Szukaj
Konto

Marcin Bąk: Serce nad rozumem? Ale chodzi często o pieniądze...

Dzik
Źródło: pixabay | Licencja: pixabay | Dzik
Komentarzy: 0
Wiosną tego roku wyjątkowo duże watahy dzików zawędrowały do wielkich miast naszego kraju. Już nie na obrzeżach, w półwiejskich dzielnicach lecz nawet w centrach miejskich, w parkach i na placach mieliśmy wizyty czworonożnych mieszkańców lasu. Akcja związana z ich wybijaniem spotkała się z żywą, emocjonalna kontrakcją aktywistów.

W PRL istniał taki dowcip:

- Jeśli śnieg przypadkowo zaskoczy rolników a na polach pozostały jeszcze nie zebrane płody rolne, zboże, ziemniaki i buraki, to co się zbiera najpierw?

- najpierw zbiera się Komisja.

Ten dowcip ma bardziej uniwersalny charakter, nie ogranicza się tylko do epoki słusznie minionej, lecz pokazuje pewien tym myślenia i działania, charakterystyczny dla części lewicy, zwłaszcza tej etatystycznej. Jeżeli pojawia się problem, to pierwszym krokiem do jego rozwiązania, niech będzie powołanie jakiegoś ciała złożonego z ekspertów. Często ten pierwszy krok bywa zarazem krokiem jedynym.

Dziki miejskie – zagrożenie czy atrakcja?

Nie inaczej rzecz ma się z dzikami miejskimi oraz aktywistycznym sposobem na radzenie sobie z tym problemem. Dzik jest inteligentnym zwierzęciem, zupełnie nieuprawnione są wyzwiska w rodzaju „głupia świnia”, one całkiem niepoprawnie opisują rzeczywistość. Świnia a jest to w końcu udomowiony dzik, posiada inteligencje i zdolność adaptacji porównywalną do psa, wiernego towarzysza ludzi. Gdy dziki zorientowały się, że w miastach nic im w gruncie rzeczy nie zagraża, że mają tu pod dostatkiem pożywienia – zaczęły ze swoich dotychczasowych siedzib migrować.

Dodatkowo dzik jest bardzo płodnym zwierzęciem, locha potrafi mieć w miocie nawet osiem i dziesięć warchlaków. Zmiany klimatu również wpływają na populacje dzików, jak mi donoszą znajomi myśliwi i leśnicy, pojawiło się zjawisko wcześniej niespotykane, drugich miotów w roku. Tak więc populacja dzicza rośnie i będzie rosnąć, nie znajdując żadnej tamy. Trzeba jednocześnie pamiętać, że miejskie dziki nadal pozostają dzikimi zwierzętami. Są duże, bardzo szybkie i uzbrojone w potężne kły. Ich zachowanie może być z naszego punktu widzenia nieobliczalne, szczególnie w przypadku lochy z małymi pasiaczkami. Jest to więc problem dla służb zajmujących się bezpieczeństwem i porządkiem w mieście.


Na problemy najlepiej powołać Komisję

W Warszawie, po paru miesiącach dziczych wędrówek w stronę Centrum, po niezliczonej liczbie filmików w mediach społecznościowych z dzikami oraz po kilku incydentach z atakiem na psy bądź ludzi – ruszono wreszcie po rozum do głowy i rozpoczęto akcję wyłapywania i zabijania dzików miejskich. Na to sensowne i konieczne skądinąd działanie administracji oburzyli się aktywiści miejscy, działacze różnych partii lewicowych (zielony jest jak arbuz – w środku czerwony) artyści i celebryci. Trzeba przyznać, że całe działanie było dobrze zorganizowane pod względem propagandowym. Media społecznościowe zalała fala wpisów bogato ilustrowanych zdjęciami małych dziczków, które padły ofiarą działania władz. We wpisach pojawiały się porównania do eksterminacji, zagłady, rzezi i holokaustu. Wszystko bardzo mocno naznaczone emocjami, dużo słów o empatii, o potrzebie współistnienia i tym podobne. Czego jednak domagali się protestujący w środę 15 kwietnia przed warszawskim ratuszem aktywiści? Jakie proponowali pozytywne rozwiązanie problemu? I tutaj docieramy do najciekawszego elementu całej tej opowieści. W większości przypadków aktywista czy celebryta pytany o to, jak powinno się rozwiązać problem dzików w mieście odpowiadał mniej więcej tak – trzeba powołać zespół ekspertów.

Zespoły ekspertów i przeróżne komisje są rajem dla lewicowo – liberalnych darmozjadów. Za jednym zamachem załatwiają kilka spraw. Po pierwsze, nie można powiedzieć, że się nic nie zrobiło w związku z problemem – jak to nic nie robimy, przecież powołaliśmy Komisję!

Po drugie, definicja eksperta została w ostatnich dekadach rozciągnięta w sposób wręcz niewyobrażalny. Kiedyś ekspert to był człowiek posiadający w danym temacie ponadprzeciętną wiedzę i doświadczenie. Dziś, jak to mówią, ekspertów kupuje się w sklepie z ekspertami. Pamiętam doskonale spór o działania przeciwko kornikom w Puszczy Białowieskiej. Dla strony lewicowo – liberalnej ekspertem był tam człowiek z wykształceniem średnim, robiący za to ładne zdjęcia lasu. Co z tego, że po drugiej stronie sporu występował profesor nauk biologicznych, leśnik, jeden z najlepszych w Europie specjalistów od korników... Ekspertem może więc zostać dzisiaj każdy, kogo tylko media awansują na to zaszczytne stanowisko. Trzecia, nie najmniej ważna sprawa, to finanse. Zespół, czy Komisja powołane do rozwiązywania problemu z reguły dysponują jakimś budżetem. Im poważniejsza w odczuciu mediów sprawa, im większe wywołuje emocje, tym bardziej zasobny może się taki budżet okazać. W końcu na rozwiązywanie palącego problemu nikt, kto ma serce nie poskąpi (budżetowych) pieniędzy, nieprawdaż? I właśnie o tryb niedokonany się tutaj również rozchodzi. Zespoły ekspertów powoływane są do rozwiązywania a nie do rozwiązania problemu. Rozwiązywać zaś można długo, całymi latami. W Warszawie zespół ekspertów do spraw dzików już został powołany, zdążyłem zadać pytanie jednej z warszawskich aktywistek o budżet w prywatnej wiadomości w mediach społecznościowych. Otrzymałem odpowiedź, że „na pewno mniejszy niż miliony które idą co roku na myśliwych”. Mamy więc na przykładzie dzików miejskich doskonałe combo – ignorancja większości społeczeństwa w kwestiach przyrody, emocje górujące nad rozumem i przybierające formę bambizmu czyli przypisywania światu zwierzęcemu ludzkiego systemu wartości, nadaktywność celebrytów a wszystko na koniec zwieńczone powołaniem zespołu ekspertów.

Komentarzy: 0
Data publikacji: 25.04.2026 20:02
Źródło: Materiały partnera