Marks nie był woke

- Terminu "neomarksizm" lewica dziś używa, by łączyć się z tradycją Marksa i jednocześnie zdystansować od dawnych zbrodni komunizmu, a prawica - by uprościć krytykę przeciwnika.
- Oryginalny marksizm był ideologią postępu, optymizmu i wiary w nieograniczony rozwój, w której człowiek miał stać się panem natury i historii.
- Współczesna lewica, określana mianem "neomarksistowskiej", stoi jednak na antypodach tego myślenia - potępia wzrost gospodarczy, idealizuje naturę i koncentruje się na emocjach oraz zadośćuczynieniach.
- Dla Marksa kolonizacja, dominacja czy przemoc dziejowa były moralnie obojętne, o ile prowadziły do postępu; dla dzisiejszej lewicy stanowią powód do wyrzutów sumienia i potępienia Zachodu.
- Marks nie rozpoznałby siebie w ideach współczesnych "neomarksistów", ani oni nie odnaleźliby się w jego świecie - łączy ich jedynie nazwa, nie duch.
Neomarksizm według lewicy, neomarksizm według prawicy
Nie ma chyba słowa bardziej popularnego zarówno wśród obecnych lewicowców, jak i - to charakterystyczne - wśród ich zaciętych wrogów niż "neomarksizm". Lewica z satysfakcją określa się w ten sposób, bo piecze tu dwie pieczenie przy jednym ogniu. Podwiązuje się pod dziedzictwo marksizmu, mającego wciąż opinię fundamentalnie ważnej szkoły filozoficznej, której dokonania leżą u podstaw naszego rozumienia świata (Jak ujął to John Hicks: "większość tych, którzy próbują ułożyć historię w logiczną całość, używa kategorii Marksowskich lub ich zmodyfikowanych wersji, gdyż alternatywa nie jest zbyt duża").
Przedrostek "neo" ma zaś jednocześnie demonstrować, że współcześni wyznawcy dystansują się od zbrodni popełnianych niegdyś przez ich ideowych ojców czy dziadów, podkreślać, że nie są oni anachronicznymi szermierzami systemu pojęć nieadekwatnego już do naszych czasów, a zarazem zabezpieczyć ich przed zarzutem niejako z drugiej strony - że marksizm wyprzedali i że nie mają z nim nic wspólnego.
Przeciwnicy lewicy z kolei lubią tę formułę, bo pozwala im ona upowszechniać skojarzenie przeciwnika z radzieckimi łagrami. A także dlatego, że jest intelektualnie łatwa.
Pozwala nie wgłębiać się zbytnio w ideologię przeciwnika, a zwłaszcza w przyczyny jej zaistnienia i popularności. Co starszym wrogom lewicy używanie epitetu "neomarksizm" daje też przyjemne poczucie, że od czasów, kiedy jako młodzi ludzie walczyli czy to z marksistowskimi reżimami, czy to ze zwolennikami marksizmu "bezprzedrostkowego", świat się tak naprawdę nie zmienił, bo smok pozostaje w gruncie rzeczy ten sam - więc oni sami są tak naprawdę dalej młodzi. I jedni, i drudzy moim zdaniem jednocześnie mają i nie mają racji.
Dokończmy wieżę Babel
Mają o tyle, że ich ideologia w niektórych punktach istotnie jest kompatybilna z marksizmem. W szczególności idzie tu o wspólną dla obu tych doktryn wizję oddaną przez Krzysztofa Pomiana słowami: "Człowiek może stać się w całej pełni panem samego siebie, może świadomie pokierować własną przyszłością, poddać ją racjonalnej kontroli i wyzwolić się tym sposobem od właściwej jego istnieniu przypadkowości". I to będzie "przeistoczenie człowieka w Boga, które sprawi, że inni bogowie nie będą mu już potrzebni".
Zarówno marksizm, jak i to, co nazywamy współczesną ideologią (czy raczej zespołem intuicji) lewicową, czują się (mówimy oczywiście o świecie symbolicznym) następcami budowniczych wieży Babel, którym jakieś Zło (raczej pojmowane nieosobowo) przeszkodziło wznieść cudowną konstrukcję (będącą figurą emancypacji jednostki) aż do niebios. Teraz trzeba budowę dokończyć i ostatecznie człowieka wyzwolić.
Deifikacja ludzkości
Tak, tylko że tu można dostrzec sprzeczność. Marksizm bowiem deifikował człowieka naprawdę konsekwentnie. Frazy o czynieniu sobie ziemi poddaną jako prawie i zadaniu człowieka nie używał z dwóch przyczyn. Trochę dlatego, że miała ona biblijną proweniencję, a z religią Brodacz z Trewiru i jego uczniowie byli w zasadniczej kontrowersji. Ale przede wszystkim chyba dlatego, że jej treść była dla nich oczywistą oczywistością.
Filozofia Marksa (i jego bezpośrednich ideowych dzieci - od Lenina, Trockiego i Stalina po rewizjonistów Bernsteina i Kautskiego) była bowiem filozofią optymizmu, wzrostu i zachwytu nad geniuszem ludzkości. Była dziedzicem - nie jedynym, tym niemniej oczywistym - europejskiego Oświecenia. Zakładała, że rozum człowieka będzie konsekwentnie popychał ludzkość ku ciągłemu rozwojowi. Intelektualnemu, ale i materialnemu.
Marksizm versus woke
Ów rozwój, nieograniczony rozwój, był podstawą marksistowskiego postrzegania historii. Był dla jego wyznawców, dodajmy, sam w sobie czymś i nieuniknionym, i bardzo dobrym. Dla Marksa i jego uczniów nie było nic bardziej obcego (ba - wręcz wstrętnego) niż wszelkiego rodzaju pomysły (a bywały takie, tylko że pochodziły z zupełnie innych niż obecnie, arystokratyczno-ancienregime’owych źródeł) cofnięcia rozwoju, cofnięcia zmian do jakiegoś rzekomo niegdyś istniejącego, agrarnego (dziś powiedzielibyśmy: ekologicznego), rzekomo naturalnego, arkadyjskiego ładu. W ogóle samo pojęcie Natury nie było dla nich czymś z gruntu dobrym czy pozytywnym. Dobry był dla nich natomiast fetysz w postaci Wzrostu Sił Wytwórczych, który sam przez się prowadził ludzkość na kolejne etapy doskonałości.
Zwróćmy przy tym uwagę, że te kolejne etapy doskonałości nie miały bynajmniej nic wspólnego z tym, czy ludziom, mówiąc kolokwialnie, żyło się w miarę ich osiągania coraz lepiej, czy też nie. Czy byli bardziej niż kiedyś szczęśliwi, czy wręcz odwrotnie. Osiągnięcie Wyższego Etapu Rozwoju nie miało z tym nic wspólnego.
Marksistowski kult wytwórczości
Bywało wręcz odwrotnie - na przykład rewolucja przemysłowa w Anglii, będąca dla marksistów wręcz symbolem postępu, przyniosła ludowi wzrost nędzy. Ale to nieważne wobec faktu, iż radykalnie unowocześniła społeczeństwo, zintensyfikowała wytwórczość i "na miejsce wyzysku, osłoniętego złudzeniami religijnymi i politycznymi, burżuazja postawiła wyzysk jawny, bezwstydny, bezpośredni, nagi". Co dla marksistów było zjawiskiem ze wszech mar pozytywnym, bo wymuszającym na masach zerwanie z "idiotyzmem życia wiejskiego" i "fałszywą świadomością", umożliwiającym masom (i wszystkim) dojrzenie świata takiego, jakim on jest realnie, nieprzesłonięty przez "świątobliwe dreszcze pobożnego marzycielstwa, rycerskiego zapału, mieszczańskiego sentymentalizmu".
Marks a opresjonowane mniejszości
Był również Marks (a także jego uczniowie) obojętny na cierpienia prześladowanych grup etnicznych, narodów, ras. Nie, nie był szowinistą - ani niemieckim, ani żydowskim. Ale uważał za oczywiste, że zbiorowości, które nie zdołają stanąć w awangardzie postępu, a tym bardziej te, które staną w dziejowym konflikcie po stronie "wstecznej", musi czekać smutny los. Parowóz dziejów rozjedzie je i położy kres ich istnieniu. Taki los miał spotkać na przykład Słowian Południowych, którzy ze względu na swoje partykularne interesy opowiedzieli się przeciw rewolucji węgierskiej.
Konia z rzędem też temu, kto odnajdzie w pismach Marksa czy Engelsa empatię wobec narodów kolonizowanych.
Bertolt Brecht dał wyraz przekonaniu, że Marks "współczuł najbardziej ze wszystkich ludzi". W dorobku mistrza z Trewiru nie znajduję realnych śladów potwierdzających tę intuicję twórcy "Opery za trzy grosze". Tymczasem współczucie, prawdziwe czy rzekome, dla różnych grup naprawdę czy rzekomo opresjonowanych jest rdzeniem światopoglądu neomarksistów.
Podboje dobre, podboje złe
Dokonawszy powyższego résumé, zastanówmy się, jak ma się ono do współczesnej lewicy. Zwłaszcza tej nadającej ton - czyli radykalnej, wokeistycznej. Nietrudno dostrzec, że ci "neomarksiści" znaleźli się na antypodach marksizmu. Że ich najważniejsze postulaty, najistotniejsze elementy ich postrzegania świata, są z myśleniem człowieka, który dał nazwę ich ruchowi, po prostu sprzeczne.
Niezwykle popularne na lewicy hasło zatrzymania ekonomicznego wzrostu wywołałoby przecież u Marksa (nie mówiąc już o Leninie) wybuch jednego z charakterystycznych dla niego ataków furii. Podobnie - wszelkiego rodzaju ubóstwianie Natury i przeciwstawianie jej ludzkiej cywilizacji.
Wyrzuty sumienia spowodowane czy to kolonizacją dalekich ziem, czy to ekspansją europejskich mocarstw na ziemie bliższe, to coś, czego Marks nigdy by nie zrozumiał, i co doprowadziłoby go do stanu najwyższej irytacji. Ani on, ani Engels, ani Lenin nigdy chyba nie użyli w swoich analizach pojęć typu "dobro" i "zło". Podbój, podporządkowanie, dominacja nie są bowiem dobre ani złe same w sobie. Są dobre - o ile dokonujące ich państwo jest w awangardzie postępu i narzuca podbijanym nowoczesność, popycha ich do przodu, zmusza do porzucenia przestarzałych schematów gospodarczo-społecznych i przyjęcia nowych. Są złe - jeżeli podbijający tego nie robi, a wręcz petryfikuje stare porządki.
Na tej zasadzie np. Marks i Engels zmieniali stanowisko np. w stosunku do Polski. Popierali jej dążenia do odzyskania niepodległości, gdy była ona zaporą walczącą z "europejską reakcją", czyli wstecznymi, zdominowanymi przez reakcyjne ziemiaństwo mocarstwami rozbiorowymi. Wtedy byli wręcz skłonni popierać jej rozszerzenie daleko na wschód. Ale gdy tracili wiarę w Polskę jako "żołnierza rewolucji", i gdy państwa rozbiorcze modernizowały się, gotowi byli zdegradować ją z roli "wielkiego, historycznego narodu, bojownika postępu" na pozycje gnuśnego, reakcyjnego feudalnego kraju, niegodnego miejsca w europejskiej, proletariackiej rodzinie przyszłości.
Zadośćuczynienie za przeszłość
Wreszcie - nikt nie jest w stanie dostrzec w myśli Marksa czy Engelsa pierwiastków rozumowania w kategoriach zadośćuczynienia, wyrównywania jakichkolwiek krzywd poniesionych przez jakieś grupy w przeszłości. Czy to podbijane grupy etniczne, czy byli niewolnicy, pańszczyźniani chłopi czy kobiety - przeszłość pozostaje przeszłością. Liczy się przebudowa stosunków produkcji, która nie tylko jest celem sama w sobie, ale też sama zmienia wszystko. Jak kto się odnajdzie w tych przebudowanych stosunkach, tak się wyśpi.
***
Jak czytelnicy mogli zauważyć, nie napisałem tego tekstu ani przeciw Marksowi, ani przeciw neomarksistom. I on, i oni - to nie moja bajka.
Chciałem tylko stwierdzić rzecz oczywistą - ani Marks nie odnalazłby się w świecie neomarksistów, ani neomarksiści - w świecie Marksa. Mistrza z Trewiru można określić różnymi słowami. Ale na pewno nie zalicza się do nich słowo "woke"
[Sekcje "Co musisz wiedzieć", FAQ, oraz lead i śródtytuły od Redakcji]
"Uciekać tak szybko, jak to możliwe". Bp Barron krytycznie o filmie "Konklawe"
Wnuk ortodoksyjnych rabinów Marks wypowiedział wojnę Mojżeszowi

„Zło, jak i dobro, pochodzi z ludzkiego serca”. Msza Święta przy pomniku Obrońców Poczty Polskiej w Gdańsku

Rewolucja w "Dzień Dobry TVN". Zapadła ważna decyzja
[Felieton „TS”] Jan Wróbel: Rewolucja goździków


