Zmartwychwstanie i polskie Kwietnie

- Kwiecień może być dla Polaków miesiącem szczególnego duchowego doświadczenia, łączącego tragedie narodowe (jak Smoleńsk czy śmierć Jana Pawła II) z nadzieją płynącą ze Zmartwychwstania.
- Autor pokazuje, że wspólnotowe uniesienia dobra i jedności bywają później niszczone przez politykę, manipulację i społeczne podziały.
- Z przesłania Zmartwychwstania wynika uniwersalna lekcja: mimo zwątpienia, upadków i chaosu świata, możliwy jest powrót do wiary, prawdy i nadziei.
Pisząc wielką literą nazwy polskich miesięcy, z reguły łączymy je z wielkimi społecznymi zrywami, czasem też z będącymi ich następstwem krwawymi pacyfikacjami, mordami lub przynajmniej przemocą z błogosławieństwem władzy. Marzec – protesty studenckie, czystka etniczna, wymuszona emigracja i pałowanie studentów w 1968 r. Czerwiec – krwawa pacyfikacja robotniczego protestu w Poznaniu w 1956 r. i – 20 lat później – zdławienie protestów robotników Radomia i Ursusa, lecz także wspominanych rzadziej Płocka, Stalowej Woli i kilku innych ośrodków, gdzie wydarzenia nie przybrały tak dramatycznego przebiegu; najbardziej chyba dramatyczny Grudzień, na który przypadła i komunistyczna zbrodnia na Wybrzeżu, „Czarny Czwartek”, i – 11 lat później – masakra w kopalni „Wujek”. I chyba tylko Sierpień niesie ze sobą inny przekaz, ponieważ kojarzony jest z wielkim, pokojowym zrywem Solidarności. Jest jeszcze gomułkowski Październik, którego potencjał został bardzo szybko zmarnowany, jest pisany już małą literą listopad, będący dla Polaków niebezpieczną porą, choć przecież też miesiącem odzyskania niepodległości. Ktoś dopisałby do tej listy wojenny Wrzesień. Są miesiące pełne symboli, są miesiące pełne ważnych dat o bardzo różnym zabarwieniu emocjonalnym, ale brakuje mi tutaj Kwietnia i o ten Kwiecień, pisany wielką literą, chciałbym się upomnieć.
Kradzież Dobra
Kwiecień przyniósł nam w krótkim czasie dwa wydarzenia, na swój sposób podobne, choć być może zestawienie to u wielu czytelników wywoła sprzeciw – lub ktoś, gdyby tekst ten miał odpowiednio duży zasięg, sprzeciw ten by im zgrabnie podpowiedział. Tak jak w 2010 r. ktoś podsunął tłumom zmianę emocji w zaledwie kilka dni: zbyt godny pochówek, zbyt długa żałoba, kariera na trumnie brata. Nawet znakomita książka Jana Maciejewskiego „Nic to! Dlaczego historia Polski musi się powtarzać?”, gdy dochodzi do opisu Smoleńska i jego następstw, nie jest wolna od pewnych naleciałości tego czasu. Może rana jest zbyt świeża, może podział zbyt żywy. Nim jednak na wierzch wyszły obecne od początku, lecz jednak choć przez chwilę ukryte głosy, których emanacją był Palikot, doświadczaliśmy czegoś wielkiego i wspólnego. Na Mszach, w pochodach, w tłumie pod Pałacem Prezydenckim. Potem, w imię polityki, pozwolono, by wyszło z ludzi to, co najgorsze, i splugawiło w sierpniowe noce to samo miejsce, które uświęciły kwietniowe dni: Krakowskie Przedmieście. Wydarzenia spod krzyża do dziś nie zostały sensownie opisane. Dla strony lewicowej to wybuch religijnego oszołomstwa, dla prawicy w coraz większym stopniu – tylko prowokacja, prowokatorów było tam przecież wielu. Byłem tam i ja, niekiedy mając poczucie, że gdzieś tuż przy mojej twarzy otwiera się piekło. Potem zostało to politycznie wyzyskane i zapomniane, a po drodze popkulturowo splugawione wraz z wyśmianiem hasła „Gdzie jest krzyż?”.
Ale przecież potężniejsza jeszcze emocja o kilka lat starsza, która wybuchła również w kwietniu, tyle że w 2005 roku, po śmierci Jana Pawła II, przeszła w pewnym sensie podobną drogę. Powszechna zgoda, narodowe rekolekcje, mit „pokolenia JP2”, po kilku latach zaczęły być podskórnie podgryzane przez kłamstwa, plotki, cały antypapieski przemysł pogardy, który nim eksplodował opartym na fałszywych założeniach filmem TVN, już zatruł umysły olbrzymiej części młodego pokolenia. Ku uciesze starszych, którzy za życia papieża byli wobec niego bezsilni. Pisałem tu niedawno o filmie „Claret”, którego bohater, św. Antonio Maria Claret, naraziwszy się wielu wpływowym siłom, po śmierci na lata został skazany na infamię, odarty ze świętości fałszywą biografią. Z Janem Pawłem II próbowano robić to samo i nic nie wskazuje na to, by nawet w świetle niedawnych odkryć, demolujących narracje oszczerców, prób tych zaprzestano. Prawda jednak zmartwychwstaje, choć czasem potrzebuje na to więcej niż trzech dni. W 2005 r. Wielkanoc była trochę wcześniej, pod sam koniec marca i święta te były właściwie pożegnaniem Karola Wojtyły z wiernymi.
Duchowe zderzenie
Msze, które gromadziły tłumy ludzi w 2005 i 2010 r., niosły w sobie pozorny paradoks, który w katolicyzmie paradoksem nie jest. Opłakiwaliśmy ważnych dla nas – jako wspólnoty narodowej, ale też często dla nas osobiście – ludzi: papieża Polaka, parę prezydencką, ofiary katastrofy smoleńskiej, słuchając czytań o Zmartwychwstaniu.
„Kamień odrzucony przez budujących stał się kamieniem węgielnym. Stało się to przez Pana i cudem jest w naszych oczach. Oto dzień, który Pan uczynił, radujmy się nim i weselmy”
– śpiewaliśmy 11 kwietnia 2010 r., nieraz pewnie ze łzami w oczach. I tak splotły się dla wielu Wielkanoc i strata, żałoba i Zmartwychwstanie. A Zmartwychwstanie jest przecież triumfem życia nad śmiercią, światła nad ciemnością, prawdy nad kłamstwem. I znów przełóżmy to na chwilę na ten ludzki wymiar roku 2010, gdy nagle zobaczyliśmy innego prezydenta, inną panią prezydent niż w medialnych przekazach. Choć na chwilę. Nie wydaje mi się, bym tymi porównaniami upolityczniał sacrum, bym odzierał kluczowy moment chrześcijaństwa z jego świętości – te kluczowe dla naszej wiary momenty przenikają przecież nasze życie, czy to w momentach zwrotnych i dramatycznych, czy nawet w tych najbardziej zwyczajnych. Tak przynajmniej być powinno, jeśli wiara ma być czymś więcej niż coraz bardziej pustą tradycją, nawykiem kulturowym, nie potrzebą serca. Ile było w nas wiary i nadziei w kwietniu 2005 r.? Zapewne bardzo dużo. Pięć lat później chyba o wiele mniej.
Rozproszone owce
Po pojmaniu Jezusa większość apostołów rozproszyła się, uciekła. Piotr miał swój moment walki, następnie zaparcia się, wreszcie – powrotu we łzach, po uświadomieniu sobie, że choć Mistrza, jak mogło się przecież im wówczas wydawać, zabrakło, wciąż wypełniają się Jego słowa. Jan stoi pod krzyżem, gdzie jako umiłowany uczeń zostaje zobowiązany do opieki nad Maryją, a zarazem sam oddany w Jej opiekę. O pozostałych apostołach za wiele nie wiemy, dopóki nie zgromadzą się ponownie już po Zmartwychwstaniu. Zapewne boją się, wątpią, być może na tych kilkadziesiąt godzin rozsypuje im się świat – a przecież potem to na nich Chrystus buduje swój Kościół, to oni wyruszają, by głosić słowo i czynić znaki. Jeśli więc tracimy wiarę, chwiejemy się, upadamy, nie jesteśmy z tym sami, wręcz przeciwnie – mamy najwspanialsze, najbliższe samego Jezusa Chrystusa towarzystwo. Chyba że pogubimy się tak bardzo, że w tej mgle zaczniemy orientować się na Judasza, na tego, dla którego zabrakło miejsca w późniejszej radości, przytłoczonego ciężarem własnej zdrady. To jednak przypadek ekstremalny, wyjątkowy. W refleksji nad Zmartwychwstaniem skupiamy się na rzeczy największej, zwycięstwie nad śmiercią, piekłem i szatanem, na zbawieniu, będącym następstwem ofiary Syna Bożego, lecz przecież z tej nauki płynie dla nas więcej.
Chrystus uczy nas, że miłość zwycięża. Jego uczniowie w pewnym stopniu zdają się powtarzać przypowieść o synu marnotrawnym i pokazują, że zawsze możemy wrócić. To wciąż wiedza duchowa, lecz przecież bardzo ludzka i bardzo potrzebna w czasach, które wielu jawią się czasami bez Boga właśnie, niczym rozciągnięte w męczącą nieskończoność godzimy między ostatnim tchnieniem na krzyżu a znalezieniem przez kobiety pustego grobu. Tak wiele przecież w dzisiejszym świecie dziedzin, tak wiele miejsc, w których Boga zdaje się brakować, gdzie mało kto Go szuka, mało kto Go chce. Gdy tłum witający Go w Jerozolimie oddał się już innym rozrywkom, innym uciechom, w imię polityki, rewolucyjnego zapału jednych i świętego spokoju drugich, wybrał już swojego Barabasza („Chcemy Barabasza!” – skandował tłum przeciwników prezydenckiego krzyża pod pałacem sierpniową nocą 2010 r. i dopiero wtedy część konserwatywnych publicystów zorientowała się, że chyba coś jednak naprawdę jest nie tak).
Tu i teraz
„Najciemniej jest przed świtem” głosi przysłowie i życiowa mądrość. Dzisiejszy świat może zdawać się miejscem, w którym brakuje i światła, i powietrza, choć zdarzają się już oznaki zmiany. Są miejsca, gdzie prześladuje się chrześcijan, lub takie, gdzie chrześcijaństwo zdaje się tracić wpływ na życie (czy takim miejscem jest Polska – niech każdy odpowie sobie sam), ale są też wieści o nawróceniach, o cudach, poświęceniu i świętości. Mam nadzieję, że swoimi przemyśleniami podsunąłem czytelnikom kilka tropów, tymczasem spróbujmy Święta na nowo uświęcić i właśnie jak święta je przeżyć.
[Sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]
Papieskie rozważania dzisiejszej Drogi Krzyżowej w Koloseum
Abp Jędraszewski: Głównym prześladowanym i zagrożonym jest dziś niewinne dziecko

Wielki Piątek powinien być dniem wolnym od pracy? Oto co sądzą Polacy [SONDAŻ]
Wielki Piątek dniem wolnym od pracy? Jest opinia Polaków
Wielki Piątek Męki Pańskiej









