Szukaj
Konto

[Felieton "TS"] Cezary Krysztopa: Nowy Rok, wielkie mi mecyje

03.01.2019 21:06
[Felieton "TS"] Cezary Krysztopa: Nowy Rok, wielkie mi mecyje
Źródło: pixabay.com
Komentarzy: 0
Jakoś nigdy nie byłem zwolennikiem balów. Moje wrodzone prostactwo sprawia, że w bankietowych klimatach nigdy nie mogłem się odnaleźć. Byłem owszem na kilku, najczęściej po to, żeby zadośćuczynić potrzebom tej czy innej kobiety, jednak jedyne bale, przy okazji których się dobrze bawiłem, to chyba bale, które organizowaliśmy z kolegami w knajpie studenckiej białostockiej polibudy „Gwint”. A znacznie lepiej bawiłem się przy organizacji niż przy późniejszym balowaniu.
I wcale nie tylko dlatego, że nie umiem tańczyć. A nie umiem. To znaczy po to, żeby nawiązywać kontakty z płcią piękną, nauczyłem się przestępować z nogi na nogę, markując tzw. tańce wolne, wszystko jednak ponad to wydaje mi się od zawsze czarną magią. Nigdy nie potrafiłem pojąć, jak ludzie zmuszają kilka kończyn jednocześnie, żeby drgały z jakimś sensem - mnie się to zdecydowanie nie udaje.

Również dlatego, że na takim balu czuję się zmuszony do tego, żeby się dobrze bawić, ponieważ najczęściej albo trzeba za taki bal zapłacić, albo włożyć w niego tyle różnego rodzaju wysiłków, że źle się bawić po prostu się nie opłaca. No i tak, pomimo tego, że wydaje mi się, że dobrze się bawić potrafię, to jednak nie wtedy, kiedy czuję się do tego zobowiązany. Tak czy siak zwykle klops.

Oczywiście bale noworoczne nie są tu żadnym wyjątkiem, a wręcz sztandarowym przykładem. Marynarka nie pasuje, bo żadne marynarki na mnie nie pasują, krawat źle dobrany, bo nie umiem dobrać krawata. No i ta presja, żeby tańczyć, tak jakby nie można było posiedzieć i pogadać. A w najlepszym razie pośpiewać. A nie można, bo zwykle jest głośno.

Dlatego cieszę się, że Sylwestra mogłem spędzić z Rodziną. Tą bliższą i tą dalszą. Zdecydowanie zbyt mało mamy okazji, żeby spędzić ze sobą czas. Presji żadnych nie ma, można pogadać, co najwyżej dzieciaki zaczną marudzić po 22.00, ale potem pójdą spać i znów można gadać, nie przejmując się krawatami i garniturami. Jeść, byczyć się, cieszyć się sobą. I wystarczy.

Bo uczciwie Wam przyznam, nigdy do końca nie rozumiałem tej całej afery z Nowym Rokiem. No nowy rok, nowy kalendarz. Tak się wszyscy cieszą, że nowe lata, kolejne urodziny i tak dalej, tak się nie mogą doczekać, że potem są zdziwieni, że już są starzy. Nowy Rok. Jeszcze takich może ze trzydzieści, trzydzieści urodzin, trzydzieści imienin, z piętnaście par nowych butów (o ile będą dobrej jakości), z piętnaście nowych telefonów od operatora telefonii komórkowej, z siedem cykli wyborczych, siedem mundiali. Jeszcze tam czegoś. I finito.

Oczywiście fajnie jest podjąć kolejne zobowiązania, obiecać sobie to i tamto, nawet przez jakiś czas wierzyć w to, że się ich dotrzyma, fajnie jest obserwować, jak rozwijają się dzieci, fajnie jest mieć pretekst, żeby się spotkać, pogadać, ale z tym fetowaniem upływu czasu to bym nie przesadzał.

Cezary Krysztopa

Artykuł pochodzi z najnowszego numeru "TS" (01/2019) do kupienia w wersji cyfrowej tutaj.
Komentarzy: 0
Data publikacji: 03.01.2019 21:06