Anatomia Niemiec. Zmierzch partii głównego nurtu. Za Odrą idzie nowe

- Według wstępnych wyników AfD wygrała wybory w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, natomiast w Berlinie najwięcej głosów zdobyła Die Linke.
- CDU nie przekroczyła progu wyborczego w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, co oznacza, że po raz pierwszy nie będzie reprezentowana w jednym z parlamentów krajowych RFN.
- Sebastian Meitz wskazuje, że wyniki obu wyborów pokazują rosnącą fragmentację niemieckiej sceny politycznej i osłabienie części ugrupowań, które przez dekady dominowały w polityce RFN.
Mieszkańcy Meklemburgii-Pomorza Przedniego i Berlina wybrali swoje władze krajowe. I choć wyniki niedzielnych wyborów nie są wielkim zaskoczeniem, to jednocześnie jeszcze kilka lat temu wydawałyby się absolutnie nierealne. AfD najpopularniejszą partią w kolejnym kraju związkowym, a postkomuniści z Die Linke przed szansą objęcia sterów w największym mieście Unii Europejskiej.
Zapraszam na podsumowanie superniedzieli wyborczej w Berlinie i Meklemburgii-Pomorzu Przednim.
Katastrofa CDU i błękitna fala nad Bałtykiem
W Meklemburgii-Pomorzu Przednim ostra walka o pierwsze miejsce trwała niemal do samego końca niedzielnych wyborów. Przy drugiej najwyższej w historii landu frekwencji w wyborach do parlamentu krajowego, która wyniosła 78,1%, pierwsze miejsce zajęła AfD z wynikiem 38,2%, a drugie SPD z wynikiem 35,5%. Postkomuniści z Die Linke (Die Linke ma historyczne korzenie prowadzące m.in. przez PDS do SED - przyp. red.), z poparciem na poziomie 6,5%, oraz Zieloni, z poparciem 5,7%, to jedyne pozostałe partie, które wprowadzą swoich przedstawicieli do krajowego parlamentu. I o ile braku w tym gronie liberałów z FDP, którzy uzyskali 1,0% głosów, oraz Sojuszu Sahry Wagenknecht (Bündnis Sahra Wagenknecht, BSW) można było się spodziewać, to brak CDU jest najważniejszą polityczną konsekwencją tych wyborów.
Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna (CDU) jest jedną z partii, które ukształtowały powojenną Republikę Federalną Niemiec. Z jej szeregów wywodziło się sześciu spośród dziesięciu kanclerzy RFN, wliczając obecnego kanclerza Friedricha Merza. Jest to również partia, która na koniec 2025 roku zrzeszała w Niemczech największą liczbę członków, 356 769 osób, a w Meklemburgii-Pomorzu Przednim jeszcze pięć lat temu uzyskała 13,3% głosów. Wczorajszy wynik, 4,9%, jest nie tylko najgorszym wynikiem w historii tej partii. Sprawił również, że po raz pierwszy w historii Republiki Federalnej Niemiec CDU nie będzie reprezentowana w jednym z parlamentów krajowych.
Z drugiej strony mamy AfD, której w niedzielnych wyborach udało się nie tylko przekonać do siebie w Meklemburgii-Pomorzu Przednim rekordowe 38,2% wyborców, ale która wygrała również bezpośrednią rywalizację w 22 z 36 jednomandatowych okręgów wyborczych. Taki wynik jest nie tylko wyższy niż wskazywały ostatnie przedwyborcze sondaże, według których SPD mogła wyprzedzić AfD na ostatniej prostej, ale również lepszy niż prawie wszystkie wcześniejsze prognozy. I to pomimo faktu, że czołowy kandydat AfD (Spitzenkandidat) Leif-Erik Holm w bezpośrednim pojedynku z urzędującą premier Manuelą Schwesig w okręgu Schwerin I doznał dotkliwej porażki, 28,2% do 54,4%, i nie zasiądzie w parlamencie krajowym.
Wszyscy przeciwko AfD
Zresztą wynik Manueli Schwesig we własnym okręgu jest symptomatyczny dla wyników niedzielnych wyborów. Spośród wszystkich kandydatów wybieranych bezpośrednio w 36 okręgach to właśnie urzędująca premier otrzymała najwyższe poparcie. I to jej osoba jest kluczem do zrozumienia sukcesu, bo za taki należy uznać niedzielny wynik SPD w Meklemburgii-Pomorzu Przednim. Bo choć poparcie dla socjaldemokratów spadło o 4,1 p.p. względem 2021 roku, to właśnie tutaj SPD osiągnęła jeden z najlepszych swoich wyników wyborczych od lat. Skalę znaczenia Schwesig pokazują badania: aż 49% obecnych wyborców SPD przyznało, że bez Manueli Schwesig nie zagłosowałoby na tę partię. To właśnie popularność urzędującej premier pozwoliła socjaldemokratom w ostatnich tygodniach kampanii odrobić ponad 15 p.p. straty do AfD i niemal dogonić ją na ostatniej prostej.
Taki wynik nie wystarczy jednak, aby na szczeblu krajowym utrzymać władzę w obecnym kształcie. Obecny rząd Meklemburgii-Pomorza Przedniego tworzy koalicja SPD i Die Linke, natomiast obie partie będą miały w nowym Landtagu łącznie 34 mandaty, o dwa za mało do większości. W mojej ocenie najbardziej prawdopodobnym rozwiązaniem wydaje się więc zawiązanie koalicji SPD, Die Linke i Zielonych, która dysponowałaby 39 z 71 mandatów. W takim układzie jedyną partią opozycyjną zostałaby AfD, z największym klubem parlamentarnym liczącym 32 posłów.
Nie byłby to zresztą wynik zaskakujący. Nie tylko wszystkie trzy partie utrzymują kordon sanitarny (Brandmauer) wokół AfD, ale nawet bez niego trudno wyobrazić sobie, aby z punktu widzenia różnic programowych możliwe było stworzenie koalicji z udziałem AfD i którejkolwiek z nich. Znacznie ciekawsza jest jednak długofalowa perspektywa dla Meklemburgii-Pomorza Przedniego. Poparcie dla SPD jest najwyższe wśród osób w wieku 70 lat i więcej, a w podziale według statusu zawodowego jest ona partią pierwszego wyboru jedynie wśród emerytów. W każdej innej grupie wiekowej i zawodowej SPD przegrywa, a wśród najmłodszych wyborców jej poparcie jest niższe nawet od wyniku Die Linke. Nawet w kraju związkowym, w którym SPD osiąga jeden ze swoich najlepszych wyników, widać oznaki głębokiego kryzysu jednej z dwóch partii, które przez dziesięciolecia organizowały niemiecką scenę polityczną.
Berlin. "Miasto upadłe"
Zupełnie inaczej po niedzielnych wyborach wygląda sytuacja w stolicy Niemiec. Wybory te, z rekordowym wynikiem 25,7%, wygrali postkomuniści z Die Linke. Drugie miejsce zajęła współrządząca obecnie Berlinem CDU z wynikiem 18,8%, a na trzecim, z poparciem 16,3%, znalazła się AfD. Poparcie dla socjaldemokratów jest w Berlinie nie tylko prawie trzykrotnie niższe niż w omawianej wcześniej Meklemburgii-Pomorzu Przednim i wynosi zaledwie 12,1%, ale w ciągu ostatnich trzech lat zmniejszyło się o jedną trzecią. Lepszy wynik od SPD osiągnęli również Zieloni, zdobywając 14,3% głosów. Swoich przedstawicieli do Izby Deputowanych (Abgeordnetenhaus) nie wprowadzą natomiast ani liberałowie z FDP, ani Sojusz Sahry Wagenknecht.
Wbrew temu, co mogłoby się wydawać wielu z Państwa, wygrana Die Linke i perspektywa objęcia urzędu burmistrza Berlina przez jej główną kandydatkę Elif Eralp nie budzą entuzjazmu wśród przedstawicieli niemieckich partii głównego nurtu. Wręcz przeciwnie. Jeszcze przed wyborami w niemieckiej debacie pojawiały się głosy, że przejęcie przez Die Linke Czerwonego Ratusza oznaczałoby "upadek Berlina", a po wyborach pojawiły się również wezwania do otoczenia partii podobnym kordonem sanitarnym, jaki funkcjonuje wobec AfD.
Powodem nie jest wyłącznie rosnąca popularność Die Linke i odbieranie przez nią elektoratu partiom głównego nurtu. Kampanii towarzyszyły poważne kontrowersje związane z antysemickimi i antyizraelskimi wystąpieniami podczas wydarzeń partyjnych. A już w wieczór wyborczy doszedł do tego kolejny problem. Na imprezach Die Linke pojawił się Issa Remmo, określany przez niemieckie media jako głowa jednej z najbardziej znanych berlińskich rodzin kojarzonych z tzw. przestępczością klanową. Remmo publicznie cieszył się ze zwycięstwa Die Linke i mówił, że po raz pierwszy w Niemczech czuje się wspierany przez partię polityczną. Sama jego obecność wywołała reakcje CDU i Zielonych, przy czym przedstawiciele tych ostatnich domagają się wyjaśnienia sprawy jeszcze przed rozmowami o utworzeniu nowego rządu Berlina.
Konsekwencje powyborczej arytmetyki
Z tego punktu widzenia zawiązanie stabilnej koalicji w berlińskiej Izbie Deputowanych może okazać się trudne. Wynik niedzielnych wyborów przekłada się na łącznie 158 mandatów w parlamencie krajowym. Die Linke uzyskała 47, ponad dwukrotnie więcej niż trzy lata temu, druga w kolejności i współrządząca obecnie Berlinem CDU 34, Zieloni 26, a SPD 22. 29 przedstawicieli wprowadzi do Izby Deputowanych również AfD, która obok Die Linke jest jedyną partią, która zwiększyła swój stan posiadania w parlamencie krajowym.
Taki podział miejsc sprawia, że choć matematycznie możliwych jest kilka różnych koalicji, realnie pod uwagę należy wziąć przede wszystkim dwie. Pierwsza to koalicja Die Linke, SPD i Zielonych, która dysponowałaby komfortową większością 95 ze 158 mandatów. Druga to tzw. koalicja kenijska, od barw narodowych Kenii, złożona z CDU, Zielonych i SPD, która miałaby 82 mandaty, czyli dwa ponad wymagany próg większości. Patrząc na stosunek części niemieckiego mainstreamu do Die Linke, kontrowersje towarzyszące kampanii oraz jeden z głównych postulatów partii, czyli uspołecznienie największych koncernów mieszkaniowych, wydaje się, że partie głównego nurtu mogą ostatecznie zawrzeć porozumienie i nie dopuścić postkomunistów do przejęcia Czerwonego Ratusza.
I choć takie rozwiązanie może podpowiadać powyborcza pragmatyka, trudno nie zadać pytania o jego długofalowe konsekwencje. Nie chodzi przy tym o to, że zwycięzca wyborów ma automatyczne prawo do sprawowania władzy. Niemcy są demokracją parlamentarną i o utworzeniu rządu decyduje zdolność zbudowania większości. Problem zaczyna się jednak wtedy, kiedy coraz większa część wyborców oddaje głosy na partie, których pozostałe ugrupowania z góry nie uznają za potencjalnych uczestników sprawowania władzy. W Meklemburgii-Pomorzu Przednim dotyczy to AfD z poparciem 38,2%. W Berlinie podobna dyskusja zaczyna dotyczyć Die Linke, którą wybrało 25,7% głosujących. Różnie można oceniać program i działania zarówno postkomunistów z Die Linke, jak i AfD. Nie zmienia to jednak faktu, że głosowanie na te partie jest dla znacznej części ich elektoratów wyrazem niezadowolenia z kierunku, w którym zmierzają współczesne Niemcy. Jeżeli odpowiedzią pozostałych ugrupowań będzie przede wszystkim budowanie kolejnych kordonów sanitarnych, problem polityczny nie zniknie. Przeciwnie, koszt utrzymania takiego systemu będzie rósł wraz z poparciem dla partii pozostających poza nim.
Największym wrogiem partii głównego nurtu są one same
Konsekwencje takiego podejścia nietrudno sobie wyobrazić, szczególnie bacznie obserwując wzrost poparcia dla AfD. W mojej ocenie, to nie kto inny jak partie głównego nurtu w dużej mierze ponoszą odpowiedzialność za jej ostatnie wyniki wyborcze we wschodnich Niemczech i wysokie poparcie w całej Republice Federalnej Niemiec. Ostatnie sondaże federalne, opublikowane już po wyborach w Saksonii-Anhalt, a przed niedzielnymi wyborami w Meklemburgii-Pomorzu Przednim i Berlinie, wskazywały na poparcie dla AfD na poziomie 27-30%. Jeszcze bardziej wymowne są jednak wyniki partii tworzących obecny rząd federalny. Poparcie dla CDU/CSU wynosi obecnie, w zależności od badania, zaledwie 18-20%, a dla SPD 11-13%. Dla porównania, w wyborach do Bundestagu w 2025 roku obie partie uzyskały łącznie 44,9% głosów. Dziś sondaże dają im razem niewiele ponad 30%.
Z drugiej strony mamy nie tylko rosnące poparcie dla AfD, sondażowo o 6-9 p.p. wyższe niż jej wynik w wyborach do Bundestagu w 2025 roku, ale również utrzymujące się na wysokim poziomie poparcie dla Die Linke, która w ostatnich badaniach osiąga 10-12% i coraz bardziej zbliża się do wyniku SPD. FDP balansuje wokół progu wyborczego z poparciem na poziomie 4-5%, a spośród partii głównego nurtu jedynie Zieloni notują dziś wyniki wyższe niż w wyborach federalnych. W części sondaży wyprzedzają już SPD o kilka punktów procentowych.
Taki kształt niemieckiej sceny politycznej niekoniecznie będzie miał konsekwencje w krótkim terminie, ale wskazuje nie tylko na głęboki kryzys wiarygodności i zaufania do największych partii, lecz również na rosnące podziały w niemieckim społeczeństwie, które nie muszą już przebiegać wzdłuż historycznej linii Wschód-Zachód. Zmiana struktury społecznej Niemiec jest faktem, podobnie jak problemy niemieckiej gospodarki. Beneficjentami tego stanu rzeczy w naturalny sposób są partie opozycyjne, które mogą skutecznie punktować rząd federalny i wskazywać na jego błędy. I są to procesy zupełnie normalne w państwach demokratycznych.
Demos i kratos po niemiecku
Niestandardowe jest jednak coś innego. Coraz większa staje się rozbieżność pomiędzy wynikiem wyborów a możliwością przełożenia go na udział we władzy. Z jednej strony lud, klasyczny demos, wyraża swoją wolę w wyborach. Z drugiej coraz większa część tego demos wybiera partie, których pozostałe ugrupowania z góry nie uznają za potencjalnych uczestników sprawowania władzy, czyli klasycznego kratos. Oto bowiem okazuje się, że nie tylko "skrajna prawica" jest wrogiem liberalnego porządku, ale coraz częściej również "skrajna lewica". Oba pojęcia wziąłem w cudzysłów celowo, albowiem coraz bardziej odnoszę wrażenie, że nie chodzi już wyłącznie o podział na prawicę i lewicę, ale o podział na establishment i resztę.
I o ile wyborcy AfD są z tym procesem dość dobrze zaznajomieni i zdążyli się do niego przyzwyczaić, o tyle może się on okazać zaskoczeniem dla wielu wyborców Die Linke. Jest to tym bardziej fascynujące, że dużą część tego elektoratu stanowią ludzie młodzi. W samym Berlinie 43% osób w wieku 16-24 lata i aż 49% osób w wieku 25-34 lata wybrało postkomunistów. Wśród wyborców poniżej 35. roku życia Die Linke nie jest już partią niszową. Jest partią dominującą.
Analogiczne zjawisko, choć po przeciwnej stronie sceny politycznej, obserwujemy w Meklemburgii-Pomorzu Przednim. Wśród najmłodszych wyborców partią pierwszego wyboru jest AfD, która w grupie 16-24 lata osiągnęła 34% poparcia, a w grupie 25-34 lata 31%. To, co odróżnia AfD od Die Linke, to fakt, że jej poparcie nie kończy się wraz z przekroczeniem trzydziestki. W grupach 35-44 oraz 45-59 lat osiągnęło odpowiednio 45 i 46%. Co więcej, AfD zwiększyła poparcie we wszystkich grupach wiekowych i społecznych, przejmując netto około 48 tys. wyborców SPD, 32 tys. CDU i mobilizując 66 tys. wcześniejszych niegłosujących.
Demografia przeciwko mainstreamowi
Wniosek z powyższego jest, zdaje się, oczywisty, choć nie mam przekonania, że równie oczywisty dla establishmentu. W mojej ocenie demografia jest nieubłagana i działa dziś na niekorzyść partii głównego nurtu. Oczywiście można zakładać, że wraz z wiekiem wyborcy będą zmieniali swoje preferencje polityczne. Problem w tym, że nie ma żadnej gwarancji, iż dzisiejsi dwudziesto- i trzydziestolatkowie wraz z wiekiem zaczną głosować tak, jak dzisiejsi sześćdziesięcio- i siedemdziesięciolatkowie. Tym bardziej że w przypadku AfD wysokie poparcie obejmuje już wyborców w średnim wieku.
Jednocześnie rozczarowanie partiami głównego nurtu nie ogranicza się już do najmłodszych. Otaczanie innych partii kordonem sanitarnym może być skuteczne wtedy, kiedy pozostają one na politycznym marginesie. Im większa jednak część społeczeństwa oddaje na nie głos, tym większe stają się polityczne i wizerunkowe koszty utrzymywania takiego rozwiązania.
A wyniki wyborów w Saksonii-Anhalt 6 września oraz w Meklemburgii-Pomorzu Przednim i Berlinie 20 września to już nawet nie sygnał ostrzegawczy. To ostatnia szansa na zawrócenie z drogi, która doprowadziła FDP i CDU pod próg wyborczy w niektórych krajach związkowych, a którą podąża również SPD.
O konsekwencjach takiego stanu rzeczy dla nas oraz o tym, co w tej sytuacji powinna zrobić Polska i polski rząd, w kolejnej części "Anatomii Niemiec".
[Autor - Sebastian Meitz jest ekspertem Instytutu Sobieskiego w zakresie obronności i polityki zagranicznej]
[Tytuł, sekcje "Co musisz wiedzieć", "Wyniki wyborów – Berlin i Meklemburgia-Pomorze Przednie", "Co te wybory zmieniają na poziomie federalnym?" i niektóre śródtytuły od Redakcji]
Wyniki wyborów – Berlin i Meklemburgia-Pomorze Przednie
| Partia | Berlin | Meklemburgia-Pomorze Przednie |
|---|---|---|
| Die Linke | 25,7% | 6,5% |
| AfD | 16,3% | 38,2% |
| CDU | 18,8% | 4,9% |
| SPD | 12,1% | 35,5% |
| Zieloni | 14,3% | 5,7% |
Dane według wstępnych wyników wyborów z 20 września 2026 r.
Co te wybory zmieniają na poziomie federalnym?
Nie zmieniają bezpośrednio składu Bundestagu ani rządu federalnego, którym nadal kieruje kanclerz Friedrich Merz. Bundesregierung Informuje
- Zwiększają presję na kierownictwa CDU i SPD, bo wyniki w Berlinie i Meklemburgii-Pomorzu Przednim pokazują osłabienie obu tradycyjnych partii na poziomie krajów związkowych.
- Wzmacniają znaczenie AfD i Die Linke w ogólnoniemieckiej debacie, zwłaszcza jeśli podobne trendy będą widoczne w kolejnych wyborach landowych.
- Mogą utrudnić strategię kordonu sanitarnego, ponieważ wraz ze wzrostem poparcia dla partii wykluczanych z koalicji rosną polityczne koszty budowania większości bez nich.
- Nie należy jednak automatycznie przenosić tych wyników na całe Niemcy – Berlin i Meklemburgia-Pomorze Przednie mają odmienną strukturę elektoratu, a wybory federalne rządzą się inną dynamiką. berlin.de
Tagi
Komentarze
Ogromny sukces AfD. Są wyniki wyborów w Meklemburgii-Pomorzu Przednim

Wybory w Berlinie. Są wyniki exit poll
Wybory w Berlinie. Zaczęło się od nietypowej wpadki

Wybory w Berlinie. Jest pierwszy ważny sygnał

Gen. Wroński: Niemcy przygotowują państwo do funkcjonowania podczas wojny


