Szukaj
Konto

Lista bab najgorszych

Lista bab najgorszych
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Krzysztof Karnkowski | Licencja: Tygodnik Solidarność | Kobiety, portret z Donaldem Tuskiem
Gdyby napisał to jakiś facet, do końca życia nie otrzepałby się z zarzutów o seksizm, mizoginizm, rasizm, a nawet faszyzm. Ale jako osoba płci żeńskiej – i tym samym jedynej – odważę się napisać to i owo negatywnego o kobietach, które wdrapały się (społecznie) wyżej ponad posiadane umiejętności. Zrobił im to feminizm oraz lewicowe prądy. Niestety, dobre chęci i pomysły wymieszały się z rozbuchanymi ambicjami oraz nadziejami na awanse, do których choćby po trupach…
Co musisz wiedzieć:
  • Tekst krytycznie przedstawia kobiety, które dzięki feminizmowi, parytetom i lewicowym wpływom trafiły na wysokie stanowiska mimo niewystarczających kompetencji.
  • Autorka zestawia współczesne polskie polityczki z wybitnymi władczyniami i przywódczyniami z historii.
  • Przegląd historii pokazuje, że kobiety od dawna uczestniczyły w sprawowaniu władzy.

Dlaczego im się udało

Przez tysiąclecia miały pod górę, żeby zajść na szczyt społecznej drabiny i się na nim długo utrzymać, na przekór męskiej dominacji. Kobiety, które przejmowały stery rządów w różnych epokach, systemach, układach rodzinno-uczuciowych, przejmowały władzę prawem dziedziczenia, inne – podstępem i zbrodnią, jeszcze inne – miłosnymi intrygami. Jednak wszystkie miały pewne cechy wspólne – ponadprzeciętny umysł, intuicję graniczącą z wizjonerstwem, piekielnie silną osobowość oraz… umiejętność wykreowania swojego wizerunku do formatu ikony, choć oczywiście żadna tego terminu by nie użyła. Natomiast w III RP fascynuje mnie fenomen podwójnych nazwisk kobiet na wysokich stanowiskach. Moim zdaniem w ten sposób zaznaczają niezależność (mam swoje nazwisko!), a przy tym dają do zrozumienia, że znaleźli się faceci chętni, żeby je pojąć. Za żony, ma się rozumieć.

Dalsza część artykułu przeznaczona jest dla osób z subskrypcją premium

 

Walczące z dinozaurami

Było babom źle i niesprawiedliwie, to teraz odbijany! Historię pisze się na nowo jako „herstorię”. Dziewczyny prą do wiedzy, do władzy, do sterów. Wiatru w żagle dodaje im unijna dyrektywa o równowadze płci w wyborach do Sejmu, Parlamentu Europejskiego, do rad gmin, powiatów i sejmików województw (2011). Jak parytet w zawiadywaniu państwem sprawdza się w praktyce? No, różnie, czasem kabaretowo. Najtrwalej nasze polityczne gwiazdy zapisują się w „herstoriach” rozumem à rebours.

Druga w III RP premierka Ewa Kopacz (2014–2015) wsławiła się rzucaniem w dinozaury kamieniami… A kto pamięta zasługi premierowej premierki Hanny Suchockiej (1992–1993)? Przynajmniej Beata Szydło, trzecia szefowa gabinetu (2015–2017), kojarzy się pozytywnie – z 500+. Za to gabinet „trzeciego Tuska” to istny wysyp pań publicznie eksponujących… hm, intelektualne niedostatki przy jednoczesnym nadmiarze zadufkostwa. Niektóre natura hojnie obdarowała urodą, jak Martę Wcisło zwaną Cepelią (pszenny warkocz, którego nie powstydziłaby się Jagna z „Chłopów”), posłankę na Sejm IX i X kadencji, obecnie europosłankę. Wcisło ma oryginalną opinię w kwestii przerywania ciąż:

„Jestem osobą wierzącą i dla każdej osoby wierzącej aborcja nie jest problemem, bo żadna katoliczka nie dokona aborcji”.

Przeciwnie inna blondi – Katarzyna Kotula, również posłanka na Sejm, eksministra ds. równości, obecnie sekretarz stanu w Kancelarii Rady Ministrów. Ta z otwartą przyłbicą deklaruje:

„Nie boję się, że trafię do więzienia za opublikowanie instrukcji, jak dokonać bezpiecznie aborcji farmakologicznej w domu”.

Podobnie zadziorna jest Klaudia Jachira, kolejna posłanka na Sejm IX i X kadencji, przy tym satyryczka i performerka, która postuluje „wolność Parlamentu od gloryfikowania kapłanów”. To ona uwieczniła się pod pomnikiem Armii Krajowej z transparentem: „Bób, humus, włoszczyzna, vege”. 

Na tym tle wyróżnia się Anna „Wanna” Maria Żukowska (kolejna posłanka, przewodnicząca Nowej Lewicy) trafionymi niekiedy spostrzeżeniami. Ot, choćby tym o Jacku Kurskim:

„Facet miał dwie żony. Ale lesbijce nie pozwoli mieć nawet jednej”.

Z tych samych ust padła rewelacja: 

„Zdarzają się takie sytuacje, że biologiczny, podkreślam, biologiczny mężczyzna rodzi dziecko”.

Ale że jak?

 

Źródło mądrości

Magdalena Środa ma inne zasięgi. Ta naukowczyni nie jest wprawdzie we władzach, jednak sprawuje rząd dusz nad umysłami establishmentu. Wykłada w Instytucie Filozofii UW, niezwykle często pojawia się w mediach (stale współpracuje z „GW” i TVP) oraz deklaruje się jako feministka i ateistka. Była pełnomocniczką rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn w rządzie Marka Belki. Nietypowe jest jej zaangażowanie prozwierzęce – Środa postuluje, żeby udomowionym bestiom nadawać obywatelstwo, zwierzęta liminalne (gołębie, karaluchy, szczury) traktować jak uchodźców, a dzikim przyznawać prawa państw suwerennych. Naukowczyni wyjaśnia też, dlaczego w Polsce demografia siada:

„W kraju faszystowskim kobiety nie chcą rodzić dzieci, bo niewola nigdy nie sprzyja rozrodczości ani miłości”.

No i specyficznie pojmuje homoseksualny związek:

„Bardzo wiele rodzin w Polsce jest homoseksualnych, w tym sensie, że jest samotna kobieta wychowująca dziecko i żyjąca ze swoją matką. To jest klasyczny przykład homoseksualnej rodziny”.

 

Klęska urodzaju

Lista polityczno-medialnych arywistek jest zbyt długa, żeby o każdej napisać bodaj zdanie. Nie będę więc przywoływać „dokonań” kobiety-mema, w jaką przeobraziła się dr hab. Barbara Mróz-Gorgoń, krótkotrwała pełnomocniczka rządu ds. promocji marki Polska (w randze sekretarza stanu), jako że sama zrezygnowała pod wpływem „hejtu”. Odpuszczam sobie Martę Cienkowską, bowiem jej tupet plus niekompetencja zagrażają „tylko” sytuacji w kulturze (oraz związanej z tym resortem publicznej kasie) – a to przecież interesuje niewielką część Polaków.

Teraz o innej klęsce, a konkretnie o tej, której nadano taką ksywkę: Paulina Hennig-Kloska, ministra klimatu i środowiska. To ta, co proponowała powodzianom, którzy potracili dorobek życia, niskoprocentowe pożyczki. Ona też uznała, że farmy wiatrowe mają być fundamentem polskiej transformacji energetycznej i taniego prądu. W tej kwestii głos zabrała także Urszula Sara „nie-e-e” Zielińska, zgodnie z nazwiskiem przedstawicielka Zielonych:

„Energia słoneczna z energią wiatrową bardzo dobrze się uzupełniają. Znaczy wiatru jest co do zasady więcej w nocy i zimą, słońca nie ma w nocy i brakuje go zimą […] to znaczy jest pogodozależna, czyli zależy od pogody”.

To jednak nie jest tak spektakularna kariera jak Magdaleny Sobkowiak-Czarneckiej, która prosto z telewizji trafiła do Komisji Europejskiej w Brukseli. Rok temu zaś eksdziennikarka została pełnomocnikiem rządu do spraw Instrumentu na rzecz Zwiększenia Bezpieczeństwa Europy, następnie w czerwcu br. objęła funkcję sekretarza stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej. Ta umie wzruszać i straszyć Polaków: najpierw łzawe przeprosiny adresowane do córeczki, że mamy nie było w Dniu Matki, ale niech się dziecko nie lęka, mama nie pójdzie do więzienia, bo walczyła o obronność Polski (chodzi o SAFE); potem przypomnienie nocy dronowej sprzed roku, kiedy w polskiej przestrzeni powietrznej rzekomo pojawiło się około 100 rosyjskich dronów – podczas gdy minister obrony narodowej informował nas o 29…

 

Szefinie w świecie

Z jakimi zagranicznymi polityczkami mierzą się polskie rządowe lwice? Pierwszą premierką na świecie była madame Sirimavo Bandaranaike, która doszła do władzy w Sri Lance w 1960 r. i utrzymała stanowisko przez kolejnych pięć lat, a następnie jeszcze dwukrotnie zasiadała w fotelu premiera, aż do 2000 r. Power odziedziczyła po niej córka Chandrika Kumaratunga, w latach 1994–2005 prezydentka Sri Lanki. Z kolei Indira Gandhi przejęła charakter oraz urząd po ojcu Jawaharlalu Nehru, zasiadając w fotelu premiera Indii w 1966 r. najpierw na 11 lat i ponownie od 1980 r., co 4 lata później przerwał zamach, w którym zginęła. Premierką była także szefowa Izraela Golda Meir (od 1969 do 1974). Myśleliście, że pierwszą „żelazną damą” była Margaret Thatcher? Nie, ona została premierką Wielkiej Brytanii w 1979 r. na 11 lat, jak sama mówiła, zmieniając w kraju „wszystko”. Poczet wybitnych szefowych gabinetów zamyka Pakistanka Benazir Bhutto, która objęła to stanowisko w 1988 r. (na dwa lata) i ponownie w 1993 r. (na trzy). I za karierami tych kobiet nie stał żaden parytet.

 

Święte i (nie)wierne

Jeszcze dalej do równowagi szans dla obu płci było w odleglejszej przeszłości. Mimo to nieraz losy świata splatały się z „herstoriami” niezwykłych królowych. Patriotycznie zacznę od tej, która jako jedyna monarchini polska została wyniesiona na ołtarze. Jadwigę Andegaweńską koronowano na króla (!) Polski w 1384 r., co oznaczało, że została pełnoprawnym władcą, nawet po ślubie z Władysławem Jagiełłą. Teraz dłuuugi krok wstecz w epokach i skok na inny kontynent: Kleopatra VII, zwana Nową Boginią, była ostatnią królową hellenistycznego Egiptu. Legendarna piękność panowała przez 21 lat, a jej droga na tron wiodła od… ślubu z dwoma braćmi (nie jednocześnie). Drugiego z nich kazała zamordować, by objąć rządy w Egipcie w imieniu małoletniego Cezariona, syna zrodzonego ze związku Kleo z Juliuszem Cezarem. Po zabójstwie tegoż bogini omotała Marka Antoniusza, młodszego od niej o 14 lat, kolejnego Rzymianina z rodowodem i siłą sprawczą. Związek zakończył się dwoma spektakularnymi samobójstwami – najpierw Antoniusza (po przegranej bitwie z Oktawianem), a kilkanaście dni później królowej Egiptu.

Starożytny świat zarejestrował także 21-letnie rządy Hatszepsut, najpierw regentki, potem władczyni Egiptu, która zasiadła na tronie faraona. Choć określano ją jako piękną kobietę, na wizerunkach przedstawiana była jako mężczyzna z brodą (sztuczną) i gołym torsem bez biustu. Z kolei o Królowej Dziewicy, zasiadającej na tronie Anglii przez lat 45, czyli Elżbiecie I Tudor, plotkowano, że może to naprawdę facet… No bo nie chciała nikomu oddać swej ręki. Co nie przeszkadzało Tudorównie flirtować na potęgę. Tak naprawdę Elżbieta nie wyszła za mąż, żeby zachować pełną władzę i niezależność. Tę mocno zminimalizowaną listę władczyń-ikon niech zakończy cesarzowa Wszechrusi Katarzyna II Wielka, która utrzymała rządy przez 34 lata, uznana za jednego z najlepszych władców Rosji. Ona też umiała manipulować zabiegającymi o jej względy mężczyznami – a jednym z nich był Stanisław August Poniatowski, czego konsekwencje dla nas okazały się katastrofalne.

 

Posełkinie wolności

A gdy już odzyskaliśmy niepodległość? Dwudziestolecie międzywojenne to były czasy, kiedy feministki, zwane wówczas emancypantkami, działały zarówno na prawym, jak i lewym skrzydle, zgłaszając rozbieżne postulaty, lecz były zgodne co do jednego – kobiety muszą mieć łatwiejszy dostęp do wiedzy i władzy. Co udało im się zdziałać w tym drugim zakresie? Ano, niewiele. Za rządów II RP nie powołano ani jednej kobiety na stanowisko ministra ani wice. Wprawdzie Polki uzyskały prawo wyborcze na samym początku II RP, już w 1918 r., by w następnym roku stawić się gromadnie przy urnach – jako jedne z pierwszych na świecie. A choć mieliśmy wspaniałe, wyedukowane i społecznie aktywne przedstawicielki płci pięknej, to w gremiach rządowych nie było ich wiele: zaledwie 8 posłanek weszło do parlamentu.

Wśród nich znalazła się Irena Kosmowska, jedyna kobieta na stanowisku ministerialnym (w Tymczasowym Rządzie Ludowym Republiki Polskiej Ignacego Daszyńskiego), ale jej kariera trwała ledwie kilka listopadowych dni roku 1918. Tu ciekawostka etymologiczna: członkinie Sejmu najpierw nazywano „posełkami” lub „posełkiniami”, by dopiero po kilku latach te określenia zastąpiono słowem „posłanka”.

Najliczniejszą babską reprezentację notowano w obozie Józefa Piłsudskiego – aż 14 mandatów poselskich i 13 senatorskich. Przez całe międzywojnie mandaty poselskie dzierżyło 46 pań, 22 zaś dostąpiły godności senatorskiej. Marzenia o damskim udziale w rządzeniu krajem zostały zrealizowane tylko na ekranie. „Pani minister tańczy”, przebój filmowy z 1937 r. (z uroczą Tolą Mankiewiczówną w tytułowej roli), to była fikcja, choć niepozbawiona aluzji do realu. Bohaterka stanęła na czele Ministerstwa Ochrony Moralności Publicznej, a jedną z jej drastycznych reform była… całkowita prohibicja.

 

Czerwone i wpływowe

„Bezkobieciem” charakteryzowały się również rządy PRL-owskie po II wojnie, na przekór proklamowanemu przez komunistów masowemu zatrudnianiu kobiet w profesjach tradycyjnie zdominowanych przez mężczyzn. Zgodnie z zasadą: „Precz z burżuazyjnymi przesądami”, w PRL, zwłaszcza za stalinizmu, dziewczyny wsiadły na traktory, zaczęły kierować ciężkimi pojazdami, weszły do hut i kopalń, operowały maszynami do obróbki metalu, biły murarskie rekordy. Ale władze do „władz” ich nie dopuszczały. Jasne, zdarzały się wyjątki – jak Zofia Wasilkowska, minister sprawiedliwości (1956–1957), Eugenia Krassowska, minister oświaty i szkolnictwa wyższego, członek Rady Państwa (1965–1972), czy Maria Milczarek, minister administracji, gospodarki terenowej i ochrony środowiska (1976–1979), następnie szefowa ministerstwa pracy, płac i spraw socjalnych (1979–1980).

Jednak oprócz tych oficjalnie zawiadujących wymienionymi resortami w aparacie partyjnym i w bezpiece błyszczały takie gwiazdy jak pułkownik Julia (Luna) Brystigerowa, Wanda Wasilewska (przez 6 lat deputowana do Rady Najwyższej ZSRR, zaprzyjaźniona z samym Józefem Stalinem) lub aktywna w UB krakowskim Maria Putrament czy major Sonia Rogowska w Białymstoku. Nie zapominajmy też o „żonach swoich mężów”, których rady, sugestie, sympatie/antypatie nie raz decydowały o ludzkich losach. Bodaj najważniejsza była Liwa Szoken, czyli Zofia Gomułkowa, wpływowa działaczka PPR i PZPR, wieloletnia sekretarz w centrali KC.

Liczył się także głos Julii Minc, żony głównego stalinowskiego ekonomisty Hilarego Minca, zawiadującej całą oficjalną informacją w państwie. I jeszcze Teodora Feder – kierownik Centralnego Ośrodka Szkolenia Partyjnego, silna ręka propagandy i agitacji KC PZPR (na różnych stanowiskach od 1948 do 1964). W ostatniej dekadzie PRL-u na kilka lat rozbłysła gwiazda Zofii Grzyb, przedstawicielki klasy robotniczej, która znalazła się w składzie Biura Politycznego KC PZPR w latach 1981–1986. Co zaskakujące, zaliczyła kilkumiesięczny staż w NSZZ „Solidarność”, jednak w 1981 r. na plenarnym posiedzeniu partii złożyła samokrytykę i odcięła się od niezależnego ruchu. Jak widać, działaczki – niezależnie od epoki i rządu – serca mają po lewej stronie. Czyli zgodnie z anatomią.

[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 08.09.2026 06:00
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 36/2026, oprac. Ludwik Pęzioł