Za ile kupuje się artystów?

- Sejm przegłosował ustawę przewidującą dopłaty do składek na ubezpieczenia społeczne dla artystów o niskich dochodach.
- Autorka uważa, że system wsparcia stanie się narzędziem politycznego kupowania przychylności środowisk artystycznych.
- Krytykuje uznaniowość przy przyznawaniu pomocy, ryzyko nepotyzmu i ideologiczne faworyzowanie twórców.
Znów oberwie prezydent
No, jeszcze swoje zdanie musi wyrazić Senat, ale bez obaw, przybiją Cienkowskiej piątkę. Na końcu – akceptacja lub nie prezydenta Karola Nawrockiego. Jak zawetuje, znaczy – chamiszcze, kibol i batyr. Kulturę to on ma, ha, ha, z tyłu, tylko pięści z przodu. I będzie kolejna nawalanka. I znów wypinanie się „elit”, znowu wzmożenie emocji po lewej stronie barykady. Już wyobrażam sobie ten antynawrocki jazgot we wszystkich prorządowych mediach i opiniotwórczych gremiach, jeśli głowa państwa nie podpisze się pod wsparciem dla „osób twórczych” pozbawionych zarobkowej ciągłości. Na te przepychanki jeszcze trochę poczekamy. Ale z góry wiadomo, jakie padną argumenty „za”, jako że wyartykułowała je pomysłodawczyni reformy.
Sprawa jest czysta, z systemu zasilania wyłączeni będą twórcy prowadzący firmy, artyści z grubym portfelem, a nade wszystko celebryci i gwiazdunie. Co więcej, artyści nadal będą sami płacić składki. Dopiero gdy/jeśli zarobią ponad ustawowe minimum, dopłata stopnieje bądź w ogóle zniknie. I w ogóle nikt nie dostanie kasy do ręki, tylko kwota automatycznie wyliczona będzie wpadać na konto „biedaków”. Pieniądze na ten szlachetny cel popłyną z budżetu, a nie ze składek innych ubezpieczonych czy z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Chodzi tylko o to, żeby kogoś, kto wykonuje zawód twórczy, stać było na lekarza, urlop macierzyński i żeby mógł zachować ciągłość emerytalną. Kto ma wątpliwości co do słuszności koncepcji Cienkowskiej, jest człowiekiem bez sumienia.
Nasza kochana korupcja
Najgłośniej gardłować będą ci, którym nigdy nie brakuje do końca miesiąca. Tacy „bardziej za kulturą”. No i tacy, którzy w ogóle nie dostrzegają moralnej dwuznaczności tego manewru. Bo przywileje nigdy nie są rozdawane „za zasługi”. To forma korupcji. Nie jest to „wynalazek” obecnie rządzących. Każda władza stara się przeciągnąć na swoją stronę najbardziej wpływową grupę społeczną. Mistrzami w podkupywaniu oraz deprawowaniu (i naprzemiennie – zastraszaniu oraz niszczeniu) tych, do których należy rząd dusz, byli komuniści. Wyszkoleni w Kraju Rad, zaimplementowali te same metody w innych krajach socbloku. Najwięcej ludzi sztuki udało się skorumpować czy też złamać za stalinizmu. Tak, wiem, że Hitler i naziści również mieli na koncie haniebną nagonkę na „sztukę zdegenerowaną”, jednak socrealizm przewyższał ich w perfidii. A nawet gdy Stalin wyzionął ducha, jego strategia trwała.
Jednak za późniejszego PRL-u ideologiczne kaptowanie artystów przybrało mniej manifestacyjną i dramatyczną formę. Nie mówię o sposobach pozyskiwania TW, lecz o łagodnych formach łechtania próżności twórców różnych dyscyplin. W przypadku sztuk wizualnych bonusami były tańsze farby i inne materiały plastyczne; dotowane obiady w klubach związków twórczych; wakacyjne plenery; ewentualny przydział na pracownię.
Dopieszczanie ego
Z punktu widzenia głównych zainteresowanych wszystko to miało bardziej symboliczny niż finansowy wymiar. Za to samopoczucie! O, to było bezcenne. Komuna wpoiła twórcom poczucie „lepszości” bardzo tanim kosztem. Po prostu – absolwentów szkół artystycznych (o wiele mniej licznych, przez to bardziej ekskluzywnych niż obecnie) nie obowiązywał nakaz pracy po odebraniu dyplomu. Toteż wszystkich „kreatywnych” i niezależnych rozpierała pycha poparta funkcjonującym obiegowo określeniem, że to „rajskie ptaki”. Problem w tym, że wśród tego „ptactwa” prawdziwe talenty mieszały się z imitatorami, wyrobnikami i wszelkiej maści artystycznymi uzurpatorami. Wraz z nadejściem nowatorskich prądów, zwłaszcza konceptualizmu, gdy coraz mniej liczył się warsztat – symulantów przybywało.
Komunizm upadł, ale pretensje do subsydiów pozostały w mocy. Ba, przybrały na sile. Spadkobiercami PRL-owskich „cudowronek” (polska nazwa ptaka rajskiego) są obecnie „osoby artystyczne”. Choć nie grożą im represje, nie mniejszym strachem paraliżuje perspektywa ubóstwa. Toteż twórcy zabiegający o granty i dotacje posłusznie realizują projekty pod dyktando obowiązującej ideologii. Oczywiście jest grono wybrańców lansowanych przez prestiżowe galerie. To nie do nich rząd się umizga, lecz do wielotysięcznych zastępów „niktów”, o których historia sztuki i kultury z pewnością nie będzie pamiętać, lecz to oni reprezentują wyborczy środowiskowy masyw. Im ich więcej, tym są ważniejsi dla rządzących.
Liczenie głosów
No właśnie – na zapleczu przepychania ustawy Cienkowskiej odbywa się probabilistyczne liczenie głosów w przyszłorocznych wyborach. Jakbym ich słyszała: „Dobra, te nieroby zagłosują za nami. Wydamy na nich jakieś 400 milionów z budżetu, kropla w morzu. To ile polubień zaliczymy?”. Według ostrożnych szacowań pozyskają 21 tysięcy dusz. Według moich obliczeń – będzie tego coś około miliona. Bo oprócz twórców załapią się eksperci (o Komisji Opiniującej będzie poniżej), a także, już gratis, doszlusują do nich poplecznicy dowartościowanych artystów, fani i konsumenci zideologizowanych wytworów sztukopodobnych oraz pospolici głupcy, którzy dla zasady pokazują język prawej stronie, bo taka umowa w ich stadzie.
Przypomnijmy jednak, o co toczył się bój. O dopłaty do składek dla osób, których średnie miesięczne dochody z trzech ostatnich lat nie przekroczyły 125 proc. minimalnego wynagrodzenia, który to dochód obecnie wynosi ok. 68 tys. zł brutto rocznie. Jednak zauważcie: twórcy jako dochód wykazują kwotę przychodu pomniejszoną o 50% (co załatwiło PiS). Ktoś z dochodem 68 tys. rocznie tak naprawdę zainkasuje 136 tys., zaś 68 tys. odliczy sobie jako koszty uzyskania przychodu.
Wzorce z Zachodu
Jest jeszcze jeden istotny argument przemawiający za socjalnym wsparciem twórców. Tego typu systemy od lat funkcjonują w kilku zasobnych europejskich krajach: Niemczech, Francji, Austrii, Hiszpanii, Belgii, Irlandii, Finlandii, na Litwie. A Polski nie ma w tym gronie? Wstyd! Jako koronne przykłady „godnego” traktowania osób artystycznych różnych branż podaje się Francję i Niemcy. I tak francuski model polega na finansowym wsparciu pracowników branży artystycznej i technicznej w okresach pomiędzy projektami.
Poza tym nad Sekwaną działa instytucja nazwana La Maison des artistes (Dom artystów) zarządzająca ubezpieczeniami społecznymi twórców sztuk wizualnych. W Niemczech zaś funkcjonuje specjalna kasa ubezpieczeń społecznych dla artystów, czyli Künstlersozialkasse (KSK), dzięki czemu osoby tam zarejestrowane płacą tylko połowę składek na ubezpieczenie emerytalne, chorobowe i opiekuńcze, drugą część finansują zaś państwo oraz przedsiębiorstwa, które korzystają z usług artystów i wykorzystują komercyjnie ich dokonania.
Prekariat skręca w lewo
Ileż to było biadolenia w pionierskich latach potransformacyjnych, że artystyczny prekariat ma kiepsko i nie doskakuje do średniej krajowej. A ta średnia rośnie za sprawą różnych mechanizmów oraz ogólnego zaharowywania się Polaków. Na tym tle twórcy rozmaitych dyscyplin zaczęli odstawać, jeśli chodzi o stan posiadania. Zwłaszcza zubożeli ci niezależni. No bo gdzie, jak mieli zarabiać? I tu liberalno-lewicowe gremia wykazały się inicjatywą. Tak mniej więcej ćwierć wieku temu udało im się wmówić artystom, że są elitą, solą ziemi i nośnikiem wszelkich wartości – o ile wyznają i lansują jedynie słuszny światopogląd. Jakby wróciła komuna.
Ale w III RP nikt oficjalnie nie nagradzał twórców za popieranie obowiązującej ideologii. Tylko tak jakoś… przybywało coraz więcej stypendiów, grantów, konkursów, promocji i różnych innych sposobów, żeby zasilić kabzę politycznie poprawnych artystów. Ci z drugiej strony – wątpiący, wierzący, konserwatywni nie mieli czego szukać w tych wszystkich kompetycjach.
Fuchy dla opiniujących
O tym, kto z prekariacko-twórczej grupy zasłuży na budżetowe wsparcie, ma oceniać Komisja Opiniująca złożona ze 145 osób. Organizacje artystów wskażą 120 członków, organizacje zbiorowego zarządzania – 10, a po pięciu członków wyznaczą minister kultury, minister właściwy do spraw zabezpieczenia społecznego oraz prezes ZUS. Wnioski oceni trzyosobowy zespół. Innymi słowy, ruszy machina kumoterskich układów, przekrętów i nepotyzmu. Zapewniam – oni wszyscy będą głosować za KO.
A ile dodatkowo zarobią? Otóż przy stawce wynoszącej 2% wynagrodzenia za każdy rozpatrywany wniosek daje to ok. 190 zł za sztukę. Inaczej licząc – czyli cytując MKiDN – członek Komisji Opiniującej ds. zabezpieczenia społecznego artystów otrzyma 50 zł brutto za wydanie jednej opinii, co ma oznaczać, że wynagrodzenie za 25 ocen miesięcznie (jak znam działania takich komisji, robią to ryczałtem, 25 ocen to raczej dzienny urobek) przełoży się na 1250 zł, rocznie ci wyrobnicy dostaną maksimum 15 tysi. Według bardziej realnych kalkulacji, ocen szanownej komisji będzie znacznie więcej – z grubsza szacując, za 200 wniosków przy wspomnianej 2% stawce miesięcznie jeden członek komisji mógłby otrzymać ok. 38 tys. zł honorariów. To naprawdę niezły bonus za… no nie wiem, za kolejny kolesiowski układ?
Istota rzeczy
Dziwne, że nikt nie porusza zasadniczej sprawy: po co? Po co dofinansowywać i dowartościowywać ludzi społecznie zbędnych? Bo może wśród nich pojawi się jakiś geniusz i przepadnie, bo nie stać go było na udział w zagranicznej wystawie? Jak świat światem nigdy nie było trzeba tak wielu artystów, jak naprodukowano ich w ostatnim ćwierćwieczu za sprawą rozmnożenia szkół i szkółek o artystycznym profilu. Absolwenci tychże to w większości przypadków ludzie pozbawieni talentów, bezpodstawnie przekonani o swej wyjątkowości.
Ale wkrótce zastępy pretendentów do miana twórcy znacząco się powiększą, jako że nastała moda na arteterapię. Ma to być sposób na rozładowanie traum, stresów, nudy i zakwasów. Instruktorem może być praktycznie każdy; kursantem – również pan, pani oraz formy płciowo pośrednie. Jak oni zaczną upominać się o dotacje, to żaden budżet nie wytrzyma!
[Sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]
