Szukaj
Konto

Prawdziwy alkohol i wymyślona awantura. Dominik Kolorz szczerze o tym, jak trafił do izby wytrzeźwień

29.03.2017 21:40
Prawdziwy alkohol i wymyślona awantura. Dominik Kolorz szczerze o tym, jak trafił do izby wytrzeźwień
Źródło: screen YouTube
Komentarzy: 0
Starsi Czytelnicy pamiętają zapewne krążące za czasów PRL-u dowcipy o Radiu Erewań (fikcyjnym źródle nierzetelnych, informacji, parodiującym metody propagandy komunistycznej). Czy z podobnym przypadkiem mieliśmy do czynienia ostatnio, gdy część mediów opisywała okoliczności, w jakich szef Śląsko – Dąbrowskiej Solidarności, Dominik Kolorz wprost z Pubu Druid w Rudzie Śląskiej trafił w nocy z czwartku na piątek (23/24 marca po godzinie 23.30) do tamtejszej izby wytrzeźwień?
Tak pyta moja redakcyjna koleżanka red. Elżbieta Skwarczyńska-Adryańska w jutrzejszym, czwartkowym wydaniu lokalnego "Głosu Zabrza i Rudy Śl.". Kolorz przedstawił jej w szczegółach i bez pudrowania własną wersję wydarzeń. Jak zwraca uwagę nagradzana w licznych konkursach zawodowych dziennikarka, w wielu dotychczasowych publikacjach medialnych powtarzały się wyrażenia: "awantura w lokalu" i "odmowa zapłacenia rachunku", a dwa źródła podają nawet, że Kolorz został odwieziony do izby… na własną prośbę. Nigdzie też nie ma wypowiedzi samego zainteresowanego, jedynie stwierdzenie, że jego telefon komórkowy milczał. Pomijając to, że z Kolorzem można porozumieć się również mailowo, nam telefoniczny kontakt z nim nie sprawił kłopotu.

- Z całej tej informacji prawdą jest chyba jedynie to, że miałem ponad 2 promile alkoholu i byliśmy tam w piątkę - mówi Kolorz dodając, że żadnej awantury nie było. - W chwili, gdy przyjechała policja na stole stała jeszcze do połowy pełna butelka wódki, więc nie było pośpiechu w płaceniu rachunku - dodaje Kolorz. - Ale policja nakazała nam opuścić lokal. Jeden z funkcjonariuszy wyniósł na zewnątrz rachunek i kolega poszedł go uregulować.

Właściciel lokalu określa zajście, jako kłopoty z wyegzekwowaniem należności przed zamknięciem baru (lokal jest czynny do północy), w związku z którymi obsługa wezwała ochronę, a ta być może policję. Szczegółów nie zna, bo wówczas był za granicą. Od powrotu zaś (27 marca), mimo naszych próśb, nie rozmawiał z personelem. Twierdzi, że nie miał czasu, a samo zajście określa jako nieistotne.

Kolorz precyzuje, że do pyskówki słownej z jego strony i to wobec policjantów doszło później, nad czym teraz ubolewa, podobnie jak nad tym, że tyle wypił. Tym bardziej, że zawsze pił raczej symbolicznie, nawet podczas tradycyjnych, górniczych karczm piwnych, a od kilku lat w poście w ogóle nie sięgał po alkohol. Żałuje, że tym razem uległ namowom znajomych.
- Usiedliśmy na zewnątrz, w restauracyjnym ogródku, czekając na kolegę, który miał przyjechać po nas samochodem. Jednak kiedy funkcjonariusze kazali nam iść do domu, moi kompani poszli posłusznie. Ja zawsze miałem buntowniczą naturę, więc odpowiedziałem, że to wolny kraj i nigdzie się nie ruszę. Na pytanie, czy jestem w stanie dojść sam do domu, zgodnie z prawdą zaprzeczyłem, bo nie czułem się dobrze, a ponadto mieszkam w Rybniku - wspomina szef Solidarności na Śląsku i w Zagłębiu.

Kolorz nie oponował, gdy policjanci stwierdzili, że odwiozą go do izby. - To mnie odwieźcie - miał powiedzieć. - Nie mam żalu do policji, choć ten nocleg słono mnie kosztował, a sprawa wyciekła do prasy. To moja wina. Jest mi wstyd - zapewnia. Zdaje sobie sprawę, że na jego zachowanie miała wpływ ilość wypitego alkoholu, do jakiej nie przywykł. Jednak nie uważa tego za wytłumaczenie. - Tym bardziej, że jako osobie publicznej wolno mi mniej, niż innym - podkreśla.

Rzecznik prasowy rudzkiej policji, Arkadiusz Ciozak, którego cytowały wcześniej media, od poniedziałku (27 marca) przebywa na urlopie. Zastępujący go Roman Aleksandrowicz zastrzega, że nie zna dokładnie sprawy i nie chce jej komentować. Mówi, że nie było mowy o "awanturze", a policja nie prowadzi w tej sprawie żadnego postępowania. Rachunek został uregulowany zaraz po przyjeździe patrolu, a Kolorza odwieziono do izby nie dlatego, że się awanturował, a… z troski o jego bezpieczeństwo. - W podobnych przypadkach mieszkańców naszego miasta, którzy nie stwarzają problemów, ani zagrożenia odwozimy do domu. Jednak nie jeździmy poza granice miasta - tłumaczy Aleksandrowicz.

Kolorz nie wie, kto wezwał policję i zaraz potem zawiadomił media - Zdaję sobie sprawę, że jako związkowiec wielu ludziom zalazłem za skórę. I tak musiało być w tym przypadku… Jednak największe pretensje mam do samego siebie - kończy.

Przemysław Jarasz
Komentarzy: 0
Data publikacji: 29.03.2017 21:40