Koreańczycy pokochali Polskę? Zaczęło się od internetowej awantury
- Internetowy spór między Ukraińcami a Koreańczykami przerodził się w falę sympatii do Polski.
- Polaków i Koreańczyków łączą doświadczenia historyczne, walka o narodową tożsamość oraz podobne położenie geopolityczne.
- Zjawisko może stać się impulsem do pogłębienia wzajemnego zainteresowania obu narodów.
Tydzień przyjaźni polsko-koreańskiej
Początek tej nieoczekiwanej polsko-koreańskiej sympatii na X był właściwie produktem ubocznym ostrego spięcia między Koreą Południową a Ukrainą. Poszło o ujawnienie przez Wołodymyra Zełenskiego informacji dotyczących dwóch północnokoreańskich jeńców oraz o spór wokół wcześniejszych uzgodnień z Seulem co do poufności tej sprawy. Koreańskie MSZ wezwało ukraińskiego przedstawiciela i zażądało wyjaśnień, a napięcie szybko przeniosło się do mediów społecznościowych, w których część ukraińskich użytkowników zaczęła ostro atakować Koreańczyków. Wśród tych reakcji pojawiło się określenie Korei Południowej jako „azjatyckiej Polski” użyte w zamierzeniu jako uszczypliwość. Efekt okazał się odwrotny od zamierzonego, gdyż wielu Koreańczyków odebrało porównanie z Polską jako komplement, zaczęło odpowiadać wpisami o podobieństwach historycznych obu krajów i właśnie wtedy pojawiła się seria wzajemnie życzliwych reakcji Polaków i Koreańczyków. Połączyło nas też przekonanie o niewdzięczności naszego wschodniego sąsiada.
Niebezpieczny trójkąt
Dla Seulu sprawa dwóch północnokoreańskich jeńców nie była tylko drobnym epizodem wojny rosyjsko-ukraińskiej. Korea Południowa traktuje mieszkańców Północy jako obywateli koreańskich i już wcześniej deklarowała gotowość przyjęcia żołnierzy, którzy nie chcą wracać do KRLD, a obaj jeńcy schwytani przez Ukraińców wyrazili chęć wyjazdu na Południe. Operacja była wyjątkowo delikatna także z powodów bezpieczeństwa. Reżim Kima stosuje odpowiedzialność zbiorową, więc ujawnienie ich losu mogło narazić pozostające w Korei Północnej rodziny żołnierzy na zesłanie do obozu koncentracyjnego. Mogło też wywołać polityczną reakcję Pjongjangu oraz skomplikować przyszłe rozmowy dotyczące jeńców. Najdalej idące komentarze w Korei Południowej sugerowały wręcz, że może być to próba wywołania napięcia militarnego między obiema Koreami, wciąż przecież formalnie będącymi w stanie wojny, co z kolei zmusiłoby Północ do wycofania wojsk z Ukrainy i przerzucenia ich na własną południową granicę. Według południowokoreańskiego wywiadu to zresztą strona ukraińska jako pierwsza zwróciła się o zachowanie całej operacji w ścisłej tajemnicy, a oba państwa od początku działały ze wspólnym założeniem poufności.
Dodatkowym problemem była polityka samego Seulu. W Korei Południowej od demokratyzacji funkcjonują dwa sprzeczne ze sobą modele podejścia do komunistycznego sąsiada. Partie prawicowe prowadzą politykę, którą moglibyśmy nazwać jastrzębią, a więc dużo bardziej zdecydowaną i konfrontacyjną. Partie centrolewicowe, liberalne i demokratyczne stawiają natomiast na tzw. słoneczną politykę, w myśl której łagodne stanowisko i współpraca gospodarcza skruszą w końcu czerwony beton ubogich braci z Północy. Zapamiętany z nieudanego, tragikomicznego przewrotu poprzedni prezydent był prawicowym jastrzębiem. Administracja prezydenta Lee Jae Myunga próbuje ograniczać napięcie i odbudować możliwość dialogu z Pjongjangiem, który ucieczki obywateli na Południe tradycyjnie przedstawia jako działanie wrogie. Dlatego publiczne ogłoszenie transferu przez Zełenskiego podczas wystąpienia na forum ONZ zostało w Korei odebrane nie tylko jako złamanie ustaleń między partnerami, ale jako ujawnienie wyjątkowo wrażliwej operacji dotyczącej bezpośrednio stosunków między dwoma państwami koreańskimi.
Ukraińska ofensywa
Dyplomatyczne spięcie błyskawicznie przeniosło się na X, gdzie część ukraińskich użytkowników zaczęła reagować na koreańskie żądania wyjaśnień agresywnie i protekcjonalnie. Pojawiały się oskarżenia o niewdzięczność wobec Ukrainy, wyśmiewanie Koreańczyków, a nawet kuriozalne pytanie, kiedy Korea Południowa przeprosi Chiny za masakrę nankińską, dokonaną przecież przez wojska japońskie. Ten ostatni wpis sprowokował zgodne reakcje Koreańczyków, Chińczyków i Japończyków, którzy zaczęli wytykać autorowi elementarny błąd historyczny. Autor bronił się, że jego wpis był ironiczną odpowiedzią na pretensje o udział Ukraińców w wojnie koreańskiej po stronie Północy.
Na tym tle 28 września ukraińskojęzyczne konto „Rousseau & Reese Think Tank”, znane z wcześniejszych zaczepek pod adresem polskich internautów, skomentowało koreańskie żądanie przeprosin słowami: „Nareszcie. Azjatycka Polska”. Określenie miało charakter szyderczy, ale trafiło na zupełnie inny grunt, niż zakładali jego autorzy. Jedna z koreańskich odpowiedzi brzmiała mniej więcej: „Jeśli Polska, to przecież komplement. Byle nie Ukraina” i zdobyła ponad 11 tys. polubień. Od tego momentu awantura zaczęła zmieniać charakter: pod koreańskimi wpisami pojawili się jak zawsze czujni w takich sytuacjach Polacy dziękujący za sympatyczne reakcje, Koreańczycy zaczęli odpowiadać polskimi flagami i komentarzami o podobieństwach obu narodów, a ukraińsko-koreański konflikt niespodziewanie przerodził się w internetowy festiwal polsko-koreańskiej sympatii.
Punkty wspólne
Dość szybko okazało się, że Koreańczycy nie ograniczą się do żartów i obrazkowej wymiany polskich oraz koreańskich flag. Zaczęli tłumaczyć sobie nawzajem, dlaczego porównanie z Polską właściwie im się podoba. Jeden z szerzej podawanych dalej wpisów wskazywał na podobne położenie obu krajów między silniejszymi mocarstwami, doświadczenie utraty państwowości (rozbiory Polski i japońską aneksję Korei), okupację, walkę o zachowanie narodowej tożsamości, a wreszcie późną demokratyzację i szybki rozwój gospodarczy. Inni zachęcali wprost do zainteresowania się polską historią, polecając konkretne filmy.
Przy okazji zaczęły wypływać znacznie starsze i zaskakujące związki obu kultur. Koreańscy internauci przypomnieli choćby, że „Ballada o Janku Wiśniewskim” od dziesięcioleci funkcjonuje w Korei w przerobionej wersji jako pieśń ruchu robotniczego „Gaja! Nodong Haebang” („Naprzód ku wyzwoleniu pracy”). To, co zaczęło się więc od internetowej obelgi, bardzo szybko zamieniło się w spontaniczne odkrywanie przez obie strony, że odległe o tysiące kilometrów kraje mają w swojej zbiorowej pamięci zaskakująco wiele podobnych punktów. Koreańczycy zaczęli analizować podobieństwa potraw naszej narodowej kuchni, a kilku właścicieli kont postanowiło przybliżyć nowym polskim obserwującym ciekawostki o swoim kraju czy dzieła sztuki.
Nie ma tego złego
To wszystko jest oczywiście bardzo miłe, jednak skali zjawiska nie należy przeceniać. Nie był to temat, który opanował koreański internet czy przebił się na szeroką skalę do głównego nurtu tamtejszej debaty publicznej, lecz przede wszystkim kilkudniowy wiral w obrębie X. Najpopularniejsza koreańska odpowiedź na określenie „azjatycka Polska” osiągnęła ok. 800 tys. wyświetleń i 13 tys. polubień, przy czym zapewne sporą część ruchu stanowili Polacy. Inne wpisy o podobieństwach historycznych miały zwykle od ponad 100 do ponad 400 tys. wyświetleń. „Tygodnik Solidarność” ma swoje miejsce w tej opowieści – po polskiej stronie największy zasięg miał wpis naszego kolegi Konrada Wernickiego informujący o nazywaniu Korei „Polską Azji”, który zdobył ok. 1,4 mln wyświetleń i 9 tys. polubień. Same najlepiej widoczne wpisy dają więc około trzech milionów wyświetleń brutto, a po doliczeniu wielu mniejszych reakcji zasięg całej rozmowy był niewątpliwie większy.
Nie oznacza to jednak milionów osób zaangażowanych w „polsko-koreańską przyjaźń”: algorytm X wielokrotnie pokazywał kolejne wpisy tym samym użytkownikom, Polacy masowo zaglądali pod koreańskie posty, a społeczności wzajemnie się napędzały. Mamy więc do czynienia nie z masowym zjawiskiem społecznym w Korei, lecz z całkiem dużym i autentycznym internetowym fenomenem, który na kilka dni połączył dwie narodowe bańki. I na którym będzie można zapewne coś jeszcze zbudować.
Fundament
Bo przecież powody tej sympatii nie są na ogół naciągane. Jeszcze kilkanaście lat temu Korea kojarzyła nam się głównie z kilkoma ogólnoświatowymi markami w rodzaju Samsunga czy LG. Później do naszej świadomości przebił się k-pop, koreańska kuchnia, wreszcie kino i seriale. Okazuje się, że w mniejszej skali działa to jednak w dwie strony, i to nie tylko wtedy, kiedy kupujemy broń i sprzedajemy porcelanę i nieliczne produkty spożywcze. I nie tylko wtedy, gdy w jednym z koreańskich horrorów nawiedzony fortepian zaczynał grać Szopena.
W innym serialu robot cytował Szymborską, w jeszcze innym na półce stała ni stąd, ni zowąd… książka Grzegorza Kołodki. Niedawno w filmie „Unofficial Operation (Ransomed)” zagrał Marcin Dorociński, wcześniej, z udziałem kilku naszych aktorów w Warszawie kręcono dramę „Terius behind me”. W Warszawie teledysk do piosenki „Sticky” w 2024 roku nagrały dziewczyny z Kiss of Life, a kilka lat wcześniej aktorki Kim So-eun i Jo Bo-ah uwieczniły entuzjastyczny tour po knajpach, zabytkach i parkach Warszawy i Krakowa. Koreańczycy nie odkrywają więc zupełnie nieznanego sobie lądu. Potwierdza się jednak, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]





