostkę i powyciągane barki. Mam dzisiaj problemy z chodzeniem – relacjonuje.
Zatrzymano również jej siostrę
Jak wynika z relacji pani Magdy, podczas tej samej interwencji policjanci zatrzymali również jej siostrę, która także położyła się na asfalcie.
Rozmówczyni podkreśla, że jej siostra nie stawiała żadnego najmniejszego oporu podczas interwencji, ale również została zakuta w kajdanki.
Noc w policyjnej celi
Po zatrzymaniu obie kobiety zostały osobno przewiezione do Wałbrzycha. Jak opisuje pani Magda, początkowo trafiły do różnych jednostek policji.
– Jechałyśmy w dwóch różnych radiowozach. Obie cały czas byłyśmy zakute w kajdanki, także podczas procedur na komendzie. Ja zostałam wywieziona na jedną komendę, a później przewieziona na drugą komendę, gdzie moja siostra trafiła od razu. Nie wiem właściwie, dlaczego ja byłam na jednej, a ona na drugiej. Bądź co bądź później obie wylądowałyśmy na tzw. dołku. Spędziłyśmy noce w dwóch różnych celach – relacjonuje.
Następnego dnia w okolicy południa obie kobiety zostały przesłuchane przez funkcjonariuszy.
Według przekazanych nam informacji na moment rozmowy kobiecie nie przedstawiono formalnych zarzutów, a okoliczności zdarzenia pozostają przedmiotem analizy.
Pani Magda opuściła policyjną jednostkę następnego dnia we wczesnych godzinach popołudniowych, niedługo po zwolnieniu jej siostry.
Policja przedstawia własną wersję wydarzeń
Do wydarzeń z 14 października odniosła się również Komenda Miejska Policji w Wałbrzychu. W wypowiedziach udzielonych mediom rzecznik jednostki, nadkom. Marcin Świeży, potwierdził, że podczas wieczornej interwencji funkcjonariusze zastosowali środki przymusu bezpośredniego.
Jak informował w rozmowie z Dziennikiem Wałbrzych, zgromadzone osoby zablokowały jezdnię, uniemożliwiając przejazd samochodów. Policjanci mieli wielokrotnie wzywać uczestników protestu do opuszczenia drogi, a następnie ostrzegać przez megafony o możliwości użycia siły.
Według rzecznika, ponieważ protestujący nie wykonywali poleceń, do działań skierowano funkcjonariuszy Oddziału Prewencji Policji z Wrocławia. Policjanci wyposażeni w tarcze fizycznie zepchnęli protestujących z jezdni, umożliwiając przejazd pojazdów.
W rozmowie z Wirtualną Polską nadkom. Świeży poinformował również, że podczas interwencji zatrzymano cztery osoby w związku z podejrzeniem naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariuszy. Według policji jedna z tych osób rzuciła jajkiem w policjanta.
Policja przekazała także, że podczas interwencji jeden z mężczyzn wymagał pomocy medycznej. Został przebadany przez zespół ratownictwa medycznego, lecz nie przewieziono go do szpitala.
Co dalej z Zoo Łączna? Nowe informacje o śledztwie i zwierzętach
Tymczasem pojawiają się kolejne informacje dotyczące sytuacji w Zoo Łączna. W czwartek 15 października Sąd Rejonowy w Wałbrzychu nie uwzględnił wniosku prokuratury o tymczasowe aresztowanie właściciela ogrodu Marcina N. Wobec mężczyzny zastosowano środki wolnościowe, w tym dozór policyjny i poręczenie majątkowe. Łącznie pięć osób związanych z działalnością zoo usłyszało zarzuty dotyczące znęcania się nad zwierzętami.
Jak poinformowało w piątek Radio ZET, pełnomocnicy właściciela zapowiadają podjęcie działań prawnych mających na celu powstrzymanie dalszego wywożenia zwierząt. Z kolei prokuratura zamierza zaskarżyć decyzję sądu o niezastosowaniu tymczasowego aresztowania.
W czwartek w Mieroszowie odbyło się również posiedzenie Gminnego Zespołu Zarządzania Kryzysowego, zwołane na polecenie wojewody dolnośląskiej Anny Żabskiej. Jak wynika z oficjalnego komunikatu gminy, według informacji przekazanych przez policję na terenie zoo pozostawało około 667 zwierząt, natomiast 33 zostały przewiezione do placówek w Belgii i Holandii.
W piątek 16 października Ministerstwo Klimatu i Środowiska wydało komunikat, w którym zaprzeczyło, aby uczestniczyło w przygotowywaniu lub planowaniu działań organów ścigania w Zoo Łączna. Resort wyjaśnił, że w ramach procedury CITES wydał pozytywną decyzję dotyczącą przemieszczenia jednego tygrysa bengalskiego.
Komentarze
Ciało kobiety na Pomorzu. Na miejscu nurkowie i policja

Telewizja Republika: Warszawski garnizon policji miał odmówić wykonania rozkazu ws. TK

Niepokojące nagranie spod TK. Adam Borowski leży na chodniku

Policja ws. scen pod TK: „Stoimy na straży porządku prawnego i bezpieczeństwa”

Dantejskie sceny przed TK. Doszło do starć z policją, są poszkodowani







