Remigiusz Okraska: Płacz i płać

- Ceny paliwa sięgające 8–9 zł za litr zwiększają koszty jazdy, transportu i codziennych zakupów.
- Autor zarzuca liberałom podwójne standardy: wysokie ceny paliwa za rządów PiS przypisywali władzy, a dziś tłumaczą je czynnikami zewnętrznymi.
- Tekst krytykuje politykę wspierania drogich aut elektrycznych zamiast rozwiązań mających trwale obniżyć koszty transportu dla zwykłych obywateli.
Benzyna po 8 złotych, diesel po 9. To koszmarne wieści dla wszystkich. Nie tylko użytkowników samochodów, choć dla nich szczególnie. To także wyższe koszty transportu towarów, czyli drożej w sklepach, co odczuje każdy.
Gdy ceny paliwa drastycznie wzrosły po napaści Rosji na Ukrainę, według liberałów winny nie był Putin. Oskarżali Jarosława Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego i Daniela Obajtka. Internet zalały zdjęcia paragonów. Rozzłoszczeni kierowcy blokowali stacje Orlenu. Lamentowano o pisowskiej drożyźnie, mimo że benzyna była droga w całej Europie, a polskie ceny należały do najniższych.
Plamy na słońcu
Dzisiaj nie ma protestów i lamentów liberałów. Ceny paliwa to według nich nie jest wina Donalda Tuska, lecz wina Donalda Trumpa. A może nawet plam na słońcu. Wszystkiego i wszystkich, byle nie rządu liberałów. Sympatycy Tuska są przecież jak sekta. Całkiem niedawno gładko przeszli od wywodów, że Obajtek drenuje ich kieszenie w 2022 roku cenami 7 złotych za litr benzyny, do opowieści, że w 2023 roku właśnie on „kupuje głosy PiS-owi” cenami 4,99 zł za litr.
Tusk przekonywał, że tylko decyzji politycznej potrzeba, aby paliwo kosztowało 5,19 zł. Zamiast tego mamy je po 8 zł. Mamy też groteskowe działania władzy. Trudno inaczej nazwać programy obniżania cen, z których ostatni trwał raptem 14 dni. Według rządu miał on zapewnić tańszy powrót z wakacji. Problemem milionów ludzi nie jest jednorazowy przejazd wakacyjny. Są nim koszty codziennych dojazdów do miejsc zarobkowania.
"Najważniejsze, że..."
Gdy prezydent Karol Nawrocki przedstawił projekt ustawy pozwalającej długofalowo obniżyć ceny paliwa, to po stronie „demokratycznej” podniosły się zwyczajowy jazgot oraz wywody, że nas na to nie stać. Nigdy nas nie stać na nic korzystnego dla społeczeństwa, gdy rządzą liberałowie.
Stać było na dotowanie zamożnym zakupu aut elektrycznych. Ze środków KPO wydano ponad miliard na takie wsparcie. Można było dostać 40 000 zł dopłaty do auta kosztującego nawet 225 tysięcy. Elita finansowa ma już mnóstwo pieniędzy, ale dostała z budżetu kolejne, aby następnie uniknąć podwyżek cen ropy i benzyny. Średniacy i ubodzy nie dostaną nic, za to rosną im wydatki.
Nawiasem mówiąc: elektromobilność mogłaby faktycznie pomóc uniezależnić się od skoków cen paliw ropopochodnych, ale nie taka. Nie w postaci dotacji dla bogatych. Był kiedyś pomysł o nazwie Izera. Polska marka elektrycznych samochodów wytwarzanych w kraju, z komponentów krajowych, produkowanych przez publiczną firmę, a więc bez konieczności eskalowania zysków, czyli oferowanych w niższej cenie. I co? I szyderstwom liberałów nie było końca.
Zostaliśmy więc z paliwem po 8–9 zł za litr i z wywodami, że państwa nie stać na to, aby pomagać obywatelom nawet w sytuacji kryzysowej. Płaczmy zatem i płaćmy. „Najważniejsze, że PiS już nie rządzi”.
[Śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]





