Szukaj
Konto

„Dyktator” Zełenski, czyli wyborów na Ukrainie na razie nie będzie

14.11.2023 16:01
Komentarzy: 0
Wyborów prezydenckich i parlamentarnych na Ukrainie w przyszłym roku nie będzie. Po paru miesiącach dyskusji uciął ją Wołodymyr Zełenski. Zresztą już wcześniej nie był entuzjastą wyborów w czasie wojny. Choć takie wybory wygrałby bez problemu. Czy odłożenie wyborów do końca wojny – gdy nie wiadomo, kiedy to będzie – zaszkodzi „słudze narodu”, czy może wręcz przeciwnie?

"To czas na spójność, a nie podziały i spory (…) Beztroskie igranie z wyborami jest całkowicie nieodpowiedzialne teraz, w czasie wojny. (…) To czas obrony, bitwy, od której zależą losy państwa i narodu. Nie ma czasu na takie rozrywki, jakie tylko Rosja chciałaby zobaczyć na Ukrainie. Uważam, że wybory byłyby teraz przedwczesne". Prezydent Zełenski zakończył 6 listopada dywagacje na temat możliwości zorganizowania w czasie wojny z Rosją wyborów. Zresztą kadencja obecnego parlamentu wygasła już z końcem października. Zaś pięcioletnia kadencja Zełenskiego wygaśnie z końcem marca 2024 r. W świetle prawa nie jest to jednak problem. Zgodnie z nim, parlament i prezydent pełnią swe funkcje aż do zaprzysiężenia nowego parlamentu i nowego prezydenta. A to, że ich kadencje zostają przedłużone? Też zgodnie z prawem. Ukraińska ustawa o stanie wojny oraz kodeks wyborczy zabraniają przeprowadzania wyborów prezydenckich i parlamentarnych lub referendów w stanie wojny. A na Ukrainie od 24 lutego 2022 obowiązuje stan wojny cyklicznie przedłużany w związku z sytuacją na froncie (prezydent ogłasza stan wojny na 90 dni, a parlament zatwierdza).

Dlaczego więc w ogóle dyskutowano w ostatnich miesiącach o możliwości wyborów na wiosnę przyszłego roku, najprawdopodobniej łączących wybory prezydenckie i parlamentarne? Jeśli chodzi o uwarunkowania prawne, nie byłoby problemu, bo rządząca prezydencka partia Sługa Narodu błyskawicznie w razie potrzeby wprowadziłaby poprawki do ustawy o stanie wojny i do kodeksu wyborczego pozwalające zrobić wybory w obecnej sytuacji. Ale przejdźmy do polityki. Należy pamiętać, że w marcu 2024 roku wybory prezydenckie odbędą się w Rosji. Oczywiście Putin uzyska reelekcję. Gdyby Ukraina odłożyła własne wybory, mogłoby to źle wyglądać w odbiorze międzynarodowym. Zachód wszak przywiązuje wielką wagę do zachowania standardów demokratycznych. Rosja zaś z pewnością ciągle szermowałaby argumentem, że "dyktator" Putin ma demokratyczną legitymację, a "demokrata" Zełenski jest uzurpatorem.

Był też czynnik wewnętrzny. Zełenski wciąż cieszy się ogromnym poparciem rodaków, inaczej niż jego partia. Połączenie wyborów pozwoliłoby wykorzystać autorytet prezydenta do podniesienia notowań Sługi Narodu. Do tego, wybory właśnie w czasie wojny eliminowałyby potencjalnych rywali wywodzących się z… szeregów wojska. Nie jest bowiem tajemnicą, że obecna wojna stanie się trampoliną do politycznej kariery dla szeregu oficerów. Zresztą podobnie było po wydarzeniach 2014/2015. Głównym rywalem może być dla Zełenskiego gen. Wałeryj Załużny, naczelny dowódca wojsk ukraińskich, postać niezwykle popularna. Bohater wojenny nr 2, po samym Zełenskim. Ostatnio widać już coraz mocniej tarcia na linii Załużny-Zełenski, a także, bardziej ogólnie, na linii politycy-wojskowi. Niewątpliwie główną osią sporu, w przyszłości zapewne też wyborczego/politycznego, będzie szukanie winnych nieudanej kontrofensywy. Politycy będą zrzucać winę na wojskowych, zwłaszcza tych potencjalnych rywali wyborczych. Wojskowi zaś na polityków, narzucających absurdalne cele i obiecujących narodowi sukcesy, które od początku są nieosiągalne.

Dlaczego więc Zełenski i jego ludzie zdecydowali, że ucieczki do przodu - zanim do ludzi dotrze świadomość porażki kontrofensywy i impasu, a Załużny i jemu podobni są na froncie, nie w polityce - jednak nie będzie? Wpłynęło na to zapewne kilka czynników. Po pierwsze, możliwości głosowania pozbawieni byliby mieszkańcy ok. 20 proc. terytorium Ukrainy obecnie okupowanych przez Rosję. Po drugie, nie da się zrobić prawdziwej kampanii wyborczej w warunkach wojny, gdy de facto politycy i media są ocenzurowane z oczywistych względów. Po trzecie, polityczne spory wyborcze osłabiłyby Ukrainę wobec agresora. Po czwarte, wybory w czasie wojny to zagrożenie zdrowia i życia głosujących, członków komisji wyborczych, obserwatorów (także zagranicznych). To są powody obiektywne. Ale są też powody czysto polityczne, wynikające z kalkulacji obozu rządzącego. Wyborom w czasie wojny przeciwnych jest 70-80 proc. Ukraińców. Dlaczego więc działać wbrew woli zdecydowanej większości wyborców? Po drugie, już widać fiasko kontrofensywy, a do tego dojdzie zimowa kampania ataków Rosji na infrastrukturę cywilną - na pewno to odbiłoby się na notowaniach Zełenskiego, a jeszcze bardziej Sługi Narodu. Lepiej więc poczekać do końca wojny, choć wraz ze wszystkimi wiążącymi się z tym ryzykami. Jak napisała niezależna rosyjska publicystka Julia Łatynina, "Ukraina od dawna konsoliduje się wokół prezydenta Zełenskiego, ale frustracja spowodowana ciężkimi ofiarami i utratą terytorium nieuchronnie doprowadzi do poszukiwania winnego i tu właśnie pojawia się zasadnicza różnica między demokracją a dyktaturą. Bo w dyktaturze w takim momencie zawsze winni są wrogowie zewnętrzni i zdrajcy, podczas gdy w demokracji zawsze winni są rządzący".

Komentarzy: 0
Data publikacji: 14.11.2023 16:01
Źródło: tysol.pl