Jak być związkowcem i przetrwać na uczelni

- Bycie związkowcem na uczelni wyższej wiąże się z ryzykiem możliwych szykan, które przybierają różne formy
- Związkowcy na uczelniach wyższych mogą się liczyć z pomijaniem przy zespołach badawczych, niższymi pensjami i osamotnieniem
- Uczelnie wyższe są słabo uzwiązkowione
– Praca wykładowcy na uczelni kojarzy się z prestiżem i stabilizacją. Jaką cenę płaci wykładowca, gdy zaczyna być związkowcem i walczy o prawa pracownicze? Jakie „przyjemności” czekają na pracownika naukowego, gdy zdecyduje się na działalność związkową?
– Po pierwsze uczelnie są słabo uzwiązkowione, ponieważ wielu nauczycieli akademickich nie ma silnego poczucia związku z uczelnią. Bierze się to stąd, że osoby te pracują na kliku etatach. Po drugie system wprowadzony ustawą z 2018 roku daje dość ograniczone możliwości obrony pracowników przed jedynowładztwem rektora. Rektor po tej słynnej reformie jednoosobowo zarządza uczelnią i jest całkowicie niekontrolowany, ponieważ ustawa przewiduje, że podmiotem, który miałby go kontrolować i uchylać jego rozstrzygnięcia, jest minister. Ministrowie tego nie robią, bo wolą mieć dobry kontakt z rektorami, żeby podlizywała się mu Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich, więc się nie narażają.
Szykany
– Czyli nawet instytucjonalnie jest słabo.
– Problem jest taki, że nie mamy narzędzi. Na podstawie Kodeksu pracy byłoby łatwiej, ale na podstawie Kodeksu o pracy i ustawy o szkolnictwie wyższym jest dużo trudniej.
– Dlaczego?
– Dlatego że nauczyciela akademickiego można zwolnić bez uzasadnienia po pierwszej negatywnej ocenie. Ocenienie kogoś negatywnie w dzisiejszych czasach, gdy w większości uczelni nie ma systemu transparentnej oceny, jest bardzo proste, ponieważ ocena jest subiektywna. Jeżeli przepis mówi, że po pierwszej ocenie można zwolnić, a po drugiej trzeba zwolnić pracownika, to związek nie ma narzędzi do obrony. Poza tym bycie związkowcem jest czasochłonne, a problemów na uczelniach – na co wskazują raporty dotyczące np. wypalenia zawodowego wśród kadry akademickiej lub mobbingu – jest bardzo dużo. Do związku zwracają się często ludzie spoza niego, by ich ratował.
– Bycie związkowcem na uczelni wiąże się z represjami?
– Oczywiście, ja jestem tego doskonałym przykładem. Rektor wytoczył mi postępowanie dyscyplinarne, które przegrał w komisji dyscyplinarnej na uczelni i odwołał się do komisji ministerialnej, uważając, że komisja uczelniana była stronnicza. Tam też przegrał, bo nie było innego wyjścia, nie można zabraniać działaczowi związkowemu wyrażać krytycznych opinii o przedstawicielach pracodawcy, ponieważ to prawo wynikające z ustawy o związkach zawodowych. Później jeszcze kilka razy rektor groził mi postępowaniem dyscyplinarnym, ale kolejne nie zostały wszczęte.
– W takiej sytuacji ktoś zastanowi się dwa razy, czy warto się narażać.
– Tak, postępowania dyscyplinarne to nie wszystko. Zdarzają się inne elementy prześladowania, straszenie, odbieranie zajęć lub dawanie ich w nadmiarze, układanie ich w taki sposób, by było to uciążliwe. Do tego dochodzi dyskryminacja ze względu na płace. W szkolnictwie wyższym jest ogromna uznaniowość, jeśli chodzi o wynagrodzenia – określone jest tylko wynagrodzenie minimalne nauczyciela akademickiego, a pracownicy wsparcia (pracownicy niebędący nauczycielami) wraz z wprowadzaniem ustawy stracili jakąkolwiek ochronę. Ja, jako działacz związkowy mam najniższe wynagrodzenie, a są tacy, którzy na tym samym stanowisku zarabiają prawie dwa razy tyle co ja. Nie da się tego w żaden sposób podważyć, ponieważ nie istnieją transparentne kryteria.
Osamotnienie
– Wyłania się obraz samotnej walki z sułtanem-rektorem i jego dworem.
– W pewnym sensie tak. Kiedy stajesz się działaczem związkowym i zaczynasz walczyć o ludzi, to „koledzy” zaczynają cię omijać, nie zapraszają do wspólnych badań, bo boją się, że jesteś kontrowersyjny i władze uczelni będą patrzeć na zespół negatywnie. Większość rektorów boi się kogoś, kto ma ponadprzeciętną wiedzę o prawach pracowniczych. A my w Krajowej Sekcji Nauki NSZZ „Solidarność” dbamy o to, by nasze koleżanki i nasi koledzy mieli tę ponadprzeciętną wiedzę. Tutaj żartobliwie powiem, że sprawdza się powiedzenie, że wiedza jest szkodliwa.
– Słyszałem, że związkowcy mają nawet problem z promowaniem swoich doktorantów.
– Sam tego doświadczam. Moi kandydaci na doktorantów mogą pisać doktorat tylko w trybie eksternistycznym i za niego zapłacić. Komisja rekrutacyjna po prostu nie przyjmie kogoś, kto chce być moim doktorantem. To jest związane z tym, by nie pozwolić komuś stworzyć własnego zespołu naukowego. Oczywiście to wszystko robione jest w takiej formule, by nie można było udowodnić, że taki związkowiec został źle potraktowany, ale otacza się go „kordonem sanitarnym”.
– Żeby za bardzo nie urosnąć.
– Tak, żeby nie mieć się do kogo zwrócić, żeby nie było kogoś, kto może taką osobę wesprzeć, żeby nie zbudować zespołu i nie wprowadzić na uczelnię ludzi myślących podobnie. A tworzenie nauki w pojedynkę jest trudne.
Bio:
Marek Kisilowski – dr hab. nauk o zarządzaniu, specjalność zarządzanie publiczne, docent na Wydziale Zarządzania Politechniki Warszawskiej. Członek Rady Służby Publicznej przy prezesie Rady Ministrów, członek Narodowej Rady Rozwoju przy prezydencie Andrzeju Dudzie, zastępca przewodniczącego Krajowej Sekcji Nauki NSZZ „Solidarność”.
Tagi
Komentarze
Nowe odkrycie na Księżycu. Tysiące niewidocznych wcześniej formacji

Niecodzienne odkrycie naukowców. Gratka dla fanów astronomii

Najgroźniejszy nowotwór pod lupą naukowców. Pojawiła się obiecująca terapia

Nowy pasożyt odkryty w Polsce. Naukowcy alarmują
Zaskakujące kosmiczne odkrycie. Naukowcy mówią o wyjątkowym zjawisku


