Szukaj
Konto

Stolica bez charakteru

„Tęcza” na placu Zbawiciela w Warszawie, 2014 r.
Źródło: Wikipedia CC BY-SA 3.0 / Adrian Grycuk
Uwaga! To hasło nie spodoba się wielu: żeby stolica Polski nadal i na przyszłość nią była, trzeba ją odzyskać. Warszawę trzeba odbić z łap tych, którzy ją „wynarodowili”, czyniąc z niej centrum walki z tradycją, a do tego maszynkę do lansu i zarabiania kasy na krzywy ryj. Tych, którzy sprawili, że stolica Polski stała się antytezą polskości.
Co musisz wiedzieć:
  • Autorka pisze w swoim artykule co stanowi o fenomenie Warszawy i jak definiując się sami Warszawiacy, szczególnie ci nowo przybyli
  • W swojej retrospekcji przywołuje ciekawostki z historii miasta oraz jego legendy i znaczące postacie
  • Czy Warszawa nadal da się lubić? Zapraszamy do lektury

„Chciałem, żeby Warszawa była wielka. Wierzyłem, że wielka będzie. […] Gdy teraz do was mówię, widzę ją przez okna w całej wielkości i chwale, otoczoną kłębami dymu, rozczerwienioną płomieniami ognia, wspaniałą, niezniszczalną, wielką, walczącą Warszawę”. Te słowa Stefana Starzyńskiego wypowiedziane 23 września 1939 r. dotarły do całej Polski za sprawą fal radiowych. Powie ktoś – teraz spełniły się marzenia Starzyńskiego, wprawdzie z niemal stuletnim poślizgiem, ale przecież doczekaliśmy się, że gród nad Wisłą stał się europejską metropolią. Prawda, czysto tu i na razie bezpiecznie, szklane domy strzelają coraz wyżej ku niebu, do tego dużo zieleni, knajp i marketów wszelkiego rodzaju. Jednak temu miastu brakuje czegoś, co przyciąga do innych światowych stolic: tu nie ma duszy. Nie ma tradycji. Lokalsi jakoś nie robią atmosfery, nie znają legend miejsc, które zamieszkują, ani ich nie kontynuują. Są z nasadzenia, korzeniami sięgając do swych prowincjonalnych domostw, których fasadowo się wypierają. Czy więc da się odzyskać warszawską duszę? I w jaki sposób?

Rodowodowo i ideologicznie

To nie będzie łatwe, więc trzeba sięgnąć po drastyczne środki: wyeksmitować z Warszawy wszystkich, którzy nie mogą wylegitymować się „warszawskością” do trzeciego, może nawet czwartego pokolenia wstecz.

 Cezurą jest rok 1939. Prawdziwy warszawiak musi mieć rodzinne koneksje z generacją, która pamiętała wojnę, powstanie i powojenny koszmar „nasadzania” tu komunistów rodem z NKWD i KGB. Wśród mieszkańców napływowych też znajdują się jednostki, którym powinno być przyznane prawo adaptacyjne. Kim oni są? Zaryzykuję charakterystykę. Wyróżnia ich wysokie morale i równie imponujące IQ, a także niezależność myślenia. Są prawi – co nie znaczy prawicowi, lecz nie ulegający pokusom lewackich apanaży. Z takich ludzi rekrutowałaby się swego rodzaju otoka, gwardia przyboczna, pomocna w rekonstrukcji warszawskiego rdzenia. Jasne, utopijna koncepcja. Ale co szkodzi pomarzyć?

Dalsza część artykułu przeznaczona jest dla osób z subskrypcją premium

Warszawka nasza powszednia

Dlaczego w Warszawie nie mogło się udać referendum w sprawie odwołania prezydenta stolicy? Pomijając wszystkie polityczne przyczyny, istotnym elementem jest „wszystkowisizm” mieszkańców miasta, którzy nie są z nim emocjonalnie związani. Podobno współczesna Warszawa liczy ponad 1,7 mln mieszkańców. Jednak na co dzień jest ich znacznie więcej. Bytują tu czasowo, żeby zarobić, jako że tylko tu (i w innych dużych ośrodkach) istnieje taka możliwość. Niektórzy z nich to tzw. słoiki, wynajmujący minimalistyczne kanciapy pięć dni w tygodniu, na weekendy wracający do swych prowincjonalnych domostw, by odreagować zapieprz i zaopatrzyć się w przygotowane przez familię wiktuały. Trudno oczekiwać od nich zaangażowania w sprawy miasta, z którym nie łączy ich żadna historia czy tradycja.

Na znacznie dłużej zakotwiczyła w Warszawie i rozmnożyła się lemingarnia. Też kompletnie bezideowi, acz przekonani, że formują klasę średnią. Zarobili dobry hajs (nie pytajmy, w jaki sposób) i zakupili apartamenty czy posesje w ekskluzywnych dzielnicach. Dla nich najgorsza perspektywa to jakakolwiek zmiana naruszająca układ intratnych interesów, w jakim funkcjonują. Trzonem tych synekur jest warszawski ratusz oraz puchnąca z każdym miesiącem kasta biurokratów. Trudno nadążyć za narodzinami i pączkowaniem coraz to nowych, nikomu (poza zainteresowanymi) nieprzydatnych instytucji, a także sowicie opłacanych przez miasto „eventów”. Za ich symbol mogą uchodzić spacery dendrologiczne organizowane przez zespół firmy Marty Cienkowskiej (obecnej ministry kultury) realizowane z błogosławieństwem prezydenta miasta.

Tęcza na Zbawiksie

To był właściwie symbol mentalnych przeobrażeń w stolicy: w 2012 r. na Placu Zbawiciela pojawiła się „tęcza” ze sztucznych kwiatów, oplatających metalową konstrukcję zainstalowaną na centralnym trawniku wspomnianego placu. Pomijając dalsze dzieje konstrukcji, podpalenia czy przepychanki argumentów za i przeciw instalacji, nie da się ukryć, że była to praca o ideologicznej i zarazem formatującej wymowie. Po spaleniu „tęczy” w listopadzie 2013 r. Julita Wójcik, autorka tejże, napisała w oświadczeniu: „Wspólną pracą przy odbudowie Tęczy pokażemy, że jesteśmy przeciw nienawiści i nietolerancji. Że jesteśmy za zapewnieniem równości prawa osobom LGBTQ”.

Już blisko dekadę wcześniej Warszawa stała się centrum kontaktów osób niebinarnych, których wygląd i zachowanie w rodzimych miejscowościach spotykały się z ostracyzmem.

I oto tu, w stolicy, od 2005 r. wszyscy niemieszczący się w heteroseksualnych normach mogli wyrazić/wykrzyczeć swoje potrzeby podczas Parady Równości organizowanej przez powołaną w tym celu Fundację Równości. Pomysłodawcą parad był Szymon Niemiec, były prezes Międzynarodowego Stowarzyszenia Gejów i Lesbijek na Rzecz Kultury w Polsce. I się zaczęło. Aż do konfliktów, które w 2024 r. doprowadziły do potrojenia tęczowych marszów (8, 15, 22 czerwca). I tak krok po kroku Warszawa stała się przyczółkiem queer-friendly. Działa tu Stowarzyszenie Queerszawa organizujące spacery po mieście szlakami osób LGBTQ+. Może to jednoczy pewne kręgi kulturowo-seksualne, lecz nie buduje kręgosłupa miasta. I nijak się ma do jego historii. 

Kto prosił ukraińskie

To był taki greps rodem z barów mlecznych za PRL-u. Pani serwująca dania rzuca pytanie do grona konsumentów: „Kto prosił ruskie?”. Rzecz jasna, chodziło o pierogi. Odpowiedź brzmiała: „Nikt, same przyszli”. Od 2022 r. zabrakło tego przysmaku we wszystkich barach i pierogarniach. Zastąpiono je tzw. pierogami ukraińskimi, identycznymi jeśli chodzi o farsz i smak w porównaniu z wyżej wymienionymi. Furda jednak pierogi – ważniejsze, jak bardzo przybysze zza Buga zagnieździli się u nas (zresztą nie tylko w Warszawie, również we wszystkich większych miastach). Oficjalne dane mówią o ok. 2 mln Ukraińców, jednak jest ich o wiele więcej, bez rejestracji. Jakoś nie ma statystyk, które podałyby ich liczbę. W mediach głównego nurtu nie ma o tym ani słowa, ale inne kanały relacjonują prawdziwe dane oraz emocje.

Prawda, trudno polubić wszędzie słyszalny język rosyjski, na dźwięk którego mieliśmy (moje pokolenie) alergiczny odruch. Bo Ukraińcy ze Wschodu są rosyjskojęzyczni. Teraz nasi „goście” tak dobrze czują się nad Wisłą, że nie należy spodziewać się, by nas opuścili, choćby doszło do rozejmu ukraińsko-rosyjskiego. To jest – jak napisał ktoś na FB – „nowa kolebka Ukrainy”; to Polska jest nowym zdobytym ukraińskim krajem. A Warszawa – no cóż, daje zatrudnienie albo studia. Co z tego będzie miała? Ukrainizacja to kolejna faza wyniszczania charakteru Warszawy.

Pewnego razu nad Wisłą

Stało się to ponad cztery wieki temu. Po pożarze Wawelu w 1595 r. król Zygmunt III Waza zaryzykował przenosiny stolicy Polski z miasta Kraka do miasta Warsa (i Sawy). Zresztą, to w Warszawie (na polu elekcyjnym w podwarszawskiej Woli) odbyła się wolna elekcja, na mocy której 21-letniego syna króla szwedzkiego Jana III Wazy i polskiej królewny Katarzyny Jagiellonki okrzyknięto królem Rzeczypospolitej, a koronowano wedle tradycji, w katedrze wawelskiej. W owym czasie Warszawa nie miała startu do podwawelskiego grodu, była prowincjonalną dziurą pozbawioną politycznego znaczenia. Liczyła zaledwie 12 tys. mieszkańców, składała się ze Starego Miasta o powierzchni ok. 12 ha i o 2 ha większego Nowego Miasta.

Dla porównania Paryż był 400-tysięczną metropolią, Gdańsk gromadził ponad 50 tys. autochtonów. Rdzenną warszawską ludność stanowili mieszczanie, rzemieślnicy i kupcy. Jednak wraz z przenosinami królewskiego dworu wystrzeliła tutejsza petarda. Tempo rozwoju było fenomenalne – zaczęli osiedlać się tu magnateria, szlachta, dostojnicy państwowi oraz zagraniczni dyplomaci i kupcy. Możni wykupywali tereny podmiejskie, budując pałace oraz otaczające je dzielnice i miasteczka wyjęte spod jakiejkolwiek jurysdykcji. Ludność błyskawicznie podwoiła się, a może i potroiła, lecz miasto urbanistycznie stało się chaotyczne i pełne kontrastów. 

Paryż Północy

Przeskoczmy kilka stuleci. Po 123 latach zaborów Polska odzyskała niepodległość i Warszawę jako stolicę oraz siedzibę władz państwowych. Dwudziestolecie międzywojenne to okres dynamicznego rozwoju miasta, wznoszenie nowych budynków i gmachów użyteczności publicznej. Liczba ludności skoczyła z 800 tys. w 1918 r. do 1,300 mln w 1939 r. Pod względem liczby mieszkańców Warszawa stała się siódmą europejską metropolią, wyprzedzając Rzym czy Madryt. Jednocześnie miasto bogaciło się, piękniało i stawało się wielkim centrum przemysłowym. Nie bez powodu zyskało przydomek Paryża Północy. Tym, któremu marzyła się wielka i światowa Warszawa, był Stefan Starzyński, jej prezydent (od 1934 do 1939 r.). Dynamiczny i odważny, snuł śmiałe wizje dalszego rozwoju stolicy. Planował m.in. budowę metra, nowych dworców i lotniska, a nawet organizację wystawy światowej. Wszystkie te projekty zniweczył wybuch II wojny światowej. Masakra dokonała się jednak dopiero w 1944 r. Choć po kapitulacji Powstania Warszawskiego (2 października 1944 r.) Niemcy zobowiązali się oszczędzić pozostałe w mieście mienie publiczne i prywatne, zwłaszcza obiekty o szczególnej wartości historycznej, kulturalnej lub duchowej, w rzeczywistości nie zamierzali przestrzegać umowy.

Tydzień po kapitulacji, 9 października, zapadła decyzja o kompletnym zniszczeniu miasta, uprzednio oczyszczonego z wszelkich wartościowych materiałów i obiektów. Warszawa miała zniknąć z powierzchni ziemi; miał nie pozostać „kamień na kamieniu”; budynki miały być zburzone aż do fundamentów. Zgodnie z tą dyrektywą okupant zniszczył ok. 84–85% zabudowy miasta, w tym wiele zabytków. To wszystko znane fakty, ale pisząc o współczesnej Warszawie, nie sposób do tego się nie odnieść.

Nowi mieszkańcy

Nie tylko mury legły w gruzach – eksterminacji uległa też najbardziej wartościowa część warszawskiej populacji. Inteligencja, twórcy, klasa średnia. Z gruntu pozytywna decyzja o odbudowie stolicy (12 stycznia 1945) zaowocowała powołaniem Biura Odbudowy Stolicy. I tu już zaczął się ideologiczny demontaż w komunistycznym duchu. „Cały naród buduje swoją stolicę” – pod tym hasłem ściągnięto do Warszawy dziesiątki, nawet setki tysięcy obywateli z całej Polski, którzy w czynie społecznym odgruzowywali, a potem wznosili na nowo nadwiślańskie miasto. Przy okazji wyburzono mnóstwo nadających się do odbudowy kamienic i ulic, żeby nadać Warszawie nowy, socjalistyczny sznyt. Najjaskrawszym przykładem – ukończony w 1955 r. Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina, wybudowany w ekspresowym tempie trzech lat. Pod jego budowę wyburzono w sercu miasta blisko 180 budynków, które mogły być odbudowane.

Najważniejsze – czyje ręce dokonały tej przemiany. To byli ludzie z całego kraju, niektórzy wiedzeni nadzieją na znalezienie pracy, inni kierowani łatwym zyskiem i świadomością, że w takim tumulcie najłatwiej ukryć rozmaite szwindle. W tej sytuacji z trudem przychodzi oddzielić autentyczne zaangażowanie od propagandowej manipulacji. Do tego ściągnięto do Warszawy sprawdzonych komunistów z Kraju Rad, którzy często wykonywali podwójne zadania – „budowniczych” i katów polskiej inteligencji, zwłaszcza akowców. Często byli to ludzie o żydowskich korzeniach, acz bynajmniej nie życzliwi swym rodakom, cudem ocalałym na terenach Polski. 

Okupacja 2.0

Będzie teraz osobiście. Babunia, reżyser radiowych słuchowisk, współpracowała ze znakomitymi aktorami, czasami żydowskiego pochodzenia. Ale z domu nie wyniosłam wiedzy/świadomości, kto to Żyd. Dowiedziałam się o tym za sprawą ich samych. Pod koniec liceum to oni postawili granicę między sobą a gojami. Bo to były dzieci zamożnych (jak na tamte czasy) i wpływowych (jak zawsze) partyjnych aparatczyków. Ich przodków nie było tu w czasie wojny; żadne powstanie ani w getcie, ani warszawskie nie przetrzebiło ich rodzin. Bo ich rodziny w dawnych wiekach nie mieszkały nad Wisłą. Pojawili się tu za sprawą radzieckiego rozdania, usuwając (w sposób ostateczny) tych, którzy o stolicę walczyli. Ich potomkowie tu wciąż są. Są także ludzie, którzy z partyjnego rozdawnictwa dostawali mieszkania na „ekskluzywnym” Ursynowie. Oni w życiu nie podpisaliby się na liście opowiadających się za referendum w sprawie odwołania Rafała Trzaskowskiego. Im tu jest dobrze, zieleń, ścieżki rowerowe tudzież wysyp knajp dają poczucie bezpieczeństwa. Dlatego w Warszawie referendum nie mogło się udać.

Komentarzy: 0
Data publikacji: 13.10.2026 06:00