Uśmiechnięci dziennikarze na "usługach" władzy? Niewielu ukrywa sympatie partyjne

Z wrogami uśmiechniętej władzy nie zawsze da się po dobroci. Gdy zawodzi pouczenie, ostrzeżenie i nagana, przychodzi czas na twardsze metody. Wtedy zjawiają się dziennikarscy cyngle. Ich fach być może nie przynosi chluby, ale przecież ktoś tę brudną robotę musi wykonać.
Media, kamery, zdjęcie podglądowe
Media, kamery, zdjęcie podglądowe / Pixabay

Czym różni się typowy dziennikarz polityczny od medialnego cyngla? Dziś niewielu redaktorów ukrywa swoje sympatie partyjne, a patrzenie na ręce politykom zarówno własnej, jak i przeciwnej opcji zdarza się niezwykle rzadko. Mimo to stronniczość jednych mieści się w granicach tolerancji publiczności, podczas gdy inni wzbudzają niechęć i za swoją postawę są przez odbiorców sekowani.

Wydaje się, że granicę cynglizmu wyznaczają nieskrywana zła wola oraz ostentacyjny brak zainteresowania prawdą; cynglizm to rodzaj „dziennikarstwa zaangażowanego”, które nawet nie próbuje pełnić funkcji kontrolnej wobec polityków, a od początku ma na celu skompromitowanie i zniszczenie wizerunku człowieka obranego za cel. Dla cyngla przyłapanie wrogiego polityka na kłamstwie, ignorancji czy ujawnienie jakiegoś wstydliwego zakamarka w jego życiorysie staje się budzącym pożądanie Świętym Graalem. I właśnie ta „chuć” najczęściej bywa przyczyną jego zguby.

Niecierpliwy snajper

„Uważam, że dziennikarz, który nie jest empatyczny i ma w sobie jakieś złe zamiary, nie może dobrze opisywać rzeczywistości” – mówił Patryk Michalski w wywiadzie udzielonym portalowi uniwersyteckiemu w 2020 roku. Nie można wykluczyć, że dziennikarz w momencie wypowiadania tych słów rzeczywiście w nie wierzył. Jednak, jak wielu innych, w odpowiednim momencie zmienił swoje zawodowe credo na bardziej opłacalne.

Łatwo wyobrazić sobie typowy wieczór Patryka Michalskiego, kiedy to obmyśla rutynowy plan wywiadu z politykiem. Najpierw kreśli słabe punkty swojego gościa, co do których jest absolutnie pewien; dalej zastanawia się nad tymi, które potencjalnie mogą się okazać słabymi – rozpisuje tropy, chcąc odkryć, czego będzie bała się jego „ofiara”. Rozpoczyna rozpoznanie terytorium – która ze ścieżek okaże się najbardziej obiecująca? Którą warto będzie podążyć, by z wizerunku gościa polało się jak najwięcej medialnej krwi? Dobrze przygotowuje się do polowania, opracowując przy okazji drogi ucieczki na wypadek, gdyby któryś strzał okazał się niecelny. Mapa przeciwnika gotowa; jutro można ruszać na polowanie. 

Gdy Michalski wchodzi na „scenę”, wstępuje w niego chłód, a w jego spojrzeniu widać intensywną analizę. Pozostaje niewzruszony przez całą rozmowę, a swoim stoicyzmem odbiera przeciwnikowi pewność siebie. Trzeba przyznać, że kilkukrotnie mu się poszczęściło, a zwycięstwa odniesione nad takimi medialnymi wygami jak Krzysztof Bosak (z którym wygrał co najmniej dwie konfrontacje) sprawiły, że zasmakował w triumfie i zapragnął więcej. Jednak świdrujący głód kompromatu ostatecznie go zgubił i z dziennikarza budzącego obawy stoczył się w śmieszność.

Do najbardziej widowiskowych wpadek Michalskiego należy publiczne zarzucenie Marlenie Maląg (minister rozwoju i technologii za rządów PiS), że nie potrafi korzystać z telefonu komórkowego, ponieważ ekran jej urządzenia w trakcie prowadzonej rozmowy... był zaciemniony. Ach, gdyby okazało się, że osoba, której powierzono misję cyfryzacji Polski, nie potrafi obchodzić się z popularną „komórką” – cóż to by był za strzał! Niestety, Michalski nie wziął pod uwagę, że zaciemniony ekran nie wyklucza możliwości używania telefonu, co bezlitośnie wytknęli mu internauci.

Nie pierwszy i nie ostatni raz jego dziennikarska „snajperka” wybuchła mu w rękach. Miał też problem z prostym zsumowaniem diet poselskich – tak bardzo chciał udowodnić, że nielubiani przez niego posłowie coś „zachachmęcili” przy zdawaniu sprawozdań majątkowych, że zawiodła go prosta matematyka. Podobnie nie zrozumiał, że będący przeciwnikiem wprowadzenia euro w Polsce Karol Karski może pobierać zapłatę w euro za pracę w Parlamencie Europejskim. Niecierpliwość kolejnych sukcesów sprawiła, że z profesjonalnego zabójcy wizerunków polityków PiS-u i Konfederacji stał się niezwykle skutecznym wizerunkowym samobójcą.

Pusty magazynek 

„Jestem samo dobro” – skromnie przyznała Justyna Dobrosz-Oracz w wywiadzie dla serwisu Pudelek, w którym czasami ujawnia szczegóły swojego życia osobistego. Ta autoprezentacja stanowi klucz do jej głównego deficytu – braku wglądu w siebie i zdolności do autokrytyki. Dobrosz-Oracz domaga się poważnego traktowania, choć całą swoją postawą zdaje się tej powadze zaprzeczać. Zarówno jej ekstrawaganckie, często nieparlamentarne, stylizacje, jak i dobór pytań, które nie tyle „grillują” polityków, co wywołują u nich wyraz politowania. Rzeczywiście, niektórzy adwersarze „przyciśnięci” przez Dobrosz-Oracz wiją się w świetle kamer, ale nie pod naporem celnych, przygważdżających pytań. Powodem ich zakłopotania jest raczej irytacja natrętnym stylem dziennikarki. Do tego dochodzi jej specyficzne poczucie estetyki – odważne kreacje, które w zamyśle miały podkreślać jej walory, a wzbudzają raczej zażenowanie. 

Swoje naturalne ograniczenia pani Justyna próbuje zamaskować w autorskim programie telewizyjnym, gdzie z pomocą przychodzą jej „nożyce” montażysty. Przerwanie odpowiedzi rozmówcy w odpowiednim momencie może stworzyć iluzję, że został zapędzony w kozi róg. Są to jednak chwyty niskich lotów, dostrzegalne dla każdego widza, który nie zapisał się do grona oddanych fanów pani Justyny. Innym, równie prymitywnym sposobem jest zasypywanie polityków stertą dziwacznych zarzutów z nadzieją, że choć jeden z nich „przyklei się” do celu – przykładem jest choćby sugestia, że minister Przemysław Czarnek może serio myśleć o wprowadzeniu państwowego zakazu seksu dla przyjemności. Problem polega na tym, że Dobrosz-Oracz nie stosuje techniki obrzucania błotem zbyt sprawnie. Wychodzi bowiem z założenia, że jej przeciwnicy są bardziej nierozgarnięci od niej, co rzadko znajduje potwierdzenie w rzeczywistości. Posługiwanie się karykaturami poglądów swoich oponentów może być skuteczne w czarnej propagandzie, ale jeśli samemu uwierzy się w ich treść, łatwo można postrzelić się we własną stopę. W przeciwieństwie do Patryka Michalskiego, który mimo swoich wpadek potrafi być groźny, Justyna Dobrosz-Oracz stanowi raczej obciążenie dla „gwardii uśmiechu”. Ale... kto wie – może kiedyś, biegając po sejmowych korytarzach, trafi na niedyspozycję polityka opozycji i zdobędzie wreszcie upragniony kompromat?

„Wolność wiodąca lud na barykady”

„To jasne, że mam wyrobione poglądy polityczne. Ale zostawiam je w domu” – mówiła Dorota Wysocka-Schnepf w 2007 roku w wywiadzie dla „Dziennika”. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. „Pani Ambasadorowa” odkryła, że nic na świecie nie jest moralnie neutralne – dlaczego więc dziennikarstwo miałoby być wyjątkiem?

Do swojej nowej roli w niezależnej stacji telewizyjnej przygotowywała się długo. Jeszcze niedawno ścigała zbrodniarzy wojennych na Kostaryce, a dziś nabyte wówczas umiejętności może wykorzystać w ściganiu „zbrodniarzy przeciw wolności i demokracji” w Polsce. W jej kodeksie moralnym nie ma miejsca na paktowanie ze złem, co podkreśla tytuł jej programu: „Rozmowy niesymetryczne”. Dla wielu widzów tego cyklu oddana twarz prowadzącej symbolizuje odnowę moralną „odzyskanych” mediów publicznych, a posągowość urody – wzniosłość idei walki z autokracją. W przeciwieństwie do wielu medialnych cyngli nie jest bowiem cyniczną najemniczką, lecz osobą konsekwentną i ideową. Cechuje się też ponadprzeciętną „czujnością rewolucyjną” – jest przekonana, że zdrajca może być bliżej, niż się wydaje, również w rządzącej koalicji. 

Podstawową metodą, którą stosuje „Pani Ambasadorowa”, jest budowanie w widzach moralnego wzmożenia. Nie boi się sugerować, że warto oddać życie w walce z „kaczyzmem” (jak w rozmowie z żoną samobójcy Piotra Szczęsnego w Dzień Zaduszny), ani udzielać głosu „represjonowanym” przez poprzedni reżim, takim jak Arkadiusz Szczurek czy Maciej Maleńczuk. To ona jako jedyna sięgnęła po tych „świadków historii”, którzy dziś tworzą „panteon bohaterów walki z autorytaryzmem”. Wysocka-Schnepf ewidentnie wierzy w swój wkład w walkę o „wolny świat”, co czyni ją zdolną do jeszcze większych poświęceń niż postaci wcześniej wspomniane. Byłoby to zabawne, gdyby ofiarą nie stała się dziennikarska etyka. 

Droga do reżimowego cyngla

Jak widzimy, wybranie przez dziennikarza drogi reżimowego cyngla może wynikać z różnych pobudek: chciwości, zemsty, żądzy sławy, ale i... przekonania o konieczności powstrzymania zła za wszelką cenę. Niezależnie od motywu utrata powszechnego szacunku przez taką osobę wydaje się naturalnym sposobem obrony społeczeństwa przed przesuwaniem kolejnych granic moralnych w walce politycznej. Pamiętać należy o tym szczególnie w kontekście władzy, której sztandarowym hasłem jest dialog, miłość i odbudowa wspólnoty.


 

POLECANE
Tragiczny wypadek na Mazowszu. Nie żyje trzech pacjentów jadących na dializy z ostatniej chwili
Tragiczny wypadek na Mazowszu. Nie żyje trzech pacjentów jadących na dializy

Poranek na Mazowszu przyniósł dramatyczne informacje. W miejscowości Chyliny doszło do śmiertelnego wypadku z udziałem busa przewożącego pacjentów na dializy. Zginęły trzy osoby. Na miejscu pracują służby pod nadzorem prokuratora, a droga pozostaje zablokowana.

Komunikat Straży Granicznej. Pilne doniesienia z granicy z ostatniej chwili
Komunikat Straży Granicznej. Pilne doniesienia z granicy

Straż Graniczna publikuje raporty dotyczące wydarzeń na polskiej granicy z Białorusią. Ponadto zaraportowano także o sytuacji na granicy z Litwą i Niemcami w związku z przywróceniem na nich tymczasowych kontroli.

Niemcy sparaliżowane. Strajk transportu publicznego w 150 miastach z ostatniej chwili
Niemcy sparaliżowane. Strajk transportu publicznego w 150 miastach

Strajk ostrzegawczy pracowników transportu publicznego sparaliżował w poniedziałek 150 miast w niemal całych Niemczech. Protest związku zawodowego Verdi ma zwiększyć presję w trwających negocjacjach płacowych dotyczących prawie 100 tys. pracowników.

Waldemar Żurek złamał przepisy. Jest decyzja policji z ostatniej chwili
Waldemar Żurek złamał przepisy. Jest decyzja policji

Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek zrzekł się immunitetu i zgodził się przyjąć mandat karny – poinformowała w poniedziałek Komenda Wojewódzka Policji w Krakowie.

TVN kontra szef Telewizji Republika. Sąd zdecydował z ostatniej chwili
TVN kontra szef Telewizji Republika. Sąd zdecydował

Szef Telewizji Republika wygrał w sądzie z TVN Warner Bros. Discovery.

Nie żyje Adam Borejko. Został odnaleziony martwy w hotelu z ostatniej chwili
Nie żyje Adam Borejko. Został odnaleziony martwy w hotelu

Polski podróżnik Adam Borejko został znaleziony martwy w hotelu w Chandydze w Jakucji. Informację podał rosyjski serwis sakhaday.ru.

Krzysztof Bosak został ojcem po raz czwarty. Zdradził płeć dziecka z ostatniej chwili
Krzysztof Bosak został ojcem po raz czwarty. Zdradził płeć dziecka

Poseł Konfederacji Krzysztof Bosak został po raz czwarty ojcem. – Żona czuje się bardzo dobrze. Wczoraj odebrałem żonę i synka ze szpitala – powiedział na antenie Radia ZET.

Obowiązek czipowania psów. Wiadomo, ile będzie kosztować z ostatniej chwili
Obowiązek czipowania psów. Wiadomo, ile będzie kosztować

Po aferze ze schroniskami znalazły się pieniądze na Krajowy Rejestr Oznakowania Psów i Kotów. MRiRW deklaruje, że pokryje większość kosztów związanych z uruchomieniem i utrzymaniem KROPiK. Łącznie to ponad 130 mln zł w ciągu 10 lat – informuje w poniedziałkowym wydaniu "Dziennik Gazeta Prawna".

IMGW wydał komunikat. Oto co nas czeka w najbliższych dniach z ostatniej chwili
IMGW wydał komunikat. Oto co nas czeka w najbliższych dniach

Polska znajduje się pod wpływem wyżu znad Finlandii, w masie powietrza arktycznego. W poniedziałek mróz do minus 19 st. C, a w nocy nawet do minus 27 st. C. We wtorek nadal zimno, miejscami słaby śnieg i marznące mgły – informuje IMGW.

GIS wydał nowy komunikat. Na ten produkt trzeba uważać Wiadomości
GIS wydał nowy komunikat. Na ten produkt trzeba uważać

Główny Inspektorat Sanitarny wydał pilne ostrzeżenie dla wszystkich, którzy kupili kolorowe szklanki z motywem kwiatów.

REKLAMA

Uśmiechnięci dziennikarze na "usługach" władzy? Niewielu ukrywa sympatie partyjne

Z wrogami uśmiechniętej władzy nie zawsze da się po dobroci. Gdy zawodzi pouczenie, ostrzeżenie i nagana, przychodzi czas na twardsze metody. Wtedy zjawiają się dziennikarscy cyngle. Ich fach być może nie przynosi chluby, ale przecież ktoś tę brudną robotę musi wykonać.
Media, kamery, zdjęcie podglądowe
Media, kamery, zdjęcie podglądowe / Pixabay

Czym różni się typowy dziennikarz polityczny od medialnego cyngla? Dziś niewielu redaktorów ukrywa swoje sympatie partyjne, a patrzenie na ręce politykom zarówno własnej, jak i przeciwnej opcji zdarza się niezwykle rzadko. Mimo to stronniczość jednych mieści się w granicach tolerancji publiczności, podczas gdy inni wzbudzają niechęć i za swoją postawę są przez odbiorców sekowani.

Wydaje się, że granicę cynglizmu wyznaczają nieskrywana zła wola oraz ostentacyjny brak zainteresowania prawdą; cynglizm to rodzaj „dziennikarstwa zaangażowanego”, które nawet nie próbuje pełnić funkcji kontrolnej wobec polityków, a od początku ma na celu skompromitowanie i zniszczenie wizerunku człowieka obranego za cel. Dla cyngla przyłapanie wrogiego polityka na kłamstwie, ignorancji czy ujawnienie jakiegoś wstydliwego zakamarka w jego życiorysie staje się budzącym pożądanie Świętym Graalem. I właśnie ta „chuć” najczęściej bywa przyczyną jego zguby.

Niecierpliwy snajper

„Uważam, że dziennikarz, który nie jest empatyczny i ma w sobie jakieś złe zamiary, nie może dobrze opisywać rzeczywistości” – mówił Patryk Michalski w wywiadzie udzielonym portalowi uniwersyteckiemu w 2020 roku. Nie można wykluczyć, że dziennikarz w momencie wypowiadania tych słów rzeczywiście w nie wierzył. Jednak, jak wielu innych, w odpowiednim momencie zmienił swoje zawodowe credo na bardziej opłacalne.

Łatwo wyobrazić sobie typowy wieczór Patryka Michalskiego, kiedy to obmyśla rutynowy plan wywiadu z politykiem. Najpierw kreśli słabe punkty swojego gościa, co do których jest absolutnie pewien; dalej zastanawia się nad tymi, które potencjalnie mogą się okazać słabymi – rozpisuje tropy, chcąc odkryć, czego będzie bała się jego „ofiara”. Rozpoczyna rozpoznanie terytorium – która ze ścieżek okaże się najbardziej obiecująca? Którą warto będzie podążyć, by z wizerunku gościa polało się jak najwięcej medialnej krwi? Dobrze przygotowuje się do polowania, opracowując przy okazji drogi ucieczki na wypadek, gdyby któryś strzał okazał się niecelny. Mapa przeciwnika gotowa; jutro można ruszać na polowanie. 

Gdy Michalski wchodzi na „scenę”, wstępuje w niego chłód, a w jego spojrzeniu widać intensywną analizę. Pozostaje niewzruszony przez całą rozmowę, a swoim stoicyzmem odbiera przeciwnikowi pewność siebie. Trzeba przyznać, że kilkukrotnie mu się poszczęściło, a zwycięstwa odniesione nad takimi medialnymi wygami jak Krzysztof Bosak (z którym wygrał co najmniej dwie konfrontacje) sprawiły, że zasmakował w triumfie i zapragnął więcej. Jednak świdrujący głód kompromatu ostatecznie go zgubił i z dziennikarza budzącego obawy stoczył się w śmieszność.

Do najbardziej widowiskowych wpadek Michalskiego należy publiczne zarzucenie Marlenie Maląg (minister rozwoju i technologii za rządów PiS), że nie potrafi korzystać z telefonu komórkowego, ponieważ ekran jej urządzenia w trakcie prowadzonej rozmowy... był zaciemniony. Ach, gdyby okazało się, że osoba, której powierzono misję cyfryzacji Polski, nie potrafi obchodzić się z popularną „komórką” – cóż to by był za strzał! Niestety, Michalski nie wziął pod uwagę, że zaciemniony ekran nie wyklucza możliwości używania telefonu, co bezlitośnie wytknęli mu internauci.

Nie pierwszy i nie ostatni raz jego dziennikarska „snajperka” wybuchła mu w rękach. Miał też problem z prostym zsumowaniem diet poselskich – tak bardzo chciał udowodnić, że nielubiani przez niego posłowie coś „zachachmęcili” przy zdawaniu sprawozdań majątkowych, że zawiodła go prosta matematyka. Podobnie nie zrozumiał, że będący przeciwnikiem wprowadzenia euro w Polsce Karol Karski może pobierać zapłatę w euro za pracę w Parlamencie Europejskim. Niecierpliwość kolejnych sukcesów sprawiła, że z profesjonalnego zabójcy wizerunków polityków PiS-u i Konfederacji stał się niezwykle skutecznym wizerunkowym samobójcą.

Pusty magazynek 

„Jestem samo dobro” – skromnie przyznała Justyna Dobrosz-Oracz w wywiadzie dla serwisu Pudelek, w którym czasami ujawnia szczegóły swojego życia osobistego. Ta autoprezentacja stanowi klucz do jej głównego deficytu – braku wglądu w siebie i zdolności do autokrytyki. Dobrosz-Oracz domaga się poważnego traktowania, choć całą swoją postawą zdaje się tej powadze zaprzeczać. Zarówno jej ekstrawaganckie, często nieparlamentarne, stylizacje, jak i dobór pytań, które nie tyle „grillują” polityków, co wywołują u nich wyraz politowania. Rzeczywiście, niektórzy adwersarze „przyciśnięci” przez Dobrosz-Oracz wiją się w świetle kamer, ale nie pod naporem celnych, przygważdżających pytań. Powodem ich zakłopotania jest raczej irytacja natrętnym stylem dziennikarki. Do tego dochodzi jej specyficzne poczucie estetyki – odważne kreacje, które w zamyśle miały podkreślać jej walory, a wzbudzają raczej zażenowanie. 

Swoje naturalne ograniczenia pani Justyna próbuje zamaskować w autorskim programie telewizyjnym, gdzie z pomocą przychodzą jej „nożyce” montażysty. Przerwanie odpowiedzi rozmówcy w odpowiednim momencie może stworzyć iluzję, że został zapędzony w kozi róg. Są to jednak chwyty niskich lotów, dostrzegalne dla każdego widza, który nie zapisał się do grona oddanych fanów pani Justyny. Innym, równie prymitywnym sposobem jest zasypywanie polityków stertą dziwacznych zarzutów z nadzieją, że choć jeden z nich „przyklei się” do celu – przykładem jest choćby sugestia, że minister Przemysław Czarnek może serio myśleć o wprowadzeniu państwowego zakazu seksu dla przyjemności. Problem polega na tym, że Dobrosz-Oracz nie stosuje techniki obrzucania błotem zbyt sprawnie. Wychodzi bowiem z założenia, że jej przeciwnicy są bardziej nierozgarnięci od niej, co rzadko znajduje potwierdzenie w rzeczywistości. Posługiwanie się karykaturami poglądów swoich oponentów może być skuteczne w czarnej propagandzie, ale jeśli samemu uwierzy się w ich treść, łatwo można postrzelić się we własną stopę. W przeciwieństwie do Patryka Michalskiego, który mimo swoich wpadek potrafi być groźny, Justyna Dobrosz-Oracz stanowi raczej obciążenie dla „gwardii uśmiechu”. Ale... kto wie – może kiedyś, biegając po sejmowych korytarzach, trafi na niedyspozycję polityka opozycji i zdobędzie wreszcie upragniony kompromat?

„Wolność wiodąca lud na barykady”

„To jasne, że mam wyrobione poglądy polityczne. Ale zostawiam je w domu” – mówiła Dorota Wysocka-Schnepf w 2007 roku w wywiadzie dla „Dziennika”. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. „Pani Ambasadorowa” odkryła, że nic na świecie nie jest moralnie neutralne – dlaczego więc dziennikarstwo miałoby być wyjątkiem?

Do swojej nowej roli w niezależnej stacji telewizyjnej przygotowywała się długo. Jeszcze niedawno ścigała zbrodniarzy wojennych na Kostaryce, a dziś nabyte wówczas umiejętności może wykorzystać w ściganiu „zbrodniarzy przeciw wolności i demokracji” w Polsce. W jej kodeksie moralnym nie ma miejsca na paktowanie ze złem, co podkreśla tytuł jej programu: „Rozmowy niesymetryczne”. Dla wielu widzów tego cyklu oddana twarz prowadzącej symbolizuje odnowę moralną „odzyskanych” mediów publicznych, a posągowość urody – wzniosłość idei walki z autokracją. W przeciwieństwie do wielu medialnych cyngli nie jest bowiem cyniczną najemniczką, lecz osobą konsekwentną i ideową. Cechuje się też ponadprzeciętną „czujnością rewolucyjną” – jest przekonana, że zdrajca może być bliżej, niż się wydaje, również w rządzącej koalicji. 

Podstawową metodą, którą stosuje „Pani Ambasadorowa”, jest budowanie w widzach moralnego wzmożenia. Nie boi się sugerować, że warto oddać życie w walce z „kaczyzmem” (jak w rozmowie z żoną samobójcy Piotra Szczęsnego w Dzień Zaduszny), ani udzielać głosu „represjonowanym” przez poprzedni reżim, takim jak Arkadiusz Szczurek czy Maciej Maleńczuk. To ona jako jedyna sięgnęła po tych „świadków historii”, którzy dziś tworzą „panteon bohaterów walki z autorytaryzmem”. Wysocka-Schnepf ewidentnie wierzy w swój wkład w walkę o „wolny świat”, co czyni ją zdolną do jeszcze większych poświęceń niż postaci wcześniej wspomniane. Byłoby to zabawne, gdyby ofiarą nie stała się dziennikarska etyka. 

Droga do reżimowego cyngla

Jak widzimy, wybranie przez dziennikarza drogi reżimowego cyngla może wynikać z różnych pobudek: chciwości, zemsty, żądzy sławy, ale i... przekonania o konieczności powstrzymania zła za wszelką cenę. Niezależnie od motywu utrata powszechnego szacunku przez taką osobę wydaje się naturalnym sposobem obrony społeczeństwa przed przesuwaniem kolejnych granic moralnych w walce politycznej. Pamiętać należy o tym szczególnie w kontekście władzy, której sztandarowym hasłem jest dialog, miłość i odbudowa wspólnoty.



 

Polecane