Maciej Bąk: Po stronie „europejsko-niemieckiej” szok. Cała jej kilkunastoletnia narracja zbankrutowała

Prawie wszystko, co wiemy o przygotowaniach oraz przebiegu napaści Rosji na Ukrainę wydaje się dziwaczne i sprzeczne z podstawowymi zasadami sztuki wojennej. Najpierw długotrwałe przygotowania do inwazji, czynione tak, jakby wszyscy wokół, a już zwłaszcza Ukraińcy mieli się dowiedzieć, że szykowana jest na nich napaść. Przygotowania obejmujące zarazem niedostateczne jak oceniają specjaliści siły. Zignorowanie przeciwnika, przecenienie własnej sprawności, a następnie puszczenie całej machiny w ruch w taki sposób, że prawie od razu pojawiło się pytanie - "Czy leci z nami pilot?".
Już po kilku dniach tej dziwacznej inwazji zaczęły się mnożyć hipotezy próbujące wyjaśnić nieporadność Rosji. Wymienia się między innymi "korporacyjny" system informowania kierownictwa, zgodnie z zasadą, że w górę docierają tylko informacje pomyślne, chęć wystawienia przez Putina swoich generałów na próbę, spisek samych generałów pragnących skompromitować Putina i tak dalej…
Ja przychylam się do tych hipotez, które tłumaczą, że coś poszło nie tak, bo znaczna część szefostwa armii i służb Rosji być może w ogóle nie wierzyła w możliwość przeprowadzenia najazdu i do końca myślała, że to tylko blef ze strony prezydenta. Być może same służby i samo wojsko rosyjskie zostały zaskoczone decyzją o "Specjalnej Operacji Woskowej". Stąd przeterminowane racje żywnościowe, sprzedany na "lewo" olej napędowy do pojazdów, niedoszkolone wojsko, brak prawidłowego rozpoznania przeciwnika i brak akcji dywersyjnych, mających zasymulować antyukraińskie, prorosyjskie powstania. Mogę dorzucić jeszcze jedno spostrzeżenie od siebie - brak przygotowanej uprzednio, spójnej narracji dla naszych rodzimych ośrodków rusofilskich.
Takich ośrodków jest trochę w naszym kraju, reprezentują co ciekawe różne światopoglądy i sympatie polityczne. Znajdziemy wśród nich przedstawicieli komunistycznej lewicy i tradycyjnych, ultramontanistycznych katolików. Na jednym biegunie będzie tam endekokomuna, pogrobowcy Mieczysława Moczara, a na drugim zwolennicy eurazjatyckich bajań Aleksandra Dugina. Do tego dochodzą jeszcze neopoganie, rodzimowiercy polscy, zwolennicy panslawizmu, jednej wielkiej Słowiańszczyzny, monarchiści, republikanie.
Świętej pamięci Jerzy Targalski nazywał ich zbiorczo tubami propagandowymi i pudłami rezonansowymi Kremla albo przywołując nieoficjalną terminologię samych służb FR - ruskimi gównojadami…
Jest też drugi nurt narracji propagandowych, nieco bardziej subtelny, który nazwałbym "europejsko-niemieckim". Tu nie ma wprost kopiowania nachalnej propagandy kremlowskiej. Jest za to ojkofobia rozdęta do granic możliwości. Pogarda dla "tego kraju", snucie rozważań o tym, że Jarosław Kaczyński jest agentem Putina i próbuje nas "wypchnąć z Europy" i podporządkować Moskwie. Podważanie zaufania do służb mundurowych, sensu istnienia Polski, granie na kompleksach niższości.
Wszyscy, jak się zdaje, zostali w równym stopniu zaskoczeni pierwszymi wiadomościami porannymi 24 lutego bieżącego roku. Jeszcze w godzinach wieczornych poprzedniego dnia prowadzili narrację, że wojska rosyjskie po odbytych ćwiczeniach wracają do koszar, Władimir Putin osiągnął to, co chciał i nie dał się Anglosasom sprowokować do wojny. Nurt "europejsko-niemiecki" przestrzegał przed nieodpowiedzialną polityką PiS-u, która może wywołać wojnę z Rosją. Jednak to nie PiS dokonał inwazji, lecz Rosja. Na stronach rusofilskich zapanowała konsternacja. Zabrakło jednej spójnej narracji i tak po prawdzie, to brakuje jej do tej pory.
Padają różne twierdzenia, niektóre tak absurdalne i sprzeczne wewnętrznie, że jedyne co można z nimi zrobić, to pokiwać głową z politowaniem. "Ukraina to sztuczne państwo, zamieszkane w połowie przez Rosjan". "Rosja nie chce niszczyć Ukrainy a tylko uwolnić ją od skorumpowanych rządów banderowców, stanowiących niewielką mniejszość w społeczeństwie", "Większość Ukraińców to banderowcy", "Putin nie chciał tej wojny z bratnim narodem słowiańskim, to USA skłóciło braci Słowian", "Putin broni wartości tradycyjnych przed makdonaldyzacją".
I można by jeszcze długo wymieniać. Jednak to wszystko jakoś tak niemrawo, bez przekonania. Po stronie "europejsko-niemieckiej" również szok, bo cała kilkunastoletnia narracja zbankrutowała. Pojawiają się więc próby racjonalizowania własnej głupoty, łącznie z budowaniem tak absurdalnych konstrukcji, jak tłumaczenie słynnego przemówienia sp. Lecha Kaczyńskiego z 2008 roku z jego przewidywaniem następnych kierunków działań Rosji. Krąży mianowicie po sieci teza, że Lech Kaczyński dlatego mówił o Ukrainie, krajach bałtyckich i Polsce, bo jako agent Putina po prostu dobrze wiedział, jakie są jego plany i sam przyczyniał się do ich realizacji…
Walka propagandowa w pierwszej przynajmniej fazie wojny nie poszła za dobrze stronie agresora, ale to jeszcze nie koniec. Możemy się spodziewać nasilenia działań zmierzających do dyskredytowania naszej armii, sojuszy, rządu, straszenia uchodźcami i innych tego typu akcji. Wojna na informacje to też wojna.
Komentarze
Tȟašúŋke Witkó: Ukraińska buta najbardziej szkodzi samej Ukrainie

Spór o przyszłość cieśniny Ormuz po amerykańskiej wojnie z Iranem

Ukraina chce podwoić tranzyt przez Polskę. Sachajko wskazuje poważne zagrożenia

Ukraiński agrobiznes chce 1,1 mld euro wsparcia dla tranzytu. Polski ekspert krytykuje pomysł

Rosyjski atak na Kijów. Co najmniej sześć osób zabitych i 33 ranne
