Szukaj
Konto

Waldemar Bartosz: „Bardzo proszę pamiętać, że ja byłem przeciw”

07.10.2016 11:55
T. Gutry
Źródło: Tygodnik Solidarność
Komentarzy: 0
Poziom debaty publicznej wyraża poziom rozwiązywania problemów. Mówiąc wprost, jeśli publicznie, poważnie dyskutuje się o problemach społecznych, łatwiej znaleźć celne rozwiązania owych problemów. Jeśli natomiast odpowiedzialny dyskurs zastępuje się socjotechnicznymi chwytami, które nie mają nic wspólnego z dyskusją umysłową, wówczas albo problemów, które są przedmiotami takiej debaty się nie rozwiązuje, albo tzw. rozwiązania nie trafiają w sedno.

Tocząca się na naszych oczach debata o naprawdę ważnych kwestiach (wiek emerytalny, minimalne wynagrodzenie, wolne niedziele, reforma szkolnictwa, itp.), niestety przypomina raczej przerzucanie się wzajemne stron tej debaty trikami, emocjami, z rzadka tylko racjonalnymi argumentami. Przykładów na tak prowadzoną debatę można by mnożyć, tutaj tylko zaprezentujemy kilka przykładów.

W przypadku projektu obywatelskiego dotyczącego ograniczenia handlu w niedzielę, niektóre związki pracodawców stosują proste chwyty propagandowe. Już pisaliśmy na tych łamach o Świętokrzyskim Związku Pracodawców Prywatnych "Lewiatan", który wytoczył takie oto armaty: galerie i markety kosztowały jako inwestycje 300-400mln zł, i co teraz? Albo zwolnionych zostanie kilkadziesiąt tysięcy pracowników handlu, kiedy jest wiadomo, że problemem jest niedobór pracowników handlu.

Kiedy czytamy i słuchamy politycznych dywagacji opozycji widzimy przede wszystkim miałkość. Nowoczesna, PO i KOD jednym głosem obwieściły koniec demokracji, nie wyróżniając nawet, o który z elementów owej demokracji chodzi: czy o tzw. ludowładztwo, czyli mechanizm wyłaniania władz, czy o tzw. państwo prawa. To hasło: "obrona demokracji" ma tak naprawdę przykryć brak pomysłu na państwo. Nowoczesna stała się popłuczyną ruchu stworzonego przez "polityka z Biłgoraja" a Platforma Obywatelska jako partia dawnej władzy, tracąc ją, traci wszystko.

Niestety również widoczne są elementy pseudodyskusji po stronie rządzącej. Widać to wyraźnie w sprawach tzw. reformy oświaty. Do tej pory tę dyskusję dominuje problem redukcji etatów nauczycielskich i obsługi. Jest to problem ważny ale przecież nie jedyny a nawet z punktu widzenia całego społeczeństwa - nie główny. Chodzi wszak o edukację narodową i to, że "takie będą Rzeczypospolite jakie ich młodzieży chowanie". Niestety w rozlicznych enuncjacjach dotyczących tej reformy jakoś o tym chicho. A przecież w skutkach oznaczać ona będzie skrócenie obowiązkowej nauki o jeden rok. W przypadku 6 letniej szkoły podstawowej i 3 letniego gimnazjum, obowiązek nauczania wynosił 9 lat, po reformie obowiązkowa szkoła podstawowa trwać będzie o rok krócej. Na dodatek Ministerstwo Edukacji Narodowej proponuje wydłużenie o jeden rok tzw. nauczania zintegrowanego: z 3 na 4 lata. Oznacza to ni mniej ni więcej, iż nauczanie przedmiotowe trwać będzie tylko 4 lata, do tej pory trwało 6 lat. Wątpliwe są więc wyniki takiego systemu. Z pewnością nie doprowadzi to do oczekiwanej sytuacji, że do szkół średnich pójdzie o wiele bardziej wyedukowana młodzież. Przy tym rozziew w poziomie nauczania między podstawówkami na głębokiej prowincji i w miastach również będzie głęboki. Szkoły ponadpodstawowe przynajmniej w pierwszych kolejnych latach będą de facto gimnazjami, czyli będą musiały wyrównywać poziom nauczania.

Zaprezentowane przykłady wołają o poważną debatę. Bez niej nic dobrego nas nie czeka. Dlatego za Antonim Słonimskim mam prawo powiedzieć: "Bardzo proszę pamiętać, że ja byłem przeciw".

Waldemar Bartosz

www.solidarnosc-swietokrzyska.pl
Komentarzy: 0
Data publikacji: 07.10.2016 11:55