IZRAEL: DNI WOJNY
Moje trzy dni w Izraelu swoją intensywnością przewyższały tygodniowe wizyty w innych krajach. Godzin spędzonych w ciężkiej kamizelce kuloodpornej i hełmie nie sposób porównać z tymi, które gdzie indziej spędzałem w siedzibach rządów i parlamentów "tylko" w garniturze.
Gdy tylko wszedłem do hotelu w Tel-Avivie, od razu znalazłem się w tłumie - tyle, że nie turystów, a uchodźców ewakuowanych z terenów atakowanych wcześniej przez Hamas. Przesiedlenie 200 tysięcy ludzi - i znalezienie dla nich lokum - w państwie liczącym nieco ponad 9 milionów obywateli, to doprawdy sztuka. Dziś do Izraela nie przybywają ludzie na wakacje, dlatego też rodakom-uchodźcom oddano do dyspozycji wszystkie istniejące hotele. Mieszkałem więc z rodzinami uchodźców w jednym hotelu, ich psami, kotami i zapewniającymi bezpieczeństwo kobietami-żołnierzami (co zresztą jest izraelską normą, inaczej niż w wielu krajach świata).
W kibucu przylegającym do granicy ze Strefą Gazy, na domach widać ślady po pociskach. Wpuszczają mnie do jednego z nich, w którym mieszkała dziewczyna ze swoim narzeczonym - w przyszłym roku mieli się pobrać. Zginęła w pierwszym dniu palestyńskiej agresji. Damska garderoba, która już nigdy nie będzie użyta…
Po części zniszczone, osmolone domy w kibucu mogę porównać z Ukrainą, gdzie byłem kilka tygodni po agresji Rosji. W Buczy i Irpieniu zniszczenia były znacznie większe niż tu, ale tam front - i bestialstwa z tym związane - już przeszły. Tu , na granicy z "Gaza Strip", słychać coraz bliżej i bliżej bombardowanie, warkot samolotów i helikopterów, a zwłaszcza dobiegające jakby zza węgła serie karabinów maszynowych. Co chwilę też można zobaczyć pióropusz czarnego dymu w Gazie - efekt izraelskiego ostrzału.
Po drodze do Jerozolimy jedziemy na swoisty "cmentarz samochodów" - to spalone i zniszczone w ataku Hamasu auta uczestników festiwalu muzycznego. Zginęło tam 200 osób. Poprzedniego dnia w Tel-Avivie emerytowany generał służb specjalnych mówi nam, że władze, armia i służby były kompletnie zaskoczone atakiem Palestyńczyków. Hamas wszedł jak w masło, wkroczył wiele kilometrów w głąb terytorium Izraela, nie napotykając w zasadzie żadnego oporu. Gdy Palestyńczycy zobaczyli, że nikt im się nie przeciwstawia, za oddziałami Hamasu poszły grupy palestyńskich ochotników ze wszystkimi tego tragicznymi skutkami. Izraelskie elity starały się wyciszać pojawiające się w przestrzeni publicznej wzajemne zarzuty, kto odpowiada za zupełne nieprzygotowanie kraju na ten atak. Jeden z moich rozmówców z obozu władzy mówi mi, że błędem było uznanie, że Palestyńczycy myślą w tych samych kategoriach co Zachód - a więc Izrael, jak to mocno podkreślają. "Daliśmy im pracę, myśląc, że jak będą zarabiali, to zajmą się życiem rodzinnym i stabilizacją. I to był błąd. Im chodzi o coś zupełnie innego niż nam" - słyszę.
Rzecz w tym, że w samym Izraelu nie ma zgody co do tego, jak sobie ułożyć w przyszłości relacje z Palestyńczykami. Rządzący Likud premiera Benjamina Netanjahu mówi w zasadzie wprost: "My albo oni". Brak wiary w jakikolwiek kompromis widać w rozmowach z ministrami gabinetu Netanjahu, który pierwszy raz premierem został… ponad ćwierć wieku temu. Wtedy zresztą go poznałem. Przyjechał do Polski na "Marsz Żywych" do niemieckiego obozu śmierci w Auschwitz. Byłem wtedy najmłodszym ministrem w rządzie Akcji Wyborczej "Solidarność" i Unii Wolności. Ówczesny polski premier Jerzy Buzek i my, członkowie Rady Ministrów szliśmy w tym samym Marszu, co nasi goście z Izraela. Ale nie szliśmy razem. Oni szli osobno, w swoim gronie, my - osobno. To nie był nasz wybór. To była ich decyzja. Trudno mi o niej zapomnieć po latach. Jakże była znamienna.
Od wielu lat mówię to samo: nie będzie trwałego "pokojowego rozwiązania" na Bliskim Wschodzie. Nie da się pogodzić ognia z wodą. Ostatnia wojna, którą tu widziałem tylko mnie w tym utwierdza...
*tekst ukazał się w "Gazecie Bankowej" (grudzień 2023)