Laboratorium niemieckich wpływów

Wywrotowcy
Piłowali fortepian, skrzypce, a przede wszystkim - tradycję. Międzynarodowy ruch artystyczny Fluxus (z łaciny - płynący) rozwijał się od końca lat 50. ubiegłego wieku, wzmógł się dekadę później. Przekraczanie granic gatunku i zdrowego rozsądku sięgało dadaistycznego sprzeciwu z czasów I wojny światowej, następnie przejętego przez surrealistów. Zaczynali hałaśliwie: w 1964 roku odbył się w Berlinie "koncert" (happening?), w trakcie którego wiolonczelistka Charlotte Moorman wykonała "Wariacje na temat Saint-Saënsa" skomponowane przez Nam June Paika, wchodząc do wanny z wodą i policzkując kompozytora, zgodnie z zaleceniami partytury. W 1966 roku w Nowym Jorku za wykonanie "Opera sexatronique" parę tych artystów aresztowała policja, gdyż w trakcie grania dzieła Moorman robiła striptiz. Fluxus, krzewiciel konceptualizmu, za sztukę uznawał samą ideę oraz proces twórczy.
To musiało podziałać na wyobraźnię twórców w kraju biedy i buzującej podskórnie ideologicznej niezgody. Nie dostrzegano infantylizmu nowego programu sztuki ani zerowej wartości wytworów tegoż. Implementowanie na polski wciąż poodwilżowy grunt (lata 60.) zachodniej awangardy artystycznej było wtedy jak terapia szokowa Balcerowicza. Ci, którzy się załapali, uważali się za krzewicieli nowoczesności. Ta zaś szła zza Odry. Wszystko na zasadzie bezgotówkowej, pozasystemowej wymiany. W latach 70. zakręciło też muzycznie: do Polski "uciekła" Nina Hagen, później zwana "matką chrzestną punk rocka", która zakotwiczyła w środowisku komuny Teatr Esperanto, gdzie atmosferę grzali Kamil Sipowicz i Ryszard Terlecki, obydwaj w polu rażenia talentu Kory. A punk w polskim wydaniu brzmiał jak krzyk niezgody na rzeczywistość.
Podarunek dla artystów życia
Był sierpień 1981 roku, apogeum Solidarnościowego uniesienia. Do Łodzi wjechała furgonetka wioząca wielką drewnianą skrzynię zapakowaną w próżniową folię. Jak się okazało - pojazd wiózł dar dla Polski, a konkretnie dla łódzkiego Muzeum Sztuki.
Ofiarodawcą okazał się słynny na cały świat niemiecki artysta Joseph Beuys, który w tamtym czasie uznał, że sytuacja w naszym kraju odpowiada jego wizji odnowy społeczeństwa w myśl idei równości i solidarności społecznej. "Polentransport" (Transport do Polski) zawierał domowe archiwum Beuysa z lat 1950-1980: grafiki, plakaty z akcji artystycznych, zdjęcia i inne dokumenty z trzech dekad jego działalności. Tak naprawdę, śmiecio-nudziarstwo. Ale nikt tego głośno nie śmiałby powiedzieć.
Niemiecki guru zaistniał w światowej artystycznej konstelacji stwierdzeniem, że "każdy człowiek jest artystą". Chwytliwo-wywrotowy slogan, powtarzany w setkach wariantów, zrewolucjonizował postrzeganie i wartościowanie dokonań w dziedzinie sztuk wizualnych. Co ważniejsze: Beuys uważał, że "społeczeństwo można kształtować jak materię plastyczną w rzeźbie, a przemiany społeczne są możliwe bez użycia przemocy, w powolnym procesie ewolucji, dzięki twórczemu myśleniu i działaniu".
Miód na rozum naszych elit intelektualnych. Nie dziwota, że większego boga sztuki nad Beuysa w Polsce nie było. Niemiec? Ale inny! Doświadczony negatywnie wojną!
Chwila wspomnień: Joseph Beuys, rocznik 1921, służył w Luftwaffe. Zestrzelony podczas zadań bojowych nad Krymem, mocno poturbowany, został ocalony przez autochtonów, którzy leczyli go tradycyjnymi metodami - smarowali łojem, owijali wojłokiem. Te materie stały się tworzywem twórczym w dalszej drodze artysty. Beuys, za młodu student biologii i zoologii, po wojnie zajął się sztuką. W latach 60. włączył się w przywołany powyżej ruch Fluxus, propagując teorię o tym, że każdy jest artystą kształtującym świat wokół siebie. "Jesteśmy artystami w swoim życiu". Sztuka miała stać się rodzajem terapii i zawładnąć wszystkimi dziedzinami życia.
Dzika niewinna kontrrewolucja
Konceptualizm i postdadaizm wypaliły się - jak wszystkie prądy/teorie. Przede wszystkim znudził się brak wizualnych efektów. Co, smażenie frytek czy szorowanie podłogi to też sztuka? No, nie przesadzajmy… (Zabawne - wróciło w 2001 roku w obieraniu kartofli w Zachęcie przez Julitę Wójcik). Końcówka lat 70. i następna dekada należała do malarzy. Prawdziwych, robiących obrazy na płótnie. Lata 80. zdobyli szturmem artyści spod znaku Neue Wilde (najbardziej znani: Baselitz, A.R. Penck, Fetting, Salome, Middendorf). Nawiązywali do protoplastów z początku XX stulecia - do niemieckich ekspresjonistów (formacja czynna od 1905). W Polsce natychmiast kupiliśmy tę konwencję. Emocje buzowały, wprowadzenie stanu wojennego zaś stało się akceleratorem plastycznej rewolty. Malarską dzikość identyfikowano z nonkonformizmem i niezgodą na dominantę "czerwonych". Pokolenie kończące uczelnie plastyczne w postanowojennych latach brało pędzle w garści i smarowało po płótnach, jak ekspresjoniści sprzed ośmiu dekad. Ich brutalizm i agresja nie tylko ukształtowały estetykę przedprzełomowych lat - formatowały także postawę. Nasi "dzicy" trochę prowokowali (jak to młodzi), trochę kontestowali, trochę przeczuwali dogorywkę komuny. Kluło się coś nowego, jakby wolność?…
Znamienne: nasze "neodzikie" grupy - Gruppa, Luksus, Koło Klipsa, jak i wielu pojedynczo aktywnych artystów - nie za bardzo czuły się kontestatorami socsystemu. Po prostu nie lubiły jakichkolwiek ograniczeń. Z tej młodzieńczej niezgody płynnie przeszły w inne ideologiczne uzależnienie, którego nie zauważyły, bo nadeszło z zewnątrz. Z zachodniej Europy, do której tak bardzo staraliśmy się doszlusować.
Zdalne niemieckie sterowanie
Być artystą - znaczy zawsze zachować w sobie coś z dziecka, bo nadmiar świadomościowy paraliżuje kreatywność. Kiedyś mecenasami sztuki byli możni lub rządzący i trzeba było im schlebiać. Po 1989 roku okazało się, że osoby twórcze z tych decydenckich i sprawujących rząd dusz skopano do bieda-klasy. Po prostu reforma Balcerowicza nie uwzględniała wolnych zawodów. Żadnych ulg, żadnych bonusów, żadnych emerytur! Darmozjady, a nie piewcy idei. Wtedy Niemiec wyciągnął pomocną dłoń, której z pocałowaniem uchwyciły się twórcze elity.
Teraz już nie koncepcje, nie stylistyka, lecz ideologia stały się ważne. Dam kilka przykładów, które ilustrują proces, choć nie oddają jego zakresu. W 1991 roku powołana została Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej, wspierająca finansowo przedsięwzięcia zbliżające obydwa narody. Fundacja ma dwa domy: w Berlinie i w Warszawie (Zielna 37). Dystrybuuje dotacje w rozmaitych obszarach - od gospodarki i środowiska poprzez media i opinię społeczną (tę też można dofinansowywać, czytaj: kształtować) do nauki, edukacji, kultury. Od 1991 do 2021 roku FWPN wsparła ponad 16 tysięcy projektów na kwotę 312 mln euro (ponad 1,3 mld zł). Gdyby ktoś pytał o założenia: "U podstaw działań FWPN leży przekonanie, że Polacy i Niemcy jako partnerzy mogą wspólnie działać na rzecz nowoczesnego, otwartego i sprawiedliwego społecznie współistnienia w UE. W tym sensie oba kraje tworzą wspólnotę wartości. Wymaga ona, aby dwustronność relacji nabrała nowego wymiaru i nowej jakości, a także zawierała kontekst europejski".
Nie jedyna to fundacja formatująca (nagradzająca) poprawne twórcze myślenie. Inny ważny wskaźnik: od 2003 roku istnieje konkurs (i nagroda) "Spojrzenia" - Nagroda Fundacji Deutsche Bank, współpracującej z Zachętą, gdzie odbywają się pokazy artystów z short list. Główna nagroda wynosi 10 tys. euro plus pobyty stypendialne dla zdobywców dalszych miejsc. Jakie projekty wygrywają? W głównym natarciu ewolucja seksualna i walczący feminizm. Ale kompetycji z budżetem niemieckim jest więcej. Podobnym tropem podąża Artystyczna Podróż Hestii. Program dotacyjny (na ubiegły rok) służył "wspieraniu praktyk i projektów artystycznych pozwalających lepiej zrozumieć wyzwania teraźniejszości i poszerzać nasze wyobrażenia o przyszłości, otwierając nasze umysły na nowe scenariusze zmian". Najważniejsze: kultura może być otwarta, różnorodna i inkluzywna. Jasne, jakże może być inna?
Ziemia do szczęścia
Ciekawych palety fundacji niemieckich działających u nas w zakresie kultury i oświaty odsyłam do sieci. Tu przywołam jedną z przodujących: Goethe-Institut, matuzalem wśród organizacji propagujących kulturę niemiecką, istniejący od 1952 roku, "trzeci filar niemieckiej polityki zagranicznej" od czasów Brandta. W Warszawie GI utworzył swój oddział w 1990 roku; dwa lata później w Krakowie. Taż instytucja stoi za wieloma projektami realizowanymi u nas za niemieckie fundusze. W tym nakręca wieloletnie przedsięwzięcie artystyczno-badawcze, zainicjowane w 2022 roku we współpracy z Centrum Kultury i Urbanistyki w Berlinie oraz Bęc Zmianą - "Laboratorium badań nad szczęściem". Leci to tornadem przez pięć polskich miast i kilka podmiotów uczestniczących w projekcie (uczelni i galerii). Na czym, według niemieckich wytycznych, sztuka powinna się teraz koncentrować? Migracja roślin, regeneracja gleby, deficyt wody pitnej, zapobieganie izolacji i osamotnieniu, poszukiwanie źródeł optymizmu. Bo nadciąga katastrofa klimatyczna i tylko Zielony Ład ją powstrzyma. Zamiast więc robić sztukę - skorzystajmy z glebiaka, pojemnika na ziemię, z którego bezpłatnie można pobierać ziemię do roślin. Co posadzisz, to wyrośnie, na unijną chwałę!
Monika Małkowska: Indoktrynacja przez sztukę

Kamień – byt wieloznaczny

Monika Małkowska: Kultura jest prawdziwym dobrem
Najaktywniejsi w formatowaniu polskiej sztuki pod kątem własnych potrzeb są Niemcy
Emerytury artystów, czyli problem w pigułce


