Rafał Woś: Kiedy ludzie pogonią zielonych cwaniaków

- Ceny energii elektrycznej w Europie są znacznie wyższe niż w USA, Chinach czy Indiach.
- Zielona transformacja, która miała zapewnić Europie dobrobyt i technologiczną przewagę, doprowadziła do wysokich kosztów energii.
- Autor obarcza odpowiedzialnością za kryzys unijnych zwolenników polityki klimatycznej, w tym Ursulę von der Leyen i Donalda Tuska.
A czy wiecie, że koszt energii elektrycznej dla przeciętnego gospodarstwa domowego w Europie jest o 88 procent wyższy niż w USA. I ponad trzy razy większy niż w Chinach. Jak w takiej sytuacji mówić o dobrobycie dla wszystkich? Jak przeciwdziałać kryzysowi wysokich kosztów życia, na które narzekają ludzie od Irlandii przez Włochy i Niemcy po Polskę?
Gdzie są winni?
Dobrze pamiętam, jak dwie dekady temu rodziła się w Europie zielona ideologia. Jako początkujący dziennikarz obserwowałem, jak sprzedawano ją szerokiej publiczności za powód do dumy i klucz do przyszłej prosperity nas wszystkich. Europa nie tylko uratuje świat przed katastrofą klimatyczną, lecz jeszcze świetnie na tym zarobi. Bo zaleje świat swoimi e-samochodami i panelami słonecznymi. I nikt już nie będzie zależny od brudnej złej ropy kupowanej od podejrzanych typów spod ciemnej gwiazdy. Tak nam mówili przez lata zieloni mędrcy, potem dołączyły do nich ekomędrczynie. A na koniec nawet i osoby mędrcze. Co jeden to głupszy od drugiego.
Rzeczywistość faktycznie przeszła najśmielsze oczekiwania. I teraz puka w dno od spodu. Europa ma najdroższą energię i prąd na kuli ziemskiej, a koszty życia w nowoczesnym społeczeństwie, w którym jak nie masz dostępu do gniazdka, to cię po prostu nie ma, stale rosną. I końca nie widać.
Winnych też zresztą nie ma. Ursula von der Leyen robi dobrą minę do złej gry, pudrując rzeczywistość za pomocą zaklęć. Rewizja ETS albo opłaty węglowe CBAM mają uratować sytuację. Coraz bardziej przypomina to rezolucje podejmowane przez KPZR na chwilę przed upadkiem Rosji Radzieckiej. W Polsce premier Donald Tusk też szuka winnych. Znajduje ich oczywiście po stronie opozycji. I jakoś tak dziwnie milczy o tym, gdzie był w czasie, gdy Bruksela narzucała reszcie opornych (w tym Polsce) kolejne transze polityk klimatycznych. A był dokładnie tam. To znaczy w Brukseli. U boku von der Leyen jako jej wierny żołnierz.
Ludzie stracą cierpliwość?
Kiedyś mówiło się, że papier jest cierpliwy, bo przyjmie wszystko. Dziś to samo dotyczy mocy obliczeniowych potrzebnych do pokazania ludziom kolejnych rolek z propagandą na temat wspaniałej OZE-przyszłości. Jeszcze tylko trochę wysiłku. Jeszcze tylko kilkaset zyliardów publicznych pieniędzy i system brutalnie zdekarbonizowanej gospodarki zacznie się spinać.
Tyle że nie zacznie. Ten horyzont będzie się cały czas oddalał. A oni będą zawsze przekonywali, że jeszcze tylko jeden krok.
Kluczowe jest jednak coś innego. Ile cierpliwości wykażą ludzie? Jak długo dadzą sobie wmawiać, że „nie ma alternatywy”, „węgiel jest trwale nierentowny” i nic się nie da. Kiedy to się skończy? Kiedy ludzie pogonią zielonych cwaniaków (komputer zmienia mi uparcie na „maniaków”, no cóż – w sumie może być). Kiedy więc pogonimy tych maniaków z rządu, ministerstw i innych ważnych miejsc w systemie?
Mam nadzieję, że już niedługo. Bo zima nadchodzi.
[Tytuł, śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]





