Stolica bez charakteru

- Autorka pisze w swoim artykule co stanowi o fenomenie Warszawy i jak definiując się sami Warszawiacy, szczególnie ci nowo przybyli
- W swojej retrospekcji przywołuje ciekawostki z historii miasta oraz jego legendy i znaczące postacie
- Czy Warszawa nadal da się lubić? Zapraszamy do lektury
„Chciałem, żeby Warszawa była wielka. Wierzyłem, że wielka będzie. […] Gdy teraz do was mówię, widzę ją przez okna w całej wielkości i chwale, otoczoną kłębami dymu, rozczerwienioną płomieniami ognia, wspaniałą, niezniszczalną, wielką, walczącą Warszawę”. Te słowa Stefana Starzyńskiego wypowiedziane 23 września 1939 r. dotarły do całej Polski za sprawą fal radiowych. Powie ktoś – teraz spełniły się marzenia Starzyńskiego, wprawdzie z niemal stuletnim poślizgiem, ale przecież doczekaliśmy się, że gród nad Wisłą stał się europejską metropolią. Prawda, czysto tu i na razie bezpiecznie, szklane domy strzelają coraz wyżej ku niebu, do tego dużo zieleni, knajp i marketów wszelkiego rodzaju. Jednak temu miastu brakuje czegoś, co przyciąga do innych światowych stolic: tu nie ma duszy. Nie ma tradycji. Lokalsi jakoś nie robią atmosfery, nie znają legend miejsc, które zamieszkują, ani ich nie kontynuują. Są z nasadzenia, korzeniami sięgając do swych prowincjonalnych domostw, których fasadowo się wypierają. Czy więc da się odzyskać warszawską duszę? I w jaki sposób?
Rodowodowo i ideologicznie
To nie będzie łatwe, więc trzeba sięgnąć po drastyczne środki: wyeksmitować z Warszawy wszystkich, którzy nie mogą wylegitymować się „warszawskością” do trzeciego, może nawet czwartego pokolenia wstecz.
Cezurą jest rok 1939. Prawdziwy warszawiak musi mieć rodzinne koneksje z generacją, która pamiętała wojnę, powstanie i powojenny koszmar „nasadzania” tu komunistów rodem z NKWD i KGB. Wśród mieszkańców napływowych też znajdują się jednostki, którym powinno być przyznane prawo adaptacyjne. Kim oni są? Zaryzykuję charakterystykę. Wyróżnia ich wysokie morale i równie imponujące IQ, a także niezależność myślenia. Są prawi – co nie znaczy prawicowi, lecz nie ulegający pokusom lewackich apanaży. Z takich ludzi rekrutowałaby się swego rodzaju otoka, gwardia przyboczna, pomocna w rekonstrukcji warszawskiego rdzenia. Jasne, utopijna koncepcja. Ale co szkodzi pomarzyć?
Drogi czytelniku
Właśnie czytasz artykuł. PREMIUM - treść o pogłębionej wartości merytorycznej i opiniotwórczej. By przeczytać go w całości wystarczy, że założysz BEZPŁATNE konto czytelnika Tygodnika Solidarność. Do założenia konta wystarczy adres e-mail.






