Motyla noga!

- W artykule pt. "Motyla noga!" Agnieszka Żurek analizuje przyczyny i skutki wulgaryzacji języka debaty publicznej.
- Pisze o konsekwencjach społecznych, politycznych i osobistych nadużywania wyrażeń nieparlamentarnych.
- Autorka porusza w tekście także wątki dotyczące duchowych aspektów posługiwania się wulgaryzmami.
Retoryka konfrontacyjna
Ale nasypało, motyla noga! Już od kwadransa nie ma autobusu! Kurcze pióro!
-skarżył się słynny Tomek Mazur w kultowej scenie z „Misia”.
Po usłyszeniu tych straszliwych słów, dzieci natychmiast przestają się bawić z „wulgarnym” chłopcem, a Wujek Dobra Rada wkracza na scenę, ucząc młodzież, jak reagować na rzeczywistość z większym entuzjazmem.
Była to rzecz jasna satyra na wszechobecną peerelowską cenzurę i propagandę sukcesu, w której pojawiające się w filmie „przekleństwa” symbolizowały swobodną ekspresję wypowiedzi. I z tym chyba najczęściej kojarzą się wulgaryzmy, szczególnie w przestrzeni kultury masowej – mają one nieść bunt, wolność i wyrazistość. Czy faktycznie tak jest? A może wpadliśmy w pułapkę i, chcąc nasz język wzbogacić, de facto go zubożyliśmy?
Obserwujemy postępującą brutalizację języka wystąpień publicznych i coraz częstszą manipulację językową w publicznej narracji. Brutalizacja polega na używaniu słów z dolnego rejestru języka pospolitego, na pograniczu wulgarności. Przykładów nie ma powodu przytaczać, gdyż sprzyjałoby to upowszechnianiu tego typu słownictwa. Określenia takie pojawiają się w wystąpieniach publicznych posłów, wysokich urzędników państwowych, przywódców partii politycznych, dziennikarzy i publicystów. Budzi to zasadniczy sprzeciw członków Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN, instytucji odpowiedzialnej za stan współczesnej polszczyzny publicznej
-napisali członkowie Rady.
Równie wielki sprzeciw wywołują nadużycia językowe, polegające m.in. na arbitralnej zmianie znaczeń słów, nadawaniu nacechowania ekspresywnego wyrazom dotąd nienacechowanym, w tym terminom specjalistycznym, które powinny opisywać rzeczywistość w obiektywny sposób, a także posługiwanie się wartościującymi etykietami i stereotypami w odniesieniu do przeciwników politycznych. Prowadzi to do naruszenia podstawowych zasad etyki słowa, a także powoduje rozprzestrzenianie się języka publicznego niepozwalającego na dialog społeczny i porozumienie, a – wręcz przeciwnie – jątrzącego i zaostrzającego spory. Wszelkie nieporozumienia zaczynają się od słów, bowiem już od dawna wiadomo, że to słowa kształtują rzeczywistość, przedstawiając ją w określony sposób. Dlatego Prezydium Rady Języka Polskiego stanowczo apeluje do polityków i dziennikarzy o zaprzestanie używania wyrazów brutalnych, deprecjonujących osoby i instytucje, określeń nacechowanych dużym ładunkiem ekspresji oraz niemanipulowanie znaczeniami wyrazów. Jesteśmy przekonani, że wszelkie sądy i oceny, nie mówiąc już o relacjonowaniu faktów, można wyrazić językiem etycznym i estetycznym, polszczyzną kulturalną i pozbawioną elementów brutalnych
-dodali.
„On nie złorzeczył”
– Wulgaryzmy są jak przyprawy – rzucone z umiarem nadają potrawie smak, sypnięte garściami niszczą ją całkowicie – podkreślał słynny językoznawca prof. Jerzy Bralczyk. – Kultura języka nie polega na nieużywaniu wulgaryzmów, ale na wiedzy, kiedy ich użyć z maksymalnym skutkiem – wtórował mu nie mniej słynny prof. Jan Miodek. Tylko jak znaleźć ten umiar? Dla każdego przecież „odpowiednia” dawka przyprawy oznacza co innego. O ile indywidualne używanie „słów powszechnie uważanych za obelżywe” jest sprawą sumienia samego wypowiadającego te słowa i wrażliwości jego audytorium, o tyle usankcjonowanie przekleństw jako sztandarowych haseł w debacie publicznej może nieść poważne konsekwencje społeczne.
Ruch ośmiu gwiazdek czy strajki przebiegające pod hasłem „wyp…lać” to już nie tylko wyraz gniewu wobec określonej formacji politycznej, ale także odczłowieczenie jej przedstawicieli i zwolenników. Takie hasła nie zapraszają do debaty, ale do zniszczenia przeciwnika. Przemoc słowna stanowi często wstęp do przemocy fizycznej. Wzięcie na sztandar wulgarnych haseł odczłowiecza nie tylko „wroga”, ale także samych wyrazicieli buntu. – Nienawiść nie jest siłą twórczą. Siłą twórczą jest miłość – mówił św. Maksymilian Kolbe. Wypowiedział te słowa w niemieckim obozie koncentracyjnym, dając tym samym dowód, że żadne zewnętrzne okoliczności nie są w stanie odebrać człowiekowi jego godności.
Podobne myśli formułował patron Solidarności bł. ks. Jerzy Popiełuszko. Przypominał on często maksymę św. Pawła: „Zło dobrem zwyciężaj” i wielokrotnie wskazywał, że walczy on ze złem, a nie z jego ofiarami – jak określał swoich prześladowców. Wcielał w ten sposób w życie naukę Chrystusa, o którym św. Piotr pisał: „On, gdy Mu złorzeczono, nie złorzeczył, gdy cierpiał, nie groził, ale oddawał się Temu, który sądzi sprawiedliwie”.
Ten fragment Ewangelii łączy się z cytowaną przeze mnie wyżej tezą prof. Kępińskiego mówiącą o tym, że wulgaryzmy to język bezsilności. Wykrzyczenie gniewu poprzez przekleństwa sprawia, że w danej chwili (zwłaszcza w tłumie) można poczuć się większym i bardziej widocznym. I jest to ludzkie. Nauka Ewangelii zaprasza jednak do wejścia w obszar metafizyczny i „ukrzyżowania” ludzkiej natury domagającej się sprawiedliwości „tu i teraz”, choćby miała ona polegać na zniszczeniu przeciwnika i ustawieniu się w roli sędziego. „Odrzućcie to wszystko: gniew, zapalczywość, złość, znieważanie, haniebną mowę od ust waszych!” – apelował w Liście do Koryntian św. Paweł.
Drogi czytelniku
Właśnie czytasz artykuł. PREMIUM - treść o pogłębionej wartości merytorycznej i opiniotwórczej. By przeczytać go w całości wystarczy, że założysz BEZPŁATNE konto czytelnika Tygodnika Solidarność. Do założenia konta wystarczy adres e-mail.






