Szukaj
Konto

W KRAJU AMERYKAŃSKICH NIEWOLNIKÓW

20.11.2023 08:00
Komentarzy: 0
W KRAJU AMERYKAŃSKICH NIEWOLNIKÓW

Liberia to mój 25 afrykański kraj. Liczba szczególna, bo urodziłem się 25 stycznia, a 25 czerwca poznałem moją żonę. Liberia kojarzy mi się "od zawsze" z faktu, że pod jej flagą - tak jak pod flagą Panamy - pływało najwięcej statków, które co prawda należały do właścicieli z zupełnie innych krajów, ale ze względów ekonomicznych, podatkowych ich właściciele wybierali właśnie ten kraj Afryki Zachodniej.

Jestem tutaj służbowo. Z ramienia Parlamentu Europejskiego obserwuję wybory w państwie, które już trwale zapisało się w historii tego kontynentu. Oto bowiem obok Etiopii to właśnie Liberia ma tutaj najdłuższą tradycję własnej państwowości! Sięga ona końca pierwszej połowy XIX wieku. Państwo zostało stworzone przez wyzwolonych niewolników z Ameryki wraz z plemionami tubylczymi. Pomoc USA w powstaniu Liberii - nazwa od słowa "liber", czyli "wolny" - była kolosalna. Nawet liberyjska flaga jest wzorowana na amerykańskiej.

Ciekawe, że Liberia, która powstała dobrze ponad wiek przed innymi krajami "Czarnego Lądu" - jak kiedyś powszechnie nazywano ten kontynent, nie wiedząc, że będzie to w przyszłości uznane za "politycznie niepoprawne" - nie miała tych problemów, które miały kraje narodzone z dawnych kolonii francuskich, angielskich, belgijskich, holenderskich, portugalskich, niemieckich i włoskich. Tu "Murzyni" nie walczyli z "Białymi", tu "Murzyni" z Ameryki narzucali swoje rządy "Murzynom" miejscowym.

Lokale wyborcze otwierają tu o 8:00, a zamykają o 18:00. Głosowanie więc trwa raptem dziesięć godzin. Kraj jest biedny, ale demokratyczny. Pamiętają tu niedawną wojnę domową i celebrują demokratyczne praktyki. Kadencja prezydenta trwa sześć lat, a Głowa Państwa, oczywiście tak, jak w USA ma swojego wiceprezydenta. Na kartach wyborczych jest nazwisko obu (w dziewięciu przypadkach - obojga, bo na prezydenta kandydują dwie kobiety, a na wiceprezydenta - siedem). Jest 20 kandydatów, ale liczy się dwóch: urzędujący prezydent George Tawlon Manneh Oppong Ousman Weah oraz były wiceprezydent Joseph Boakai. Jak się potem okaże w pierwszej turze obaj uzyskali po 44% głosów, zatem będzie druga tura, a zgodnie z europarlamentarną praktyką wysyłania tych samych obserwatorów, którzy byli na pierwszej turze - znów będę w Liberii! Druga tura przewidywana jest na 14 listopada.
Od piątej rano przed lokalami wyborczymi ustawiają się kolejki. W ciągu dnia urosną do niebotycznych rozmiarów. Obserwowałem wybory w przeszło trzydziestu krajach Europy, Azji, Afryki, Ameryki Północnej oraz Ameryki Południowej i takich kolejek jeszcze nie widziałem! Żeby ułatwić wyborcom, poszczególne urny mają różne kolory: czerwona - to głosy na prezydenta, zielona - na tutejszy "Sejm" czyli Izbę Reprezentantów (rzecz jasna: nazwa identyczna, jak w USA) oraz niebieska - wybory senatorów.

Jest pora deszczowa. Często leje jak z cebra, ale przynajmniej nie jest gorąco i duszno, czego doświadczałem szereg razy na tym kontynencie.

Tłok jest nie tylko w lokalach wyborczych i przed nimi, ale także na targowiskach, które przypominają mrowiska. Te gromady ludzi widzimy jeżdżąc z jednego lokalu wyborczego do kolejnego. Przejeżdżam akurat koło ambasady brytyjskiej i budynku z emblematami ONZ i ku mojemu zdziwieniu w tym bodaj najbardziej proamerykańskim kraju generalnie niechętnej Jankesom Afryki widzę motocyklistę w T-shircie z napisem ... "Gazprom".

W szkole fundacji Barnesa, gdzie znajduje się lokal wyborczy oraz w innych, wybory przebiegają spokojnie. Kogut pieje -obojętnie od pory dnia- a ludzie głosują. Bardzo dużo "mężów zaufania" i uwaga: sami młodzi.
W mieście Margibi przed lokalem wyborczym spotykam księdza w koloratce. Wielebny Francis rozpromienia się, gdy słyszy, że jestem z Polski. Od razu mówi, że to ojczyzna Jana Pawła II. Wie, że 95% Polaków to katolicy. Gdy mówię do niego po łacinie "Laudetur Jesus Christus", rozpromienia się jeszcze bardziej i podnosi ręce jakby chciał mnie błogosławić.

Wybory są wydarzeniem nie tylko politycznym, ale też społecznym: ludzie długo stoją w kolejkach, rozmawiają, wymieniają plotki, integrują się. Przy każdym lokalu wyborczym jest kilka straganów, czasem wprost na ziemi, z owocami, piciem, słodyczami, orzeszkami itd. Zawsze jest przy tym chmara dzieci.

Na obrzeżach Margibi wyróżniająca się od innych dzielnica schludnych parterowych domów z cegieł. Postawili je Amerykanie dla pracowników swoich plantacji kauczuku.

Mieszkam w stolicy kraju Monrowii, liczącej nieco ponad milion mieszkańców . Cała populacja jest ze cztery i pół razy większa, choć mieszka na terytorium, które stanowi aż jedną trzecią terytorium Polski! Zatrzymałem się w hotelu "Mbaba". Właścicielem jest Libańczyk. Wieść gminna niesie, że wszystkie hotele są tu w rękach Libańczyków - i nie tylko hotele. Żona właściciela jest Irlandką, a on sam zasłynął z tego że w czasie wojny domowej przewidująco zatrudnił w swoim hotelu członków rodzin rebeliantów, co uchroniło hotel od zniszczeń.

Wśród wyborców dostrzegam niemal dzieci, choć oczywiście są już pełnoletni. Niektóre z tych nastolatek dźwigają już własne dziecko. Nie powinno to dziwić, bo Afryka to kontynent, w którym "dzieci mają dzieci".

Budynki rządowe są tu porozrzucane. MSZ ma piękny widok na Ocean Atlantycki. Większość resortów jest zgrupowana w ogrodzone "kompleksy ministerialne" - i tak np. wartownicy pilnują resortów ministerstwa pracy i ministerstwa rolnictwa.

Rolę taksówek pełnią tu trójkołowe pojazdy, które określiłbym jako "riksze", gdyby poruszane były siłą mięśni ludzkich - tyle ,że mają motorki. Szereg z nich w tym chrześcijańskim kraju - wyznawcy Chrystusa stanowią tu 76% - na tylnej szybie ma napis "Jesus".

Taki obrazek zapamiętam…

*tekst ukazał się na portalu idmn.pl (27.10.2023)

Komentarzy: 0
Data publikacji: 20.11.2023 08:00
Źródło: tysol.pl