Izrael coraz bardziej przypomina Rosję

- Izrael coraz bardziej przypomina Rosję sposobem prowadzenia wojny, stosunkiem do krytyków i wykorzystywaniem poczucia zagrożenia.
- Benjamin Netanjahu trwale zmienił izraelskie społeczeństwo.
- Autor uważa, że brutalność Izraela i jego wrogów nie pozwala już traktować żadnej ze stron jako bliskiej Polsce i kulturze europejskiej.
Moskwa Bliskiego Wschodu
I nie, nie chodzi o stosunek Państwa Izrael do Rosji i Ukrainy. Państwo żydowskie nie jest prorosyjskie. A w każdym razie znacznie mniej, niż obawialiśmy się kiedyś – w okresie gdy Moskwa szukała w Jerozolimie sojusznika w swojej wojnie z Polską, Ukrainą i Bałtami jako rzekomymi dawnymi wspólnikami nazistów, którzy w związku z tym do dziś powinni słuchać się Rosji jako kraju, który kiedyś nazistów pokonał i zakończył Holocaust. Dziś wobec wojny na Ukrainie Izrael zachowuje się jak członek wspólnoty zachodniej, daleki od radykalizmu, ale nie kwestionujący racji Kijowa.
Idzie nie o politykę zagraniczną, tylko o ewolucję izraelskiego ducha.
Najlepiej na przykładzie.
Putin i Gaza
W okresie pierwszego humanitarnego kryzysu w Gazie bardzo wtedy popularny telewizyjny program satyryczny „Latma”, z ducha prawicowy, który często dworował sobie z izraelskiej lewicy, przepełnionych ojkofobią telawiwskich hipsterów i z prezydenta Baracka Obamy, poświęcił jeden odcinek Władimirowi Putinowi, który też został krwawo wyśmiany i pokazany jako skończony barbarzyńca. Ale najbardziej wbił mi się w pamięć fragment, w którym udzielający wywiadu izraelskim liberalnym dziennikarzom rosyjski prezydent mówi:
– Bardzo mi przykro wciąż słyszeć o kryzysie humanitarnym w Gazie. My skończylibyśmy z tym od razu.
– Z kryzysem humanitarnym? – uściśla, dla porządku, liberalny dziennikarz.
– Nie, z Gazą – odpowiada po prostu Putin.
Dziś to, co wtedy było satyrą, mającą podkreślić, jak bardzo różni się demokratyczny, zachodni Izrael od dyktatorskiej, przaśnej Rosji, ogląda się inaczej. Czy ten epizod z chamskim, lapidarnym Putinem nie był wyrazem skrytego podziwu…? Tego nie wiem. Ale jedno jest pewne – przez kilkanaście lat izraelskie standardy zbliżyły się do rosyjskich.
Szowinizm, rasizm, eksterminacja
Nie tylko, jeśli chodzi o Gazę i fakt zrównania jej – w dużym stopniu – z ziemią. Pozostaje bowiem otwarta kwestia, czy w konkretnych warunkach Izrael mógł poradzić sobie z Hamasem w inny sposób – nie dane mi było poznać jakiejkolwiek odpowiedzi krytyków Izraela na to pytanie, przyjmuję więc, że nie mógł. Bardziej niż o zniszczenia spowodowane w trakcie działań wojskowych chodzi o celowe niszczenie przez armię infrastruktury cywilnej, w tym szkół, szpitali, meczetów, sadów i ogólnie upraw, a także instalacji odsalania wody morskiej. W oczywistym celu – uczynienia tego obszaru niemożliwym do życia.
Przy czym szczególnie niepokojące jest, że Gaza nie była jednostkowym incydentem – ostatnio te same techniki armia izraelska stosuje wobec szyickich wiosek w okupowanej części Libanu. Trwa tam wyburzanie domów, szkół, meczetów, pola i gaje oliwne są wypalane i trwale wyjaławiane za pomocą chemikaliów. Najwyraźniej procedura pozbywania się ludności cywilnej z obszarów uznawanych za bazę zagrożeń wobec Izraela (albo za będące, na mocy biblijnych uroszczeń, jego mistyczną własnością) stała się trwałym modus operandi państwa żydowskiego.
Działania te harmonizują z ewolucją społeczeństwa. W maju 2025 roku ponad 80 procent (!) żydowskich Izraelczyków stwierdziło, że chciałoby wypędzenia Palestyńczyków z Gazy.
Rosną postawy szowinistyczne, wręcz rasistowskie i eksterminacyjne, czego spektakularnym przejawem jest np. używanie nie tylko przez skrajnego członka koalicji rządzącej Bezalela Smotricza, ale również przez samego Beniamina Netanjahu słowa „Amalekici” wobec Palestyńczyków z Gazy (dla przypomnienia – Amalekici to był lud według Starego Testamentu toczący długie wojny z Żydami i ostatecznie z rozkazu Jahwe całkowicie eksterminowany przez Żydów fizycznie). W Jerozolimie zaczęły się zdarzać spontaniczne ataki Żydów na chrześcijańskich duchownych (nie tylko tych arabskich, również europejskich) – coś, co kiedyś było tam nie do pomyślenia.
Nam wolno wszystko
Ale kiedy mówię o trwającym procesie zbliżania się wizerunku Izraela do wizerunku Rosji, myślę też, może nawet bardziej, o powszechnym przyjęciu w państwie żydowskim pewnego obrazu relacji między sobą a światem zewnętrznym.
To w putinowskiej Rosji powstała szczególna logika, w myśl której każda krytyka dzisiejszej Federacji Rosyjskiej – to faszyzm, a to dlatego, że kiedyś to Rosja faszyzm pokonała. Czy obecna izraelska logika, w myśl której każda krytyka dzisiejszego Izraela – to antysemityzm, bardzo odbiega od tego wzorca?
Pod tym względem te obie logiki zresztą potrafią się zbiec. Czołowy putinowski propagandysta, niezwykle bogaty Władimir Sołowiow, któremu po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji na Ukrainę w związku z sankcjami skonfiskowano willę nad włoskim jeziorem Como, kilka razy później podkreślał, że oto w Europie, w której kilkadziesiąt lat temu przeprowadzono Holocaust, teraz zabrano dom jemu – Żydowi. Sugerował więc, że obecne władze włoskie zabrały mu tę willę ze względu na jego pochodzenie…
No i Izrael, jak nie przymierzając Rosja, czuje się nieustannym przedmiotem zagrożenia ze strony wszystkich sąsiadów. Jest tu ważna różnica – Rosja to zagrożenie sobie wymyśla, podczas gdy Izrael jest zagrożony rzeczywiście. Natomiast to poczucie zagrożenia, raz wytworzone, oba kraje wykorzystują jako pretekst dla ekspansji oraz jako uzasadnienie, że w walce z tym zagrożeniem wolno im wszystko.
Twórca nowej duszy narodu...
Piszę „Izrael”, a być może powinienem pisać: „Izrael Netanjahu”. Bo to obecny premier, na dobre i na złe (to pierwsze to zdecydowana, w ciągu ostatnich lat, poprawa strategicznej sytuacji militarnej Jerozolimy, to drugie to wzniesienie na niespotykany dotąd poziom nienawiści do państwa żydowskiego w regionie i widowiskowa utrata resztek sympatii na Zachodzie) jest duchowym ojcem obecnego Izraela, odcisnął na nim swoje ogromne piętno. A jak pisze Marcin Lupa w niedawno wydanej pierwszej polskiej biografii obecnego premiera Izraela, postrzega on
„siebie niemal mesjanistycznie – jako samotnego proroka ostrzegającego ślepy świat przed nadciągającą katastrofą”,
i świadomie zawsze tworzył swój wizerunek jako „Pana Bezpieczeństwo”, przywódcy
„twardszego i lepiej przygotowanego do mierzenia się z zagrożeniami niż wszyscy jego rywale razem wzięci”.
Przy czym Netanjahu, znajdujący się w stanie niemal permanentnego zagrożenia politycznego (oskarżenia o korupcję i o zlekceważenie sygnałów o przygotowywaniu przez Hamas uderzenia na południowy Izrael; konflikt o pozycję Sądu Najwyższego) był i jest osobiście zainteresowany w tym, żeby uwagę i emocje obywateli pochłaniała kinetyczna wojna z przeciwnikami zewnętrznymi i strach przed nimi.
„Czy Benjamin Netanyahu prowadził tę wojnę wyłącznie jako premier odpowiedzialny za bezpieczeństwo państwa, czy również jako polityk walczący o własne przetrwanie?”
– Lupa nie rozstrzyga tego dylematu. My odnotujmy, że nie ogranicza się on do przeszłości i wojny w Gazie. Marek Matusiak z Ośrodka Studiów Wschodnich mówi w kontekście Netanjahu o strategii „«ucieczki do przodu», polegającej na wskazywaniu nowych zagrożeń” –
„jeżeli akurat Iran przestał być aż tak groźny, bo właśnie został ciężko zbombardowany, to wrogiem zostaje Turcja”.
Bo Izrael
„to jest państwo, które nie może żyć bez przeciwnika”.
Szlakiem Bibiego
Nadchodzące wybory (skądinąd pierwsze od ataku Hamasu w 2023 roku) będą, jak wskazują wszystkie sondaże, niezwykle wyrównane. Może z nich wyjść nowy rząd Netanjahu. Może też się okazać, że Bibi będzie dalej rządził jako p.o. premier – do przedterminowych wyborów. Ale można też wyobrazić sobie, że rzutem na taśmę wygrywa liberalna opozycja. Czy oznaczałoby to fundamentalną zmianę?
Eksperci są zgodni, że jeśli chodzi o kwestie związane ze stosunkiem do Palestyńczyków i, w ogóle, narastającym żydowskim szowinizmem, to raczej nie. Bo zarówno wydarzenia ostatnich lat, jak i sama osobowość Beniamina Netanjahu trwale zmieniły społeczeństwo. A liberalna opozycja, by nie zostać trwale odrzucona, musi podążać wytyczonym przez Bibiego szlakiem.
***
Czy z tego wszystkiego wynika, że wrogowie Izraela powinni wzbudzać naszą sympatię? Absolutnie nie. Poziom ich zdziczenia (czy może raczej – naturalnej dzikości) jest odstręczający. Bezpośrednio po październiku 2023 roku, po orgii dokonanych przez Hamas morderstw cywilnych Żydów i gwałtów na pojmanych Żydówkach, Douglas Murray powiedział, że bardzo wielu ludziom na świecie zdarza się czynić rzeczy potwornie złe, ale raczej to ukrywają, maskują, a w każdym razie nie obnoszą się z tym. Natomiast arabscy wrogowie Izraela są na tym tle ewenementem – masowo demonstrują radość i dumę ze swoich zbrodni.
Jeśli dodamy, że od tego czasu dowiedzieliśmy się wiele o maltretowaniu, w tym seksualnym, porwanych do Gazy zakładników, i jeśli wiemy, że eksterminacyjny program likwidacji izraelskiej państwowości pozostaje dla wrogów Izraela aktualny – to staje się oczywiste, że sympatię dla nich mógłby odczuwać wyłącznie zoologiczny antysemita albo ktoś, ujmijmy to tak, bardzo dziwaczny. Ale sympatia do Izraela, czy nawet tylko intuicyjne uznawanie go za byt w jakikolwiek sposób nam bliższy (nam – Polakom, ale też szerzej – ludziom kultury europejskiej) – musiały się rozwiać.
Pozostaje chłodne, neutralne obserwowanie, jak dwa dogłębnie nam obce światy usiłują fizycznie zlikwidować się nawzajem. To postawa emocjonalnie trudna – lubimy przecież odnajdywać wszędzie, w każdym konflikcie, „dobrych” i „złych” – ale intelektualnie, niestety, chyba obecnie jedynie możliwa.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]





