Węgierska demokracja wal(r)cząca

- Péter Magyar wygrał z Viktorem Orbánem, przejmując konserwatywną retorykę Fideszu i obiecując walkę z korupcją.
- Nowy rząd zmienia kurs w sprawach obyczajowych i personalnych.
- Zdaniem autorki upadek Orbána nie oznacza końca starego systemu.
Partia przebrana za Fidesz pokonała Fidesz
Wybory na Węgrzech były specyficzne i to nie tylko przez fakt, że rzadko kiedy w Europie zdarza się odsuwać weterana pięciu kadencji na fotelu premiera. Do 2026 roku opozycja na Węgrzech przypominała ówczesną polską opozycję: totalną, skupioną na odsunięciu rządzących od władzy, złożoną z weteranów parlamentarnych, którzy zdążyli już kilkukrotnie w oczach wyborców zmienić poglądy, w zasadzie bezideową sklejkę różnych partii. W wydaniu naddunajskim w jednym szeregu znaleźli się byli skrajni prawicowcy z Jobbiku, postkomuniści i skrajna lewica liberalna.
Magyar był jednak ponad tym. Fakt faktem, pojawił się w roli lidera na węgierskiej scenie stosunkowo późno – debiutem Tiszy były wybory parlamentarne w 2024 roku. Wcześniej związał się z Fideszem dosłownie i w przenośni – jako człowiek systemu i jako mąż byłej minister sprawiedliwości Judit Vargi, z którą rozwód stanowił początek jego kariery. To, co wyróżniało Tiszę, i to na skalę Europy, było niczym innym jak udawaniem „lepszego Fideszu”. Niegdyś Viktor Orbán stwierdził, że Fidesz może pokonać tylko Fidesz, i tak też się w teorii stało. Tisza zinternalizowała retorykę swojego rywala. Mówiła o zachowaniu tego, co dobre, czyli świadczeń socjalnych, emerytalnych oraz o utrzymaniu niegdyś kontrowersyjnego muru na granicy z Serbią.
Drogi czytelniku
Właśnie czytasz artykuł. PREMIUM - treść o pogłębionej wartości merytorycznej i opiniotwórczej. By przeczytać go w całości wystarczy, że założysz BEZPŁATNE konto czytelnika Tygodnika Solidarność. Do założenia konta wystarczy adres e-mail.





