Donald otrzeźwia prawicę

- Nieudana próba przejęcia Trybunału Konstytucyjnego pokazała słabość rządu Donalda Tuska.
- Słabnąca pozycja premiera stwarza szansę na zjednoczenie prawicy przed wyborami.
- Prawica potrzebuje spójnego planu naprawy państwa i wiarygodnego lidera.
Donald Tusk uwielbia się puszyć. „Rok przełomu”, „jesienna ofensywa”, „bezwzględne przywracanie praworządności”, „przyspieszenie”, „nie zawaham się”, no i niezawodne „uwierzcie mi, wiem jak to zrobić” – ten zestaw haseł jest znany od lat. Gdy premier dołoży do tego srogą minę, usłużne mu media wieszczą coś wielkiego. Lider rządzącej koalicji wreszcie ma pokazać, na co go stać, uderzyć z pełną mocą i bez brania jeńców.
Tusk jednak stracił impet już w połowie 2024 roku i od tego czasu tylko dryfuje. To wówczas powstało powiedzenie, że nic tak mu nie wychodzi jak PiS-owcy z aresztów. Od tej pory niewiele się zmieniło.
Teraz jednak miało być inaczej. Do wyborów został rok, a fanatyczni zwolennicy domagają się sprawczości. Sukcesów nie widać, bo budżet się sypie, służba zdrowia jest w kryzysie, pacjenci umierają w poczekalniach szpitali, inflacja idzie w górę, cen paliw nie udało się znacząco obniżyć. Pozostała tylko rozprawa z PiS, a właściwie z instytucjami od rządu jeszcze niezależnymi. Siłowe przejęcie Trybunału Konstytucyjnego wydawało się idealną akcją do tego, by przywrócić oblicze Donalda groźnego.
Osobisty wróg
Właściwie wszystko wydawało się sprzyjać spektakularnej akcji: jednoznacznie propisowskie miasteczko rozłożone przed Trybunałem Konstytucyjnym, obecność na miejscu znienawidzonego przez Tuska Roberta Bąkiewicza i ludzi z Ruchu Obrony Granic, czyli ekipy, którą politycy KO i ich fanatyczni wyborcy najbardziej chcieliby sponiewierać.
Do tego Tusk podgrzewa atmosferę, mówiąc otwarcie, że jego celem jest usunięcie ze stanowiska Bogdana Święczkowskiego, czyli legalnie wybranego prezesa TK. Choć takie wyznanie mocno zalatuje zamachem stanu, to jednak premierowi w żaden sposób nie przeszkadza. Im mocniejsze słowa padną, tym bardziej przeciwnicy powinni się bać.
Jednak tuskowa machina przemocy znów się zacięła. Warszawscy policjanci mieli zagrozić, że jeśli padnie rozkaz ataku, oni masowo pójdą na zwolnienia lekarskie. Ściągani spoza stolicy funkcjonariusze także nie palili się do politycznej roboty. Wiedzieli, że staną się bohaterami mediów, a ich twarze będą wielokrotnie pokazywane w telewizjach informacyjnych, tak jak to było w przypadku najścia na mieszkanie Tomasza Sakiewicza, prezesa Telewizji Republika.
Zamiast pacyfikacji mieliśmy do czynienia z nieudaną próbą wprowadzenia do budynku Trybunału niedawnego ministra Macieja Berka, który później chwalił się publicznie, że mógł napić się kawy w gabinecie prawdziwego sędziego TK. Powiedzieć, że to kompromitacja, to nic nie powiedzieć. To żenada połączona z frajerstwem, które zobaczyli zarówno wielbiciele premiera, jak i jego przeciwnicy.
Miał być efekt mrożący, ale wyszło groteskowo. Osobisty wróg Tuska – Bogdan Święczkowski – jak natrętną muchę przegonił z budynku TK niedawną prawą rękę premiera, czyli Macieja Berka, któremu pozostało tylko wypłakać się w mankiet zawsze usłużnej Moniki Olejnik.
Nieudolny pucz
Pogrążona w kłótniach i marazmie opozycja patrzyła na to widowisko z niedowierzaniem. Wiedziała przecież, że będzie bezradna, jeśli siła rzeczywiście będzie użyta. W obronie TK nie stanęłyby przecież ani Komisja Europejska, ani międzynarodowe organizacje tak zaciekle broniące praworządności za rządów PiS. Nie udałoby się nawet zmobilizować wielkich demonstracji w obronie Bogdana Święczkowskiego i niezależności Trybunału, bo Polacy są zmęczeni tym sporem i doskonale wiedzą, że każda ze stron dołożyła sporo, by tę instytucję niszczyć.
Atak, choć nieudany, pokazał jednak, kto jest prawdziwym wrogiem. Spór na prawicy, nawet jeśli ostry, choć na chwilę musiał zejść na dalszy plan, gdy rządząca ekipa ponownie próbuje stosować represje. Mogą one przecież dotknąć nie tylko samego prezesa TK, ale – w przypadku sukcesu siłowego rozwiązania – pójść znacznie dalej. Tego zresztą rządzący wcale nie ukrywają, dlatego próbują dopaść pracowników Kancelarii Prezydenta oraz nałożyć kaganiec cenzury na media.
Sięganie po argument policyjnej pałki jest zresztą jedyną nadzieją Tuska na utrzymanie władzy. W ciągu roku musi pokazać, że jest na tyle twardy, by uporać się z opozycją, z którą ostatnio ciągle przegrywa. Jego personalną klęską były wybory prezydenckie, osobiście zaangażował się także w przyspieszone, boleśnie przegrane wybory na prezydenta Krakowa, nie potrafi poradzić sobie z wetami prezydenta, który na dodatek systematycznie drwi z pogróżek premiera. Skala radości szefa rządu okazana po podpisaniu przez Karola Nawrockiego ustawy o dodatkowym opodatkowaniu firm paliwowych pokazała, w jak głębokiej defensywie Donald Tusk się znalazł.
Droga do zjednoczenia
To właśnie słabość i nieudolność obecnej ekipy uświadomiła prawicy, że sięgnięcie po władzę w przyszłym roku staje się całkiem realne mimo sondaży wskazujących dużą przewagę Koalicji Obywatelskiej nad PiS i Konfederacją oraz głębokim podziałom między partiami reprezentującymi konserwatywne wartości. Tusk po prostu zdaje się nie mieć siły, a jego zaplecze – nie wierzyć już w jego sprawczość.
Dlatego 15 października podczas konwencji w Krakowie Jarosław Kaczyński mówił:
– Zjednoczeni możemy zwyciężać, jedność jest drogą do zwycięstwa. Mamy rok do wyborów. Jest już bardzo zaawansowany czas, by w końcu wszystkie polskie siły patriotyczne, zorganizowane i te może mniej zorganizowane, podjęły decyzję o tym, że różnice między nami, różnice niekiedy daleko idące, że to wszystko, co nas dzieli, o co się spieramy, czasem nawet kłócimy, czasem wzajemnie się atakujemy, to wszystko jest naprawdę drugorzędne.
To oczywiście ręka wyciągnięta do wielu środowisk, ale przede wszystkim do posłów, którzy zostali wyrzuceni z PiS za zaangażowanie w Stowarzyszenie Rozwój Plus Mateusza Morawieckiego. Jednak ludzi, którzy mogą chcieć tworzyć wspólny antytuskowy blok, jest więcej: samorządowcy, którym wkrótce kończą się kadencje, Bezpartyjni Samorządowcy, środowiska zaangażowane w projekty infrastrukturalne i prorozwojowe, przedstawiciele grup zawodowych, które ucierpiały w wyniku katastrofalnej polityki środowiskowej obecnego rządu i wielu innych niezadowolonych z nieudolności władzy.
Poza fanatykami nikt nie może już mieć wątpliwości, że obecna ekipa rządząca się wypaliła. Tak jak skapitulowała przed Trybunałem Konstytucyjnym, tak wcześniej uległa pod presją lekarzy, podporządkowała się lobby odnawialnych źródeł energii czy niemieckim naciskom w sprawie budowy elektrowni atomowej, Centralnego Portu Komunikacyjnego czy umowy z państwami Mercosur.
Opór wewnętrzny
Paradoks polega na tym, że największą przeszkodą zjednoczenia prawicy jest dziś samo PiS, a właściwie jego radykalne skrzydło. Tego samego dnia, gdy Kaczyński ogłaszał chęć zjednoczenia, Patryk Jaki, lider grupy polityków związanych niedawno z Suwerenną Polską, tak komentował sondaż Ogólnopolskiej Grupy Badawczej:
„Nowy sondaż. Zgodnie z przewidywaniami PiS rośnie, Rozłam + bez szans na mandaty. Wybory prawicy muszą tylko całkowicie wygasić projekt koncesjonowanej za stołki prawicy Morawieckiego oraz tej prorosyjskiej i PiS wraca na pozycję lidera a Tusk może się pakować w przyszłym roku” [pisownia oryginalna].
Ten wpis pokazuje, że nienawiść do Mateusza Morawieckiego znacznej części polityków byłej Suwerennej Polski całkowicie przesłoniła realną ocenę sytuacji. Jakby nie dostrzegali, że to właśnie takie autodestrukcyjne zachowania zapewniają Donaldowi Tuskowi i jego zapleczu bezkarność w prowadzącej do katastrofy polityce zadłużania państwa, dewastowania kolejnych instytucji i podważania zaufania do własnego kraju.
O ile więc obecny premier daje prawicy wszelkie powody do zjednoczenia, o tyle klucz do niego leży w zdyscyplinowaniu niewielkiej grupki radykałów, którzy ciągle uważają, że powinni upodabniać się do Grzegorza Brauna.
Zdają się nie rozumieć, że to właśnie z powodu agresywnej antyeuropejskiej retoryki znacznej części prawicy Koalicja Obywatelska zachowuje wysokie poparcie. Stawianie na ciągłą konfrontację z Brukselą i optyka oblężonej przez siły zła twierdzy oznacza wpisywanie się w scenariusz obecnego premiera. Jego strategią jest zbudowanie podziału na siły pro- i antyeuropejskie. Dokładnie tak wybory przez lata wygrywali kolejni prezydenci Francji, którzy stając naprzeciwko kandydatów Zjednoczenia Narodowego, tworzyli podział na przewidywalny świat spokoju oraz chaos.
Choć dziś widzimy, że prawda wyglądała inaczej, a umiarkowani kandydaci doprowadzili Francję do katastrofy, to przez kilkadziesiąt lat mechanizm działał doskonale. Wyborcy, bojąc się ludzi nieprzewidywalnych, głosowali na to, co znają.
Atuty w rękach
Do polityków prawicy, przynajmniej do części z nich, powoli dociera jednak, że mają w ręku właściwie wszystkie atuty. Policjanci buntują się przeciw politycznemu zaangażowaniu, Tusk jest coraz bardziej osamotniony, bo nikt nie chce dzielić z nim porażki, nieudolność jego rządów dostrzegają wszystkie grupy społeczne, które mniej lub bardziej jawnie artykułują swoje niezadowolenie.
Jedyne, czego dziś prawicy brak, to realny, spójny plan naprawy państwa i uspokojenia sytuacji. Na dodatek to wszystko musi być powiedziane w kilku krótkich przejrzystych zdaniach przez lidera, który wzbudzi zaufanie.
Donald Tusk właśnie rozwinął przed nim czerwony dywan.
[Sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]






