Rafał Woś: Politycy za wojną, lud coraz bardziej za pokojem

- Zdaniem autora politycy i media stawiają na dalszą wojnę, podczas gdy Polacy coraz bardziej skłaniają się ku pokojowi.
- Za zakończeniem konfliktu może opowiadać się wielu wyborców PiS i koalicji rządzącej, nie tylko Konfederacji.
Słuchając polskich polityków, mediów, ekspertów oraz komentariatu, mam wrażenie, że dominuje tam postawa wojenna. Od buńczucznego przeświadczenia, że Putin trzyma się ostatkiem sił i jeszcze miesiąc, dwa albo pół roku i padnie. Po nieco już wyblakłe, ale jednak wciąż oficjalnie nieodwołane hasło, że Ukraina walczy za nas i nie może cofnąć się ani o krok, bo wtedy my będziemy następni. A poza tym Ruskim ufać nie można. Mam wrażenie, że gdzieś między tymi biegunami zawiera się dziś (przynajmniej retorycznie) większość polskiej klasy politycznej. Od Silnych Razem po najtwardszych pretorian Jarosława Kaczyńskiego.
Jednocześnie mam też wrażenie, że lud od dłuższego już czasu myśli i mówi w tej sprawie jednak coś innego. Wydaje mi się, że im dalej od centralnej politycznej sceny, tym więcej jest zmęczenia wojną. Nie tylko jej narastającym hybrydowym charakterem: dronami, alertami RCB, ćwiczeniami z wyciem syren. Ale także realnymi stratami, które poniosła i nadal ponosi lokalna gospodarka po zamknięciu granic oraz rynków na Wschodzie. Wszędzie tam hasło „jakiś pokój na Ukrainie” trafia na znacznie miej dąsów i zastrzeżeń niż u ogólnopolskich polityków oraz warszawskich mediów. Mogę się oczywiście mylić, ale nie wydaje mi się też, że takie myślenie nie jest już od dawna domeną wyborców tylko jednej czy drugiej Konfederacji. Ale że gdyby trzeba było wybierać z dwóch ostrych sprzeczności, to za pokojem opowiedziałoby się zaskakująco wielu wyborców tak PiS-u, jak i tuskowej koalicji. A za wojną mniejszość.
Niewygodny dylemat
Politycy oraz media na razie nie dopuszczają do siebie tego pęknięcia. A jeśli to robią, to raczej nie wprost próbując adresować je przy pomocy tematów pokrewnych – głównie zmieniającego się stosunku do prezydenta Zełeńskiego albo wobec ukraińskiej migracji w Polsce. W gruncie rzeczy jednak kryje się za tym ta właśnie sprzeczność – rosnąca przepaść między oficjalną prowojenną postawą establishmentu a rosnącym ludowym przekonaniem, że pokój byłby jednak lepszy.
Nowe podejście amerykańskiej administracji Donalda Trumpa pod zakończenie wojny na Ukrainie kolejny raz ożywia te dylematy. Strona rządowa reaguje na nie automatycznym odruchem psa Pawłowa. Wiadomo, skoro to Trump, oni muszą być przeciw. Prawicowa opozycja ma trudniej. Oni zawsze byli bardziej antyrosyjscy, co ich w naturalny sposób w stronę tego alarmistycznego nastroju znosi. Wielu boi się odezwać, bo po co się podkładać oficjalnej uśmiechniętej propagandzie tropiącej wszędzie cuchnące ruskie onuce.
Wszystko to skłania nas ku temu, by niewygodny dylemat: wojna czy pokój, od siebie odganiać. Jak groźnie i irytująco bzyczącą wokół ucha osę. W niczym nie zmienia to jednak faktu, że ów dylemat istnieje. I bardzo możliwe, że już niebawem będziemy musieli się z nim na poważnie zmierzyć.
[Tytuł, śródtytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]












