Fajnopolactwo i walka klas

- „Fajnopolactwo” pełni funkcję klasowego kodu, którym aspirująca klasa średnia odróżnia się od Polski „B”.
- Popularność pojęcia „fajnopolactwa” odwróciła część kulturowego wstydu, zmuszając liberałów do udawania „zwykłych Polaków”.
- Prawdziwe przełamanie tej hierarchii wymaga odwstydzenia kultury ludowej i odzyskania poczucia wartości przez klasy „niższe”.
Fajnopolactwo to pojęcie par excellence klasowe, co łatwo pokazać na przykładach. Osoby, które usilnie dbają o powierzchowne znamiona „fajności”, znajdziemy przecież w każdej części społeczeństwa, a jednak nie każdą z nich nazwalibyśmy fajnopolakiem. Czy młody rolnik, który kupuje motorynkę, żeby „poszumieć” po wsi i w ten sposób podnieść swój status w lokalnej hierarchii, jest fajnopolakiem? A „Sebastian” z dzielnicy o wątpliwej renomie, spędzający długie godziny na siłowni, wspomagający się zastrzykami z „teścia” i szkalujący policję? A może polski multimilioner, który chce być „fajny”, więc kupuje jacht, zostaje mecenasem sztuki albo angażuje się w działalność filantropijną? W każdym z tych przypadków odpowiedź brzmi: nie. A przecież wszyscy chcą być postrzegani jako „fajni” w swoim otoczeniu, wszyscy zabiegają o powierzchowne oznaki „fajności”. Mimo to żadnej z powyższych osób nie nazwalibyśmy fajnopolakiem.
Niebezpieczne słowo
Inaczej wygląda to w przypadku klasy średniej. Tutaj do „fajnopolactwa” pasują już najróżniejsze sposoby demonstrowania „fajności”: „fajnopolacki” korpojęzyk, udział w „fajnopolackich” imprezach (Męskie Granie, Open’er Festival), czytanie „fajnopolackich” książek (z Olgą Tokarczuk na czele), „fajnopolackie” upodobania kulinarne (ramen, kuchnia wegańska, wszystko z „kraftem” w nazwie), „fajnopolackie” autorytety („Juras”, Władysław Bartoszewski, Marian Turski), wreszcie „fajnopolackie” usługi: joga, pilates i cała reszta.
W tym ujęciu „fajnopolactwo” staje się po prostu sposobem pokazania, że przynależy się do polskiej „aspirującej” klasy średniej. Ma świadczyć o guście, kapitale kulturowym, ale też (bardziej dyskretnie) o statusie majątkowym. Koszt potraw, biletów na kulturalne eventy czy usług dodatkowo potwierdza tę przynależność i odgradzają „fajnopolaka” od Polski powiatowo-dożynkowej: tej, która do wielu z tych „dobrodziejstw” nie ma dostępu albo zwyczajnie nie może sobie na nie pozwolić.
Ofensywa „Polski B”
Można zapytać: dlaczego wszystko to jest tak zakamuflowane i dlaczego nie mówi się wprost o różnicach i sprzecznych interesach klasowych? Odpowiedź jest prosta: system demoliberalny i kapitalizm mają żywotny interes w tym, by uśpić świadomość klasową. Beneficjentem tego systemu jest bowiem mniejszość, która w warunkach demokracji musi przegrać. Jedynym sposobem, by uniknąć tego scenariusza, jest wprowadzenie kultury klasizmu. Chodzi o to, by jak najwięcej ludzi bało się wylądować wśród tych „niżej”. A to „niżej” ma swoje dobrze znane nazwy: „Polska B”, „wiocha”, „ciemnogród” etc. Trzeba więc stworzyć wrażenie, że przynależność do tej grupy to „obciach”. Wtedy łatwiej skłonić ludzi do głosowania wbrew własnemu interesowi klasowemu: na to, co „fajne”, „światłe”, „rozumne” i „nowoczesne”, czyli na partie, które później dokonają już „odpowiedniego” podziału (zwłaszcza ekonomicznego) społecznego tortu.
I tutaj trzeba przyznać, że samo szerzenie pojęcia „fajnopolactwa” można traktować jako ofensywę tzw. Polski B. Przez długi czas bowiem strona „nowoczesno-liberalno-europejska” dysponowała całym arsenałem inwektyw i stygmatów wymierzonych w „doły”, podczas gdy „doły” niespecjalnie miały czym się odwinąć. Dawało to sporą przewagę. Zanim „ciemnogród” połapał się, o co chodzi, przynależność do niego miała już być powodem do wstydu.
Sytuacja zaczęła się zmieniać na początku drugiej kadencji Platformy Obywatelskiej, około 2011 roku. Duży udział miał w tym właśnie termin „fajnopolactwo” – przypisywany Rafałowi Ziemkiewiczowi i powstały w reakcji na akcję Tomasza Lisa „Fajna Polska”. Określenie „fajnej Polski” miało wyrażać wielki optymizm i zadowolenie z sytuacji dziejowej, w jakiej znaleźli się Polacy. W praktyce pomagało też mentalnie pacyfikować wszelki opór „dołów” w zarodku. Skoro jest fajnie, to po co się buntować? Po co głosować na partie, które przedstawiają się jako „głos ludu”?
Ironiczne użycie nazwy akcji Lisa okazało się skuteczną bronią. Nagle obciachem stało się bycie wielkomiejskim „lemingiem” (określenie bardziej polityczne) czy fajnopolakiem (określenie bardziej kulturowe). O skuteczności tej broni dziś świadczy masowość obśmiewania szczególnie jaskrawych przejawów wielkomiejskiego „średniactwa”. Wystarczy wymienić najnowsze przykłady: „adżajlową” Barbarę Mróz-Gorgoń czy dziewczynę od „matcha-guide”, której rolka zrobiła zawrotną „karierę” w mediach społecznościowych.
Czas maskarady
Widać, że do zmieniającej się sytuacji próbują dostosować się także siły liberalne. Obserwując ostatnie kampanie wyborcze, jak choćby Koalicji Obywatelskiej w 2023 roku czy Rafała Trzaskowskiego w 2025 r., widać, że starają się swoje „fajnopolactwo” schować jak najgłębiej i możliwie sprawnie podszywać się pod swoje wyobrażenie „ludu”. Świadczą o tym płomienne mowy Tuska o nacjonalizmie gospodarczym, chowanie unijnych flag na czas wieców czy wizyty na targach rolniczych i publiczne pałaszowanie rosołu u „licencjonowanych” wiejskich gospodarzy.
Do tych „upokarzających” praktyk zmusiło demoliberałów właśnie przesunięcie wrażenia „obciachu” na ich własne kulturowe poletko. Wytrąciło im to z rąk dotychczasową przewagę propagandową. I dlatego teraz zaczyna się czas maskarady: czasem bardziej nieudolnej, czasem (przynajmniej dla części społeczeństwa) całkiem przekonującej.
I tak dochodzimy do pojedynku między politycznymi aktorami wcielającymi się w „polski lud” a rzeczywistymi reprezentantami ludu, którzy próbują demaskować cały spektakl. O tym, jak ważne dla liberałów udających zwykłych Polaków jest zachowanie wiarygodności, świadczy błyskawiczne wyrzucenie ze stanowiska wspomnianej już Barbary Mróz-Gorgoń. Podczas gdy inni członkowie ekipy rządzącej, uginający się od afer i zarzutów, wciąż pozostają na swoich stanowiskach, specjalistka od „polskiej marki” wyleciała w try miga. Właśnie dlatego, że swoją osobą rozwiewała całą opowieść rządu o tym, że są takimi samymi „normalsami” jak większość Polaków. Można wybaczyć tragedie na SOR-ach, zoofilię i okradanie powodzian, ale nie można pozwolić, by wyszło na jaw, że tak naprawdę nie jesteśmy tacy jak zwykli Polacy.
Fajno-orbiterzy
Zadanie rządu nie jest jednak łatwe, bo nie wszystkim podoba się ten ostentacyjny odwrót od fajnopolactwa i schlebianie „kulturze motłochu”. Liberalny establishment, nawet gdyby chciał, nie może przecież nagle zacząć podskakiwać do disco polo czy bujać się w rytm ulicznego rapu, bo zostałby odrzucony przez swój twardy elektorat. Potrzebny jest więc szpagat: trzeba jednocześnie udawać „zrozumienie dla ludu” i utrzymywać w kręgu widoczności postacie, które swojego fajnopolactwa się nie wstydzą, a nawet otwarcie manifestują swoją pogardę do „dołów”, vide – prof. Radosław Markowski czy eksartysta Zbigniew Hołdys.
Posługiwanie się nimi wymaga jednak ostrożności i precyzji, bo każdą swoją wypowiedzią dostarczają amunicji przeciwnikom. Muszą więc raczej pełnić rolę „orbiterów”: być blisko władzy, ale nie występować formalnie jako jej przedstawiciele.
Zmierzch fajnopolactwa?
Fakt, że odium obciachu częściowo przeniesiono na kulturę fajnopolacką, nie oznacza oczywiście jej rychłej śmierci. Być może traci ona trochę ze swojej siły przyciągania, ale żeby całkowicie ją unieszkodliwić, potrzebne jest jeszcze „odwstydzenie” szeroko pojętej kultury ludowej. A to nie jest proste, bo poczucie wstydu wobec kultury wiejskiej, małomiasteczkowej, robotniczej etc. było przez dziesięciolecia konsekwentnie wpajane.
Tylko jeśli uda się ten proces odwrócić, magnetyzm „fajnopolactwa” ostatecznie osłabnie. Do tego właśnie niezbędna jest rehabilitacja kultury klas „niższych” i sytuacja, w której Polacy przestaną się wstydzić dożynek, święcenia przez księdza wozów strażackich, ludowego katolicyzmu, potańcówek w remizach czy ludowych wesel.
Potrzebne są więc obie rzeczy: odwstydzenie oraz sprawne demaskowanie liberalnej maskarady przez pokazywanie, kto i po co próbuje uchodzić za „zwykłego Polaka”, jednocześnie broniąc interesów ekskluzywnych grup. Dopiero wtedy może pojawić się prawdziwa świadomość klasowa. Wyrasta ona bowiem także z kultury i poczucia własnej wartości. Człowiek, który nie wstydzi się swojej klasy, jej obyczajów i sposobu życia, jest znacznie mniej podatny na namawianie go do głosowania przeciwko własnemu interesowi – również ekonomicznemu.
[Niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]





