[tylko u nas] prof. Wróblewski: Trump stosuje politykę szantażu. Europejczycy stają się zakładnikiem
![[tylko u nas] prof. Wróblewski: Trump stosuje politykę szantażu. Europejczycy stają się zakładnikiem](https://tysol.pl/storage/files/2026/3/1/bdd75c82-fd6f-44fa-98c0-d0068cb088e8/21538.jpg?p=article_hero_mobile)
W kwaterze głównej NATO w Brukseli rozpoczyna się dzisiaj dwudniowy szczyt Sojuszu Północnoatlantyckiego. Najważniejszym tematem będzie zwiększenie wydatków na obronność przez kraje członkowskie, a także wzmacnianie bezpieczeństwa w Europie. W szczycie biorą udział m.in. prezydent Polski Andrzej Duda i prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump. O komentarz w tej sprawie poprosiliśmy prof. Artura Wróblewskiego, eksperta ds. międzynarodowych i wykładowcę z uczelni Łazarskiego. Rozmawiał Robert Wąsik.
Wygląda na to, że atmosfera przed tegorocznym szczytem NATO jest bardzo mocno napięta…
Dzieje się tak, ponieważ podczas ostatniego spotkania G7 w Quebecu (Kanada) doszło do kłótni wśród sojuszników. Prezydent Trump wyjechał pośpiesznie z tego spotkania i nie podpisał deklaracji końcowej. Spór toczył się wokół taryf celnych, które USA jednostronnie nałożyły na swoich sojuszników, czyli Kanadę, ale również Meksyk, Unię Europejską, czyli sojuszników z Paktu Północnoatlantyckiego. Zaczynając tę wojnę taryfową, Trump w pewnym sensie rozpoczął wojnę handlową. Trudno to jednak pogodzić ze współpracą polityczno-wojskową, opartą na zasadzie obrony kolektywnej, która wpisana jest w artykuł 5. traktatu północnoatlantyckiego, mówiący o tym, że w razie zagrożenia jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Współpraca polityczno-wojskowa wymaga również współpracy handlowej, a nie wojny handlowej czy celnej, którą obecnie widzimy. Zatem stosunki są napięte i powstaje pytanie, dlaczego Trump stawia sprawy na ostrzu noża.
No właśnie. Dlaczego?
Być może Trump jako transactional president, czyli osoba, która ma mentalność biznesmena i uważa siebie za wybitnego negocjatora, próbuje w pewnym sensie przenieść te swoje nawyki ze świata biznesu do polityki. I poprzez pewne groźby usiłuje wymusić na NATO obowiązek, który państwa natowskie podjęły we wrześniu 2014 roku, w czasie spotkania w Walii, żeby płacić 2% swojego PKB na obronność. A przy okazji chce też ugrać dla USA bardziej korzystne warunki handlowe z Europą, czyli chce upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Pamiętajmy jednak, że zobowiązanie o progu 2% PKB było powzięte na 10 lat, czyli te 2% mają być osiągnięte do 2024 roku. Jednak chociażby Niemcy już zapowiedziały, że do 2024 roku podniosą wydatki na obronność, ale tylko do poziomu 1,5% PKB. W chwili obecnej wydają 1,2%. Dlatego też w czasie spotkania w Quebec City prezydent Trump miał w ostrych słowach przemawiać do Angeli Merkel mówiąc, że to na niej spoczywa obowiązek wywiązania się z tego zobowiązania, ponieważ to ona jest liderem, na którym wzorują się inne państwa europejskie. Trump twierdzi, że Ameryka nie jest taką piggy bank, czyli "świnką-skarbonką", z której można czerpać pieniądze i która przyjdzie zawsze z pomocą.
Kraje europejskie jednak w ostatnich latach znacząco podniosły wydatki na obronność.
Rzeczywiście, w ciągu ostatnich 4 lat, od tego szczytu NATO w 2014 roku, państwa europejskie wydały 80 miliardów dolarów więcej na obronność. Ogólnie państwa europejskie rocznie przeznaczają około 250 miliardów na ten cel. Może wydawać się to dużo, jednak kiedy popatrzymy na budżet wojskowy Stanów Zjednoczonych, który wynosi w tym roku ponad 700 miliardów... Ameryka ewidentnie wiedzie prym, wydając ponad 4% swojego PKB na obronność.
#NOWA_STRONA#
A jak te wydatki przedstawiają się w innych krajach NATO?
Mamy tutaj pozytywny trend - w zeszłym roku z 28 państw natowskich tylko pięć krajów wydawało 2% PKB na obronność. Była to m.in Wielka Brytania, Polska i Grecja. Natomiast w tym roku, na 29 państw (szeregi NATO zasiliła Czarnogóra) już 8 państw ma wydać 2% PKB. Jednak Niemcy, które są najsilniejszym państwem, pewnym wzorcem, zamierzają wydawać nie więcej niż 1,5% do 2024 roku. Ponadto pogrąża ich raport specjalny na temat Bundeswehry, ogłoszony w Bundestagu na początku tego roku. Wg. tego raportu żaden z sześciu podwodnych okrętów niemieckich nie działał, nie działały samoloty transportowe A-400M, jak również wiele innego sprzętu, a w korpusie oficerskim jest ponad 20 000 wakatów. Uznano za fikcję stworzenie dwóch nowych dywizji z pięcioma brygdami pancernymi w Niemczech do 2032 r..
Jaki ma to wpływ na bezpieczeństwo Sojuszu?
Niemiecka armia jest niedofinansowana, a to może oznaczać, że również nie będzie w gotowości dostarczyć żołnierzy do tzw. Very High Readiness Joint Task Force. To są połączone siły wysokiej gotowości, działające w ramach sił szybkiego reagowania NATO, tzw. szpica natowska, którą znamy, bo stacjonuje w państwach bałtyckich, także w Polsce jako tzw. batalionowe grupy bojowe. Jeśli niemieckie oddziały nie będą odpowiednio dofinansowane, to w pewnym sensie ta szpica NATO będzie fikcją. A ona powstała po wrześniu 2014 roku, czyli po agresji na Krymie i rozpoczęciu przez Rosjan wojny hybrydowej na Ukrainie. Wszystkie te czynniki powodują, że sytuacja jest napięta i istnieje obawa, że to spotkanie natowskie w Brukseli będzie pełne afrontów, nerwów, a atmosfera będzie zła.
Natomiast 16 lipca, czyli chwilę po szczycie NATO, Donald Trump jedzie do Helsinek. Spotkać się z Władimirem Putinem.
Będzie to wyglądało podobnie, jak spotkanie z Kim Dzong Unem - pełne kurtuazji, poklepywania i ciepłych gestów. Istnieje niebezpieczeństwo, że Putin rozegra po swojemu Trumpa, korzystając z tego, że Trump w tej chwili otworzył konflikty w ramach sojuszu NATO i G7. Pamiętajmy, czym było poprzedzone spotkanie z Putinem: telefonem, który Donald Trump wykonał po zwycięstwie Putina w wyborach prezydenckich 20 marca br. A wiemy, że wybory prezydenckie w Rosji nie spełniają wymogów demokratycznego państwa, ponieważ opozycja jest po prostu prześladowana. Doradcy Trumpa podobno odradzali mu dzwonienie z gratulacjami.
#NOWA_STRONA#
On sobie nic z tego jednak nie zrobił. Czy takie zachowanie Donalda Trumpa można odczytać jako pewną prowokację w stronę sojuszników z Europy?
Wydaje się, że jest to może nie prowokacja, lecz działanie zgodne z paradygmatem realizmu politycznego. Donald Trump i jego zaufani doradcy - John Bolton i Mike Pompeo - realizują politykę opartą na promowaniu przede wszystkim własnego interesu narodowego, a także, poprzez rozgrywanie innych krajów, równoważenie różnych wpływów. W stosunkach międzynarodowych możemy mieć idealistyczny model prowadzenia polityki, jak niegdyś za czasów prezydenta Wilsona, Cartera, czy Obamy, który dostał nawet pokojową nagrodę Nobla, albo styl realizmu politycznego, w stylu XIX-wiecznej polityki równowagi sił. Tak było za czasów Metternicha i Bismarcka w Europie, czy w XX wieku taką politykę uprawiał Richard Nixon.
Jak wygląda prowadzenie takiej polityki w praktyce?
Wydaje się, że Trump zaczął prowadzić politykę równowagi sił, tzn. żeby równoważyć wpływy niemieckie innymi wpływami, nawet polskimi. Choćby przez groźbę, że przerzuci 35 tys. żołnierzy amerykańskich stacjonujących w Niemczech do Polski. Widzimy zresztą, że Amerykanie przerzucili już dowództwo szczebla dywizyjnego do działań w Europie z Baumholder do Poznania, jako ośrodka dowodzenia w ramach operacji Atlantic Resolve, czyli działań odstraszających Rosję. Z kolei innym elementem tej strategii może być rozgrywanie UE, ale również i Chin. Trump próbuje ocieplić stosunki z Rosją Putina, żeby w pewnym sensie zaszachować Chiny, które nie chcą zbliżenia Rosji i USA, bo chociaż Rosja jest partnerem, to przede wszystkim jest konkurentem dla chińskich wpływów w rejonie Azji i coraz bardziej i w innych częściach świata.
Co Pan ma na myśli mówiąc o "rozgrywaniu" UE przez Trumpa?
Niestety Trump postrzega w ten sposób również Unię Europejską; nawiązuje bliższe stosunki z Rosją, żeby wymusić na Europejczykach niższe bariery celne dla produktów amerykańskich, lepsze warunki handlowe, zakupy amerykańskiego gazu i ropy czy też większe wydatki na obronność. Czyli stosuje w pewnym sensie politykę szantażu, Europejczycy stają się trochę zakładnikiem tego, co prezydent USA zrobi z Putinem. Wydaje się, że Trump całkowicie odszedł od paradygmatu idealizmu w polityce zagranicznej. Mamy powrót do polityki równoważenia Pekinu, Moskwy, Brukseli, czyli przypomina to trochę politykę Richarda Nixona z początku lat 1970-tych. Tylko że Nixon nigdy nie wykorzystywał polityki amerykańskiej do grożenia, czy rozgrywania europejskich sojuszników NATO ani grożenia Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej (EWG). Tutaj mamy odejście od pewnego konsensusu polityki transatlantyckiej, który istnieje od 1949 roku, czyli od czasu powstania Sojuszu Północnoatlantyckiego. Z drugiej strony pamiętajmy, że bywały już "kłótnie w rodzinie" i przedtem. Warto przypomnieć chociażby napięcia między Francją, Wielką Brytanią i USA w czasie kryzysu sueskiego w 1956 r., wyjście Francji ze struktur wojskowych NATO w 1963, czy też różnice zdań wokół interwencji w Iraku w 2002 r. między USA, Francją i Niemcami.
Dzieje się tak, ponieważ podczas ostatniego spotkania G7 w Quebecu (Kanada) doszło do kłótni wśród sojuszników. Prezydent Trump wyjechał pośpiesznie z tego spotkania i nie podpisał deklaracji końcowej. Spór toczył się wokół taryf celnych, które USA jednostronnie nałożyły na swoich sojuszników, czyli Kanadę, ale również Meksyk, Unię Europejską, czyli sojuszników z Paktu Północnoatlantyckiego. Zaczynając tę wojnę taryfową, Trump w pewnym sensie rozpoczął wojnę handlową. Trudno to jednak pogodzić ze współpracą polityczno-wojskową, opartą na zasadzie obrony kolektywnej, która wpisana jest w artykuł 5. traktatu północnoatlantyckiego, mówiący o tym, że w razie zagrożenia jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Współpraca polityczno-wojskowa wymaga również współpracy handlowej, a nie wojny handlowej czy celnej, którą obecnie widzimy. Zatem stosunki są napięte i powstaje pytanie, dlaczego Trump stawia sprawy na ostrzu noża.
No właśnie. Dlaczego?
Być może Trump jako transactional president, czyli osoba, która ma mentalność biznesmena i uważa siebie za wybitnego negocjatora, próbuje w pewnym sensie przenieść te swoje nawyki ze świata biznesu do polityki. I poprzez pewne groźby usiłuje wymusić na NATO obowiązek, który państwa natowskie podjęły we wrześniu 2014 roku, w czasie spotkania w Walii, żeby płacić 2% swojego PKB na obronność. A przy okazji chce też ugrać dla USA bardziej korzystne warunki handlowe z Europą, czyli chce upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Pamiętajmy jednak, że zobowiązanie o progu 2% PKB było powzięte na 10 lat, czyli te 2% mają być osiągnięte do 2024 roku. Jednak chociażby Niemcy już zapowiedziały, że do 2024 roku podniosą wydatki na obronność, ale tylko do poziomu 1,5% PKB. W chwili obecnej wydają 1,2%. Dlatego też w czasie spotkania w Quebec City prezydent Trump miał w ostrych słowach przemawiać do Angeli Merkel mówiąc, że to na niej spoczywa obowiązek wywiązania się z tego zobowiązania, ponieważ to ona jest liderem, na którym wzorują się inne państwa europejskie. Trump twierdzi, że Ameryka nie jest taką piggy bank, czyli "świnką-skarbonką", z której można czerpać pieniądze i która przyjdzie zawsze z pomocą.
Kraje europejskie jednak w ostatnich latach znacząco podniosły wydatki na obronność.
Rzeczywiście, w ciągu ostatnich 4 lat, od tego szczytu NATO w 2014 roku, państwa europejskie wydały 80 miliardów dolarów więcej na obronność. Ogólnie państwa europejskie rocznie przeznaczają około 250 miliardów na ten cel. Może wydawać się to dużo, jednak kiedy popatrzymy na budżet wojskowy Stanów Zjednoczonych, który wynosi w tym roku ponad 700 miliardów... Ameryka ewidentnie wiedzie prym, wydając ponad 4% swojego PKB na obronność.
#NOWA_STRONA#
A jak te wydatki przedstawiają się w innych krajach NATO?
Mamy tutaj pozytywny trend - w zeszłym roku z 28 państw natowskich tylko pięć krajów wydawało 2% PKB na obronność. Była to m.in Wielka Brytania, Polska i Grecja. Natomiast w tym roku, na 29 państw (szeregi NATO zasiliła Czarnogóra) już 8 państw ma wydać 2% PKB. Jednak Niemcy, które są najsilniejszym państwem, pewnym wzorcem, zamierzają wydawać nie więcej niż 1,5% do 2024 roku. Ponadto pogrąża ich raport specjalny na temat Bundeswehry, ogłoszony w Bundestagu na początku tego roku. Wg. tego raportu żaden z sześciu podwodnych okrętów niemieckich nie działał, nie działały samoloty transportowe A-400M, jak również wiele innego sprzętu, a w korpusie oficerskim jest ponad 20 000 wakatów. Uznano za fikcję stworzenie dwóch nowych dywizji z pięcioma brygdami pancernymi w Niemczech do 2032 r..
Jaki ma to wpływ na bezpieczeństwo Sojuszu?
Niemiecka armia jest niedofinansowana, a to może oznaczać, że również nie będzie w gotowości dostarczyć żołnierzy do tzw. Very High Readiness Joint Task Force. To są połączone siły wysokiej gotowości, działające w ramach sił szybkiego reagowania NATO, tzw. szpica natowska, którą znamy, bo stacjonuje w państwach bałtyckich, także w Polsce jako tzw. batalionowe grupy bojowe. Jeśli niemieckie oddziały nie będą odpowiednio dofinansowane, to w pewnym sensie ta szpica NATO będzie fikcją. A ona powstała po wrześniu 2014 roku, czyli po agresji na Krymie i rozpoczęciu przez Rosjan wojny hybrydowej na Ukrainie. Wszystkie te czynniki powodują, że sytuacja jest napięta i istnieje obawa, że to spotkanie natowskie w Brukseli będzie pełne afrontów, nerwów, a atmosfera będzie zła.
Natomiast 16 lipca, czyli chwilę po szczycie NATO, Donald Trump jedzie do Helsinek. Spotkać się z Władimirem Putinem.
Będzie to wyglądało podobnie, jak spotkanie z Kim Dzong Unem - pełne kurtuazji, poklepywania i ciepłych gestów. Istnieje niebezpieczeństwo, że Putin rozegra po swojemu Trumpa, korzystając z tego, że Trump w tej chwili otworzył konflikty w ramach sojuszu NATO i G7. Pamiętajmy, czym było poprzedzone spotkanie z Putinem: telefonem, który Donald Trump wykonał po zwycięstwie Putina w wyborach prezydenckich 20 marca br. A wiemy, że wybory prezydenckie w Rosji nie spełniają wymogów demokratycznego państwa, ponieważ opozycja jest po prostu prześladowana. Doradcy Trumpa podobno odradzali mu dzwonienie z gratulacjami.
#NOWA_STRONA#
On sobie nic z tego jednak nie zrobił. Czy takie zachowanie Donalda Trumpa można odczytać jako pewną prowokację w stronę sojuszników z Europy?
Wydaje się, że jest to może nie prowokacja, lecz działanie zgodne z paradygmatem realizmu politycznego. Donald Trump i jego zaufani doradcy - John Bolton i Mike Pompeo - realizują politykę opartą na promowaniu przede wszystkim własnego interesu narodowego, a także, poprzez rozgrywanie innych krajów, równoważenie różnych wpływów. W stosunkach międzynarodowych możemy mieć idealistyczny model prowadzenia polityki, jak niegdyś za czasów prezydenta Wilsona, Cartera, czy Obamy, który dostał nawet pokojową nagrodę Nobla, albo styl realizmu politycznego, w stylu XIX-wiecznej polityki równowagi sił. Tak było za czasów Metternicha i Bismarcka w Europie, czy w XX wieku taką politykę uprawiał Richard Nixon.
Jak wygląda prowadzenie takiej polityki w praktyce?
Wydaje się, że Trump zaczął prowadzić politykę równowagi sił, tzn. żeby równoważyć wpływy niemieckie innymi wpływami, nawet polskimi. Choćby przez groźbę, że przerzuci 35 tys. żołnierzy amerykańskich stacjonujących w Niemczech do Polski. Widzimy zresztą, że Amerykanie przerzucili już dowództwo szczebla dywizyjnego do działań w Europie z Baumholder do Poznania, jako ośrodka dowodzenia w ramach operacji Atlantic Resolve, czyli działań odstraszających Rosję. Z kolei innym elementem tej strategii może być rozgrywanie UE, ale również i Chin. Trump próbuje ocieplić stosunki z Rosją Putina, żeby w pewnym sensie zaszachować Chiny, które nie chcą zbliżenia Rosji i USA, bo chociaż Rosja jest partnerem, to przede wszystkim jest konkurentem dla chińskich wpływów w rejonie Azji i coraz bardziej i w innych częściach świata.
Co Pan ma na myśli mówiąc o "rozgrywaniu" UE przez Trumpa?
Niestety Trump postrzega w ten sposób również Unię Europejską; nawiązuje bliższe stosunki z Rosją, żeby wymusić na Europejczykach niższe bariery celne dla produktów amerykańskich, lepsze warunki handlowe, zakupy amerykańskiego gazu i ropy czy też większe wydatki na obronność. Czyli stosuje w pewnym sensie politykę szantażu, Europejczycy stają się trochę zakładnikiem tego, co prezydent USA zrobi z Putinem. Wydaje się, że Trump całkowicie odszedł od paradygmatu idealizmu w polityce zagranicznej. Mamy powrót do polityki równoważenia Pekinu, Moskwy, Brukseli, czyli przypomina to trochę politykę Richarda Nixona z początku lat 1970-tych. Tylko że Nixon nigdy nie wykorzystywał polityki amerykańskiej do grożenia, czy rozgrywania europejskich sojuszników NATO ani grożenia Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej (EWG). Tutaj mamy odejście od pewnego konsensusu polityki transatlantyckiej, który istnieje od 1949 roku, czyli od czasu powstania Sojuszu Północnoatlantyckiego. Z drugiej strony pamiętajmy, że bywały już "kłótnie w rodzinie" i przedtem. Warto przypomnieć chociażby napięcia między Francją, Wielką Brytanią i USA w czasie kryzysu sueskiego w 1956 r., wyjście Francji ze struktur wojskowych NATO w 1963, czy też różnice zdań wokół interwencji w Iraku w 2002 r. między USA, Francją i Niemcami.

Treść redakcyjna
Komentarzy: 0
Udostępnij:
Data publikacji: 11.07.2018 20:34
Komentarze
Karol Nawrocki o planie Polski na G20. Trzy konkretne propozycje
14.09.2026 12:29

Komentarzy: 0
Polska chce wnieść do agendy G20 trzy konkretne propozycje. Prezydent Karol Nawrocki wskazał na nowe podejście do inwestycji zagranicznych, odpowiedź na kryzys demograficzny opartą na rodzinie oraz bezpieczeństwo energetyczne. Podkreślił przy tym, że transformacja energetyczna musi uwzględniać możliwości poszczególnych państw.
Czytaj więcej
Gen. Dariusz Wroński: Dowództwo operacyjne NATO w Polsce to nie kwestia prestiżu, tylko wojny
13.09.2026 15:28

Komentarzy: 0
MON przyznaje, że Polska nie zabiegała dotąd o przeniesienie na swoje terytorium istniejącego dowództwa NATO szczebla strategicznego lub operacyjnego. Gen. Dariusz Wroński uważa jednak, że najważniejsze pytanie brzmi inaczej: czy po rozszerzeniu NATO o Finlandię i Szwecję oraz rozbudowie stałej obecności USA obecna architektura dowodzenia wystarczy do prowadzenia dużej operacji obronnej na północno-wschodniej flance?
Czytaj więcej
MON: Polska nie zabiegała o przeniesienie do kraju dowództwa operacyjnego NATO
12.09.2026 21:17

Komentarzy: 0
Polska nie podejmowała dotąd działań na rzecz przeniesienia na swoje terytorium istniejącego dowództwa NATO szczebla strategicznego lub operacyjnego – wynika z odpowiedzi MON na interpelację poselską. Resort poinformował jednocześnie, że w Sztabie Generalnym WP trwają prace nad koncepcją reformy systemu kierowania i dowodzenia Siłami Zbrojnymi RP. Pytania posłów dotyczyły m.in. JFC Brunssum, jednego z trzech stałych dowództw NATO szczebla operacyjnego.
Czytaj więcej
Rosja rozbudowuje potencjał nuklearny. Broń i systemy przenoszenia coraz bliżej NATO
12.09.2026 17:49

Komentarzy: 0
Rosja dysponuje największym na świecie całkowitym inwentarzem broni jądrowej. Według SIPRI na początku 2026 roku obejmował on około 5420 głowic, ale około 1020 z nich stanowiły wycofane ładunki oczekujące na demontaż. Około 4400 pozostawało w arsenale wojskowym, a 1796 było rozmieszczonych. Eksperci zwracają uwagę, że większym powodem do niepokoju niż sama liczba jest modernizacja rosyjskich sił nuklearnych, osłabienie kontroli zbrojeń i rosnąca rola Białorusi.
Czytaj więcej
Co powinna zrobić Polska w razie ataku na państwo NATO? Polacy odpowiedzieli [SONDAŻ]
12.09.2026 10:43

Komentarzy: 0
Jak powinna zareagować Polska, gdyby jedno z państw bałtyckich zostało zaatakowane? Najnowszy sondaż United Surveys by IBRiS dla Wirtualnej Polski pokazuje wyraźną przewagę zwolenników zaangażowania polskiego wojska. Łącznie 78 proc. badanych uważa, że Polska powinna wziąć udział w obronie sojusznika w ramach NATO.
Czytaj więcej