Jak Berlin i jego służby rozgrywają polsko-ukraiński klincz historyczny

- Relacje Polski i Ukrainy ponownie pogarszają się przez spory historyczne dotyczące Wołynia, kultu Stepana Bandery i polityki pamięci prowadzonej przez część ukraińskich elit.
- Autor tekstu sugeruje, że Niemcy mogą wykorzystywać napięcia między Warszawą a Kijowem do wzmacniania własnej pozycji politycznej i strategicznej w Europie.
- Artykuł opiera się głównie na analizie geopolitycznej i publicystycznych interpretacjach, dlatego część tez wymaga mocniejszego udokumentowania oraz oddzielenia opinii od potwierdzonych faktów.
Silny blok środkowoeuropejski, oparty na polskim potencjale logistyczno-wojskowym i ukraińskiej armii, stanowiłby naturalną przeciwwagę dla niemieckiej hegemonii w Unii Europejskiej. Dziś, gdy relacje polsko-ukraińskie ulegają erozji pod ciężarem roszczeniowej dyplomacji Wołodymyra Zełenskiego i nierozwiązanego sporu o kult Stepana Bandery, warto zadać pytanie: czy i jak Niemcy instrumentalizują ten konflikt do wzmocnienia własnej pozycji? Aby zrozumieć tę dynamikę, należy odrzucić spiskowe uproszczenia na rzecz analizy w kategoriach twardej Realpolitik, w której dyplomacja płynnie przenika się z działaniami służb wywiadowczych.
Cień Abwehry. Historyczne korzenie instrumentalizacji
Niemiecka polityka wschodnia od dekad charakteryzuje się pragmatycznym, często cynicznym podejściem do ukraińskiego nacjonalizmu. Warto przypomnieć, że mariaż niemieckich służb z formacjami Stepana Bandery nie jest konstruktem publicystycznym, lecz historycznym faktem. W latach 30. i podczas II wojny światowej to niemiecki wywiad wojskowy (Abwehra) aktywnie wspierał, szkolił i finansował ukraińskich nacjonalistów. Pod jej auspicjami powstały m.in. kolaboracyjne bataliony „Nachtigall” i „Roland”, mające realizować niemieckie cele strategiczne na Wschodzie, co dla Bandery i OUN miało być drogą do niepodległości.
Berlin traktował ukraiński radykalizm czysto instrumentalnie – jako narzędzie destabilizacji II Rzeczypospolitej, a później Związku Sowieckiego. Dziś Niemcy nie są oczywiście państwem totalitarnym, a ich oficjalna doktryna stanowczo odcina się od faszyzmu. Jednakże zasada lewarowania własnych interesów poprzez podsycanie napięć między Warszawą a Kijowem za pomocą „karty ukraińskiej” przetrwała w zmodyfikowanej, miękkiej formie.
„Efekt Melnyka” – ukraiński nacjonalizm na niemieckich salonach
Współczesny niemiecki establishment dyplomatyczny i wywiadowczy nie musi aktywnie kreować kultu OUN-UPA na Ukrainie – Kijów robi to sam, budując wokół postaci Bandery tożsamość oporu. Rola Niemiec sprowadza się do umiejętnego moderowania tej narracji w europejskiej przestrzeni informacyjnej, tak aby osłabiała ona moralną i polityczną pozycję Polski.
Klasycznym przykładem tej strategii była działalność byłego ambasadora Ukrainy w Niemczech, Andrija Melnyka. To na terytorium Niemiec, w wywiadach dla tamtejszych mediów, ukraiński dyplomata otwarcie relatywizował zbrodnie Bandery. Melnyk przekonywał m.in., że Bandera „nie był masowym mordercą”, a odpowiedzialność za rzezie na Wołyniu rozmywał, fałszywie zrównując działania polskiego podziemia z zaplanowanym ludobójstwem dokonanym przez UPA. Dyplomata stwierdził wręcz, że II RP była dla Ukraińców „takim samym wrogiem, jak nazistowskie Niemcy i ZSRR”.
Z punktu widzenia Berlina, takie incydenty są niezwykle użyteczne. Dając platformę do wypowiedzi ukraińskim rewizjonistom historycznym, Niemcy osiągają dwa cele. Wbijają klin między Warszawę a Kijów, neutralizując zagrożenie powstania trwałego sojuszu polsko-ukraińskiego. Rozmywanie własnej winy poprzez promowanie narracji, w której Polacy są ukazywani nie jako ofiary II wojny światowej, lecz jako imperium uciemiężające Ukraińców (rzekomo równie brutalne jak III Rzesza). To doskonale wpisuje się w długofalową politykę historyczną Niemiec, dążącą do dekonstrukcji unikalności własnych zbrodni w Europie Środkowo-Wschodniej.
Gry wywiadowcze BND: Casus Nord Stream
Najbardziej jaskrawym przykładem tego, jak niemieckie elity wywiadowcze rozgrywają polsko-ukraiński konflikt, jest toczące się śledztwo wokół zniszczenia gazociągów Nord Stream i towarzysząca temu kampania informacyjna. Federalna Służba Wywiadowcza (BND) oraz niemiecka prokuratura konsekwentnie budują narrację, w której głównymi winowajcami aktu dywersji na Bałtyku są Ukraina oraz Polska. Głos w tej sprawie zabrał bezpośrednio August Hanning, były wieloletni szef niemieckiego wywiadu BND. W wypowiedzi dla dziennika „Die Welt” wprost oskarżył on ukraińską grupę dywersyjną o zniszczenie rurociągów, kategorycznie zaznaczając, że odbyło się to przy „silnym wsparciu logistycznym z Polski”. Co więcej, Hanning wyartykułował tezę, że akcja ta była wynikiem tajnego porozumienia między najwyższymi władzami obu państw – konkretnie między prezydentami Andrzejem Dudą a Wołodymyrem Zełenskim.
To klasyczna operacja wpływu realizowana rękami weteranów służb. Wypowiedź Hanninga nie jest przypadkowa. Ma celu zrzucenie z Niemiec jakiejkolwiek politycznej odpowiedzialności za wyhodowanie rosyjskiego imperializmu na tanim gazie. A także zasugerowanie niemieckiej i zachodniej opinii publicznej, że Polska i Ukraina to państwa awanturnicze („rogue states”), dopuszczające się państwowego terroryzmu na infrastrukturze krytycznej sojusznika z NATO. I perfidne wywołanie wewnętrznego kryzysu politycznego w Polsce, poprzez sugerowanie tajnych paktów omijających demokratyczną kontrolę nad służbami specjalnymi, oraz pogłębienie polsko-ukraińskiej nieufności w momencie potężnych sporów o tranzyt zboża i przewozy drogowe.
Paradoksalnie, inni weterani niemieckich służb, jak były wiceszef BND Arndt Freytag von Loringhoven, jednocześnie ostrzegają przed rosyjską dezinformacją, której celem są Niemcy. Ten dwugłos pokazuje podwójną grę Berlina: z jednej strony Niemcy kreują się na główną ofiarę hybrydowych ataków Władimira Putina, z drugiej – wykorzystują byłych szefów własnego wywiadu do uderzania w spójność sojuszu polsko-ukraińskiego.
Synergia błędów Kijowa i strategii Berlina
Rozwój sytuacji wokół kultu Bandery na Ukrainie oraz agresywna polityka rządu Zełenskiego, czyli przenoszenie sporów rolniczych na forum WTO, antagonizujące wystąpienia w ONZ, to dla niemieckiej dyplomacji wymarzony scenariusz. Berlin nie musi już wywierać twardej presji na Warszawę. Wystarczy, że poczeka, aż asymetria relacji, ukraińska arogancja historyczna i brak rozliczenia Rzezi Wołyńskiej doprowadzą do implozji zaufania na linii Wisła-Dniepr. Niemcy doskonale wiedzą, że polityka zagraniczna Ukrainy w coraz większym stopniu orientuje się na Berlin jako na rzekomo stabilniejszego i bogatszego gwaranta odbudowy i integracji z UE. W tym układzie Kijów traktuje Warszawę jako etap przejściowy, z którym nie trzeba już iść na ustępstwa w kwestiach historycznych (takich jak ekshumacje na Wołyniu).
Odpowiadając na pytanie o rolę Berlina: Niemcy i ich służby nie są głównym kreatorem kultu UPA na Ukrainie, tak jak miało to miejsce w przypadku Abwehry w ubiegłym wieku. Współczesna niemiecka strategia opiera się na zarządzaniu kryzysem i eksploatowaniu ukraińskich błędów do pacyfikacji polskich ambicji. Wykorzystując przestrzeń medialną do promowania narracji relatywizujących historię (casus Melnyka) oraz używając kontrolowanych przecieków z kręgów wywiadowczych do obarczania Warszawy winą za międzynarodowe incydenty (casus Hanninga i Nord Stream), Berlin dąży do marginalizacji Polski.
Wpycha nas z powrotem do roli państwa peryferyjnego, skłóconego ze Wschodem, które musi ostatecznie podporządkować się geopolitycznej woli niemieckiego centrum. To bezwzględna gra o architekturę nowej Europy, w której duma z własnej historii i naiwna wiara w bezwarunkową wdzięczność sojuszników mogą okazać się naszymi największymi słabościami.
Komentarze
Rządzący ujawniają plan ws. Domańskiego. „Jeśli Nawrocki odmówi nominacji, to go zgrillujemy”

Karol Nawrocki oddał hołd ofiarom komunizmu. Ważne słowa prezydenta

Szef MSZ reaguje na upamiętnienie UPA. Radny Lwowa z zakazem wjazdu

Tusk wnioskuje do prezydenta ws. Domańskiego. Już ostrzega przed złamaniem konstytucji

Ukraina ma zrezygnować z roku Szuchewycza. Wiceminister: „Mamy obietnicę”

