Afera aferę aferą pogania

- Autor przekonuje, że nadmiar afer związanych z rządem Donalda Tuska prowadzi do społecznego znieczulenia.
- Zdaniem autora polityczna lojalność decyduje o tym, kto ponosi konsekwencje afer, a kto może liczyć na ochronę.
- Mimo kolejnych kontrowersji KO utrzymuje poparcie, korzystając także z podziałów wśród prawicowej opozycji.
Psia afera w Kłodzku, afera z ukradzioną pomocą dla powodzian, afera w Szpitalu Południowym, afera Barbary Mróz-Gorgoń, a może afera rzecznik praw dziecka – to tylko kilka bardziej medialnych afer z ostatniego czasu. Ciężko nie odnieść wrażenia, że trwają właśnie mistrzostwa na najbardziej bezczelną i absurdalną aferę Uśmiechniętej Polski, a uczestnicy tych zawodów spieszą się, jak mogą, aby zdążyć wziąć w nich udział jeszcze przed końcem kadencji.
Co na to wszystko Donald Tusk – nasze Słońce Peru, Wielki Demokrata, który uratował Polskę przed kaczyzmem, najlepszy z najlepszych carów otoczony najgorszymi z możliwych bojarów? Z góry przepraszam co wrażliwszych Czytelników, ale nie znajduję lepszego określenia na jego podejście niż: ma na to totalnie wywalone. I co ciekawe – zdaje się to być najlepsza z możliwych strategii.
To zupełnie jak w tym znanym memie internetowym, gdzie dwóch polityków odbywa konwersację:
– Kradnie pan z budżetu?
– Tak, a co?
– Nie boi się pan, że ktoś się dowie?
– No właśnie się pan dowiedział. I co?

Tak samo działa to w Uśmiechniętej Polsce: właśnie się dowiedziałeś, drogi Czytelniku, o nowej aferze – może nawet w tym momencie jakaś kolejna zostaje ujawniona. I co? I nic.
Doktryna Neumanna 2.0
Donald Tusk najwyraźniej uznał, że skoro nie da się poskromić kolejnych afer, to trzeba przestać z nimi walczyć i je „wymaksować” – tak aby przebodźcowany social mediami umysł współczesnego Polaka zwyczajnie nie był w stanie ich wszystkich przeprocesować, przyswoić i co za tym idzie: oburzyć się nimi.
„Śmierć jednego człowieka to tragedia, śmierć miliona to statystyka”
– miał mawiać Józef Stalin. Podobnie z aferami: jedna może obalić rząd, setka sprawia, że nikt już nie wie, na czym się skupić, a zmęczony kolejnymi informacjami umysł przestaje rejestrować, co się dzieje.
Wydaje się, że premier odkrył złotą zasadę radzenia sobie z aferami w obecnych czasach: po prostu je przemilczać, olewać i przeciągać zajmowanie się nimi w nieskończoność. Do skutku, do wybuchu kolejnej „jednodniowej” afery, która odciągnie niezwykle krótką uwagę społeczną od aktualnego problemu. I w ten sposób obecny problem sam się rozwiąże. A jak już nie ma wyboru: najwyżej poświęci się jakiegoś nic nieznaczącego urzędnika, aby pokazać, że „coś” się zrobiło. To pozwala zamknąć temat w głowach zwolenników rządu i większości niezainteresowanych, a jednocześnie nie nadaje aferze zbyt dużej wagi. Ot, jakiś urzędnik jak zwykle coś zawalił, ale na szczęście dobry car Donald znalazł w końcu chwilę, żeby nad sprawą się pochylić. Kilku ministrów tracących stanowiska w wyniku afery podsłuchowej to już pieśń przeszłości. Donald Tusk już nigdy nie zdecyduje się na taki krok. Dlaczego? Bo zwyczajnie nie musi.
Wszystkie obietnice mogą być niezrealizowane, inwestycje rozgrzebane i porzucone, a ustawy pisane na kolanie w kolejce do zawetowania – to też nic. Najważniejsze, że bez zarzutu działa najważniejszy projekt tej koalicji – Doktryna Neumanna 2.0. Co to takiego Doktryna Neumanna? Zgodnie z tym, co wyraził znany niegdyś polityk KO, partia ma w pełni bronić swoich członków, dopóki ci pozostają jej wierni, niezależnie od problemów z prawem czy zarzutów prokuratorskich. A czemu 2.0? Bo te stare i dobrze nam znane metody Donalda Tuska zostały całkiem zgrabnie dostosowane do nowych czasów.
Program Ochrony Aferzystów
Najlepiej to widać na dwóch przykładach: aferze Dawida Kacprzyka i aferze Barbary Mróz-Gorgoń. Na pierwszy rzut oka każdy może stwierdzić, która z nich jest poważniejsza i potencjalnie bardziej szkodliwa dla rządu. A jednak: środki podjęte w obu przypadkach zdają się mówić zupełnie co innego.
Od wybuchu afery w Szpitalu Południowym minęło już ponad 100 dni. Jedynym przesłuchanym w tej sprawie do dziś pozostaje były ordynator – sygnalista, człowiek, który całą aferę ujawnił. Przesłuchano go wręcz błyskawicznie i przy medialnym ostrzale podważającym jego słowa. Następnie wydarzyło się… nic. Dawid Kacprzyk pozostaje cały czas „nieuchwytny” dla prokuratury, rozbija się po polskich ulicach swoim autem i… dalej pracuje w zawodzie. Niby zmuszono go do złożenia mandatu radnego i członkostwa w KO, ale w zamian za milczenie załapał się na ten osobliwy Program Ochrony Aferzystów.
Co innego Profesor Basia od raportów z AI. Na swoje nieszczęście połaszczyła się na ładnie brzmiącą posadkę u boku premiera, ale nie zadbała o najważniejsze zabezpieczenie: deklarację członkowską KO. Wobec tego, kiedy tylko pojawiły się wątpliwości co do jej „pracy”, a właściwie czy jej „praca” jest faktycznie jej – nastąpiła natychmiastowa restrukturyzacja jej stanowiska i została zmuszona do rezygnacji. Tu jednak nie kończą się reperkusje, bo przecież jak nie jesteś z nami (czyli w KO), to nawet jak pracowałeś dla nas, to jesteś przeciwko nam: z tego powodu Panią Basię dwojga nazwisk ostatnio odwiedziła policja i zostało wobec niej wszczęte śledztwo.
Afery, nie konkrety
Najzabawniejsze i najsmutniejsze jednocześnie jest jednak to, że w tym szaleństwie zdaje się być metoda. Aferę należy przemilczeć, przeciągnąć i zmęczyć nią społeczeństwo – byle do kolejnej afery. Okazjonalnie można jakiegoś „frajera” wrzucić pod rozpędzony pociąg społecznego oburzenia. I to wszystko. Oto cała metoda. Sondaże wskazują, że poparcie dla Koalicji Obywatelskiej stabilnie rośnie i wcale nie jest powiedziane, że w 2027 roku podzielona i skłócona prawicowa opozycja przejmie władzę. Miały być konkrety, są afery. Liczba 100 się zgadza.
Reszta to didaskalia.
[Niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]




