Szukaj
Konto

Rafał Woś: Ciemna strona zawodu artysty w realnym kapitalizmie

24.03.2026 18:48
Rafał Woś
Źródło: Tygodnik Solidarność / rys. Barbara Sadowska
Komentarzy: 0
„Moja matka była włókniarką. W latach 90. potraktowali ją jak śmieć. Straciła pracę, straciła wszystko. Byłam wtedy dzieckiem. I wtedy postanowiłam, że ja nie pozwolę, żeby ktoś tak zrobił ze mną. Postanowiłam, że zostanę… aktorką”. Mniej więcej coś takiego mówi bohaterka popularnego dekadę temu serialu Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego „Artyści”. Te słowa brzmią oczywiście gorzko. Ale też i śmiesznie. Bo film pokazujący od kuchni życie pracowników jednego z warszawskich teatrów to przecież oczywisty dowód, że w warunkach realnego kapitalizmu bycie aktorem/artystą nie daje absolutnie żadnej stabilizacji finansowej ani bezpieczeństwa ekonomicznego. Przeciwnie.
Co musisz wiedzieć
  • Zdaniem autora, w realiach kapitalizmu zawody "kreatywne" (np. artyści czy pracownicy mediów) często nie zapewniają stabilności finansowej ani bezpieczeństwa
  • Pisze również, że pracownicy kreatywni niesłusznie dystansują się od solidarności pracowniczej, choć związki zawodowe mogłyby realnie poprawić ich sytuację ekonomiczną i warunki pracy.

 

Mija ćwierć wieku, odkąd popularność święciły książki amerykańskiego popsocjologa Richarda Floridy. Zaproponował on w nich koncepcję "klasy kreatywnej". Było to określenie zawodów, które miały być siłą napędową nowych postindustrialnych społeczeństw gospodarek rozwiniętych. Owa klasa (lub sektor) kreatywna składać się miała z trzech zasadniczych grup. Superkreatywnego rdzenia, twórczych profesjonalistów i artystycznej bohemy. Wśród nich szukać należało - zdaniem Floridy - najbardziej atrakcyjnych zawodów przyszłości.

W praktyce realnego kapitalizmu z tą atrakcyjnością bywało i bywa różnie. Informatycy, ludzie mediów, filmowcy, graficy, artyści, coachowie i inni przedstawiciele klasy kreatywnej długo mogą opowiadać o ciemnej stronie swojej zawodowej egzystencji. O braku pewności zatrudnienia, pracy na akord, braniu roboty do domu, weekendowych szkoleniach albo nieobsługiwanych fakturach.

Jednocześnie klasa kreatywna to królestwo pracowników wykonujących swoje obowiązki albo w oderwaniu od grupy, albo za każdym razem w innym otoczeniu. To zaś sprawia, że oni sami rzadko w ogóle myślą o sobie jako o potencjalnym beneficjencie zbiorowej walki o swoje prawa pracownicze. Związek zawodowy pojawia się tu jako coś z zupełnie innej bajki. I to w najlepszym razie.

Uzwiązkowić "kreatywnych"

Niestety nieufność i stereotypy przełamuje się trudno. Klasa kreatywna przez cały okres III RP była kuszona biletem wstępu do świata zwycięzców współczesnego kapitalizmu. Powiadano im, że nawet jeśli teraz gonią w piętkę, to przecież już jutro (najdalej pojutrze) może przyjść ten dzień, w którym wszystko się zmieni. A że nie nadchodził, to detal. Oni mieli aspirować dalej. Ale także nie widzieć żadnej solidarności z resztą "niekreatywnych" pracujących Polaków. "Kreatywnym" wmawiano, że z tymi "tam na dole" nie łączy ich nic. Ani poglądy, ani estetyka, ani wybory polityczne, ani nawet interesy ekonomiczne.

Warto przypominać, że takie myślenie jest z gruntu błędne. Związki zawodowe mogą być bowiem użyteczne także dla nich. I na poziomie organizacji kształcenia. Ale także potem - w pracy zawodów kreatywnych. Na poziomie negocjacji zbiorowych z instytucjami, którym kreatywni sprzedają owoce swojej pracy. Czy na przykład w kontekście zabezpieczenia emerytalnego albo rentowego "kreatywnych" (a więc takich, którzy - najczęściej - mają z ciągłością składek wielki problem).

Bo Solidarność jest dla wszystkich. Im szerzej będzie się ta wieść rozchodziła, tym więcej będą mogli zrobić razem polscy pracownicy. Nieważne, czy nazwiemy ich kreatywnymi, czy też jakkolwiek inaczej.

[Tytuł, śródtytuł u sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 24.03.2026 18:48
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 12/2026