Rafał Woś: Uniwersytet przeszedł ewolucję w kierunku fajnopolactwa

- Zdaniem autora uniwersytet stał się fabryką dyplomów, grantów i biurokracji.
- Ponadto: akademia coraz mocniej ulega ideologicznym modom i zagranicznym wpływom.
- Autor zauważa również, że coraz więcej „badań naukowych” służy potwierdzaniu z góry założonych tez.
Nie chodzi tu oczywiście o sam doktorat. Miło by było usiąść sobie nad jakimś problemem i poświęcić kilka lat na gruntowne jego przebadanie. To zajęcie – nie powiem – pociągające. Kłopot stanowi raczej instytucja, w ramach której się takie rzeczy odbywają, czyli tzw. uniwersytet.
Bo szkolnictwo wyższe przeszło w ostatnich kilkudziesięciu latach wiele przemian, ale nie wyszło to akademii na dobre. Wraz z nastaniem III RP uniwersytet stał się szybko dostawcą „papierów”, które miały zagwarantować ludziom lepszy status, lepsze zarobki i lepsze życie w rodzącym się kapitalizmie. Prędko zamieniło to uczelnie w fermy do ściółkowo-klatkowego masowego chowu magistrów.
Po pewnym czasie pojawiła się wątpliwość, czy aby na pewno obietnica lepszego jutra możliwa jest do spełniania? I czy kolejny rocznik filmoznawców albo absolwentów social designu faktycznie jest tym, na co czekają kapitalistyczne rynki pracy? Za chwilę zaczął się niż demograficzny, który jeszcze bardziej uwypuklił odwieczne problemy akademii z monetyzacją naukowej misji. Sprawę ratować miała pozorna profesjonalizacja i próba przekształcenia akademii w korporację. Skończyło się jednak uzależnieniem od grantów, utonięciem pracowników naukowych w biurokracji i próbą parametryzacji czegoś, co do sparametryzowania się nie nadaje. Ale trzeba udawać, że jest inaczej, więc wszyscy udają.
Coraz bardziej upadły uniwersytet
W tym samym czasie uniwersytet przeszedł też ewolucję w kierunku fajnopolactwa łapiącego w lot zagraniczne mody: na genderyzm, na klimatyzm, na antyfaszyzm albo ostatnio propalestynizm. Brak środków własnych i realne uzależnienie od ideologicznie słusznych grantów przyznawanych przez prowadzące politykę miękkiego neokolonializmu ośrodki zagraniczne (Niemcy, Unia, USA) bardzo te procesy przyspieszyły, w związku z czym o żadnym ideowym pluralizmie akademii nie ma dziś mowy.
Świat akademii oczywiście nie lubi słuchać takich wymówek. Spotkałem ostatnio na imprezie znajomą, która robi karierę na jednym z najbardziej znanych amerykańskich uniwersytetów. Zwierzyłem się jej, że coraz mniej chętnie czytam akademickie papery z interesujących mnie dziedzin. A porównanie mam, bo ich przeglądanie należy do mojego zawodowego rytuału tak mniej więcej od roku 2008. Na pytanie „dlaczego?” odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nie mam ochoty tracić czasu na pisane pod najmodniejszą ostatnio tezę (wczoraj „jak przeciwdziałać wywołanemu przez człowieka ociepleniu klimatu”, dziś „jak pokonać Donalda Trumpa i przywrócić prawdziwą demokrację?”) teksty podszywające się pod trzeźwą naukową analizę. Na te słowa jej twarz zastygła w grymasie odrazy. Rozmowa zaś przestała się kleić.
Na szczęście na odpowiednio licznej imprezie łatwo jest zgubić niechcianego rozmówcę i nie obyć się bez kontaktu do końca wieczoru. Na szczęście można też uczestniczyć w debacie publicznej bez zdawania się na autorytet coraz bardziej upadłego uniwersytetu.
[Tytuł, śródtytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]











