Wojna, czyli bezpieczniejszy wariant

- Pokój na Ukrainie może przynieść Polsce ulgę, ale nie musi oznaczać większego bezpieczeństwa ani korzyści gospodarczych.
- Zawieszenie walk mogłoby uwolnić rosyjskie siły, wzmocnić Moskwę i ułatwić jej porozumienie z Berlinem kosztem polskiej suwerenności.
- Dopóki nie widać szans na pokój bez faktycznej kapitulacji Ukrainy, dalsze wspieranie jej oporu pozostaje najbezpieczniejszym rozwiązaniem dla Polski.
Wydaje się, że – oprócz wciąż mimo wszystko zdecydowanie mniejszościowej grupki, która z nienawiści do Ukraińców albo z jakiegokolwiek innego powodu świadomie życzy sobie okupacji naszego południowo-wschodniego sąsiada przez Rosję – nie mają oni sprecyzowanej wizji pokoju. W większości, jak można sądzić, pod tym pojęciem rozumieją zakończenie konfliktu w jakikolwiek sposób.
Lista korzyści
Zanim jednak zastanowimy się nad tym, jakie wersje tego zakończenia są realne, rozważmy, co przyniosłoby Polsce to zakończenie w każdym wariancie. W analizie tej nie uwzględniamy – jako ewidentnie niemożliwego – osiągnięcia spektakularnego ukraińskiego zwycięstwa wojskowego, czyli wymuszonego odwrotu armii rosyjskiej z większości terytoriów okupowanych. Najpierw więc – plusy z pokoju. Przy czym z góry zaznaczmy, że część z nich byłaby dyskusyjna albo wręcz pozorna. Ale o tym później.
Wśród plusów przede wszystkim trzeba by wymienić społeczne poczucie ulgi. Napięcie wywołane przez wojnę jest w Polsce wieloaspektowe, w sporej części podskórne, nawet nie do końca uświadamiane, a przecież narastające. Trzeba tu wymienić sam strach przed objęciem konfliktem naszego kraju. Również – szerszą irytację wynikającą z faktu, że Polacy mają poczucie, iż od 1990 roku poświęcali się, wzorowo poddawali transformacji i reformom, znosili wyrzeczenia, byli wzorcowymi uczniami Zachodu, a teraz, kiedy wreszcie powinien przyjść czas nagrody za to wszystko, odcinania kuponów od własnego poświęcenia i długiego grilla – nagle coś staje temu na przeszkodzie, a w dodatku grozi całkowitym krachem tego zasłużonego milenium.
Zakończenie wojny mogłoby też teoretycznie zwiększyć atrakcyjność całego naszego regionu – a więc i Polski – dla inwestorów zagranicznych. Równie teoretycznie mogłoby to umożliwić naszemu krajowi zredukowanie ogromnych, zagrażających stabilności finansów publicznych wydatków zbrojeniowych, bo – znów: teoretycznie – zmniejszyłoby się prawdopodobieństwo objęcia nas trwającym konfliktem.
Wreszcie – patrząc z punktu widzenia obecnej opozycji – nastanie pokoju, jakiegokolwiek pokoju, mogłoby oznaczać odebranie rządzącym szczególnego rodzaju immunitetu, jakim cieszą się (czy przynajmniej: aktywnie zabiegają o to, by móc się nim cieszyć) w związku z zagrożeniem zewnętrznym (słynny efekt flagi). Rozumiem taką kalkulację.
Lista korzyści jest więc spora. Niestety, podważyć można niemal każdy jej punkt.
Komu wojna, komu matka
Zacznijmy od samego zagrożenia wojennego. Owszem, zakończenie konfliktu na Ukrainie oznacza, że Polska nie zostanie już do niego wciągnięta. Trudno jednak uznać, że automatycznie pociągnie to za sobą koniec wojennego zagrożenia dla naszego kraju. Można wręcz argumentować odwrotnie.
Po pierwsze, zakończenie działań przeciw Ukrainie oznaczałoby zwolnienie z frontu ogromnych rosyjskich sił. Rosyjska machina wojenna jest rozpędzona. Niełatwo ją zatrzymać. Ale przede wszystkim – patrząc z punktu widzenia Kremla – może się to nie opłacać. Ten bezdyskusyjny fakt, że Rosja jest zmobilizowana, a gospodarkę ma przestawioną na stopę wojenną, podczas gdy Zachód jest tu za Rosją daleko w tyle, stwarza w oczach rządzących Rosją pewne okno możliwości.
Zwłaszcza – to po drugie – w momencie, w którym w Waszyngtonie rządzi prezydent wprawdzie ogólnie nieprzewidywalny, ale zarazem taki, którego reakcji w sprawach rosyjskich Moskwa ma prawo obawiać się mniej niż jakiegokolwiek innego prezydenta Ameryki.
Po trzecie – tym bardziej że, jak trafnie mówi rosyjskie powiedzenie:
„Кому война, кому мать родна”,
czyli w wolnym tłumaczeniu:
„Dla kogoś wojna, a dla kogoś innego ukochana matka”,
czyli innymi słowy źródło bogactwa. Na wojnie giną zwykli Rosjanie, poziom życia wielu innych pogarsza się, ale pisaliśmy wyżej o rozpędzonej gospodarce wojennej. Ktoś na tym zarabia, i są to ludzie bardzo wpływowi. Chcieliby nagłego urwania się tych nadzwyczajnych dochodów? Jestem przekonany, że zakończenie czy zawieszenie konfliktu na Ukrainie spowodowałoby, że natychmiast na Kremlu zaczęłoby wywierać potężny wpływ lobby zmierzające do tego, aby wojna – przeciw Kijowowi albo komuś innemu – dalej trwała.
Po czwarte – przerwanie działań przeciw Ukrainie stworzyłoby też na Zachodzie atmosferę sprzyjającą powrotowi do robienia z Rosją biznesu. Inwestycje bezpośrednie długo nie byłyby zapewne duże – zrozumiały brak poczucia pewności własnej własności odstraszałby potencjalnych chętnych – ale rozmaitego rodzaju interesy innego typu zaczęłyby się rozkręcać, co w oczywisty sposób zwiększałoby potencjał Moskwy. A to oznaczałoby, jak uczy doświadczenie, wcale nie spotęgowanie jej skłonności do zachowań bardziej obliczalnych (jak przez długie lata chcieli wierzyć zachodni decydenci), tylko wręcz odwrotnych.
Powrót do Bismarcka
Po piąte – z całą pewnością zakończenie czy zawieszenie konfliktu ukraińskiego uaktywniłoby również zachodnie siły polityczne skłonne do stawiania na porozumienie z Rosją. W największym oczywiście stopniu – w Niemczech. Nawet jeśli nie skorelowałoby się to z formalnym wejściem do federalnych władz AfD, pobudziłoby to w Berlinie skłonność do myślenia o bismarckowskim w swej filozofii dogadaniu się z Moskwą na temat przestrzeni wspólnych interesów. Bismarckowska koncepcja imperialnego współistnienia dwóch mocarstw została niegdyś porzucona na rzecz uznania Rosji za strategicznego antagonistę – najpierw, w okresie I wojny światowej, jako podmiotu uniemożliwiającego zorganizowanie środkowej części kontynentu jako zależnej od Rzeszy „Mitteleuropy”, potem, za Hitlera, jako centrum organizujące słowiańskich podludzi, jeszcze potem, za Konrada Adenauera, jako zagrożenie dla całego Zachodu. Zawsze jednak istniała jako nić przewijająca się przez niemieckie myślenie o Wschodzie.
Wojna na Ukrainie stała się silnym impulsem przeciwdziałającym nawrotowi tej koncepcji. Nie jest jednak szczepionką działającą wiecznie. Nie trzeba chyba tłumaczyć, że ewentualne dogadanie się Berlina i Moskwy oznaczałoby dla naszego kraju – a to jest i tak wariant najbardziej optymistyczny – trwałe zredukowanie do roli państwa realnie niepodmiotowego, pozbawionego jakichkolwiek ambicji do wpływania na cokolwiek poza własnymi granicami. Notabene ostatni wyczyn Grzegorza Brauna – poparcie uruchomienia Nord Stream 2 – umiejscawia go, wbrew całej jego nacjonalistycznej narracji, w roli polskiego kolaboranta takiej właśnie niemiecko-rosyjskiej wizji zorganizowania rzeczywistości, w której nasz kraj byłby państewkiem o ograniczonej suwerenności, podporządkowanym Moskwie i – tak jest – Berlinowi.
Jasne jest również, że Rosja, która czy to odniosłaby na Ukrainie prawdziwe, spektakularne zwycięstwo, czy też w inny sposób jakkolwiek wzmocniła swoją pozycję, w sprzyjających okolicznościach zaczęłaby myśleć... nie, niekoniecznie o napaści na nasz kraj, ale z pewnością o tym, żeby go nie tylko trwale zneutralizować, ale też zyskać na jego terenie jakieś trwałe wpływy. Upadek wiary w efektywność zachodniego wsparcia, który musiałaby również u nas pociągnąć za sobą porażka Zachodu (a pokój zawarty na warunkach, które dziś wydają się możliwe, czyli wybitnie niekorzystnych dla Ukrainy, musiałby być tak odebrany), stwarzałby Moskwie szanse, jakich na naszym terenie nie miała od 1989 roku. Również dlatego, że wymusiłoby to na Polakach myślenie o konieczności reorientacji politycznej (czyli albo przejścia na stronę Rosji, albo co najmniej jej nieantagonizowania), co spowodowałoby wyłonienie się, będących emanacją tego nowego myślenia i nowej potrzeby, sił politycznych.
Flaga i teflon
Nowa wojna zaś, rosyjski atak np. na państwa bałtyckie, oznaczałyby dla Polski sytuację zupełnie nową. Ukrainę możemy z różnych względów wspierać, ale nie jesteśmy traktatowo wobec niej do niczego zobowiązani. Inaczej niż wobec Łotwy czy Estonii, to są przecież kraje NATO. Trzeba byłoby albo wejść po ich stronie do wojny, albo... powiedzieć jasno, że się tego nie zrobi, czyli własnoręcznie zdemolować słynny artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, na którym, przypomnijmy, sami opieramy nasze kalkulacje na wypadek rosyjskiej agresji.
Co się zaś tyczy argumentu z wewnątrzpolitycznego arsenału – o tym, że koniec wojny pozbawiłby Donalda Tuska i cały rządzący obóz immunitetu wynikającego ze zjawiska skupienia się wokół flagi – to zastanówmy się, czy to zjawisko nie jest w warunkach polskich chochołem? W Polsce, zwróćmy uwagę, nie potrzeba zagrożenia zewnętrznego, żeby władza – każda władza – długo cieszyła się zadziwiającą teflonowością. Bardzo długo mimo kolejnych kompromitacji teflonowa była Platforma i Tusk w czasie swoich pierwszych dwóch kadencji. Bardzo długo, ku frustracji ówczesnej opozycji, teflonowe było PiS po 2015 roku. I w jednym, i w drugim wypadku – bez żadnej wojny.
„Nowa architektura bezpieczeństwa”…
Dodajmy jeszcze jedno – zakończenie działań wojennych będzie oznaczać przynajmniej częściową demobilizację na Ukrainie. Co, w warunkach tamtejszego kryzysu, pociągnie za sobą przyjazd do Polski, w sporej części do przebywających tu żon i dzieci, ukraińskich weteranów. Sfrustrowanych i z frontowymi psychicznymi urazami, którym nasz kraj niekoniecznie będzie w stanie zaoferować pracę, na pewno natomiast – antyukraińskie nastroje. Co to będzie oznaczać na przykład dla poziomu przestępczości, w tym i tej zorganizowanej, wydaje się oczywiste.
Wreszcie – zwróćmy uwagę na doniesienia najlepiej poinformowanego, jeśli chodzi o obecną amerykańską politykę, portalu Axisos, który zrelacjonował, że pragnący zachować anonimowość amerykański dygnitarz powiedział, iż celem rozmów toczonych w trójkącie USA – kraje UE – Ukraina ma być
„opracowanie dla Rosji kompleksowej propozycji”,
której przyjęcie miałoby nie tylko zakończyć wojnę, ale też
„ustanowić nową i trwałą architekturę bezpieczeństwa pomiędzy Rosją a Europą”
oraz służyć ewentualnej gospodarczej współpracy po wojnie.
Na czym w intencji Donalda Trumpa miałaby polegać „nowa architektura bezpieczeństwa” na naszym kontynencie – nie wiadomo. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że jej ustanowienie jest od dekad postulatem strony rosyjskiej, która używając tej formuły, zawsze zmierzała do likwidacji lub maksymalnego osłabienia więzów spajających państwa NATO. A trudno wyobrazić sobie, aby Rosja w ramach porozumień z czegoś zrezygnowała. Przecież się sama nie rozbroi. A gdyby miała – hipotetycznie – wycofać część swoich sił z Białorusi, to pytanie brzmi: W zamian za co? Czy jest całkowicie nieprawdopodobne, że na przykład w zamian za wycofanie sił amerykańskich z krajów bałtyckich i z Polski, co dla naszego kraju oznaczałoby drastyczne pogorszenie bezpieczeństwa?
Obrona lepsza od kapitulacji
Zwolennicy pokoju za wszelką (czy niemal wszelką) cenę mają jeszcze jeden argument. Taki mianowicie, że walcząc z Rosją i izolując ją od Zachodu, wpływamy negatywnie – z naszego punktu widzenia – na jej ścieżkę rozwojową. Czynimy ją bardziej zamkniętą, antyzachodnią i agresywną. O, gdyby na przykład w XVI wieku Polska i Szwecja oddały Moskwie bez walki Inflanty, to jaka wspaniale otwarta stałaby się Rosja...! Ten argument szczególnie często podnoszą ci rosyjscy liberałowie, którzy zawiśli w powietrzu pomiędzy reżimem a opozycją.
Ta koncepcja ma trzy słabe strony. Po pierwsze, nie wiemy, co by było, gdyby. Po drugie – przypomina tezę niektórych zachodnich liberalizujących komunistów z lat 50., wyśmiewaną wtedy przez paryską „Kulturę”, że Amerykanie, organizując planetarną obronę przed ZSRR, odgrywają rolę złowrogą, bo gdyby Zachód wreszcie przestał stawiać opór komunizmowi, to ten opanowałby świat, a wtedy niemuszące już toczyć wojny ze starym systemem państwa komunistyczne zaczęłyby się od razu pięknie różnicować i demokratyzować. Po trzecie – ta koncepcja jest sprzeczna z naturą ludzką i zdrowym rozsądkiem, które każą stawiać opór agresji, jeśli jest się w stanie. A historia uczy, że broniąc się, statystycznie częściej wychodzi się lepiej, niż kapitulując. Nawet „mądrze” kapitulując.
***
Gdyby realne było porozumienie, niebędące z punktu widzenia Zachodu kapitulacją Ukrainy – byłoby nad czym rozmyślać. Ale nic w zachowaniu Moskwy nie pozwala sądzić, że to jest możliwe. W tej sytuacji dalsze wspieranie oporu Kijowa jest, paradoksalnie, z punktu widzenia interesów Polski rozwiązaniem względnie najbezpieczniejszym.
[Niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]






