Rafał Woś: Przepis na sparaliżowanie NBP

- Autor wskazuje, że NBP stabilizuje gospodarkę w kryzysach i chroni wartość złotego.
- Rząd Tuska chce postawić Adama Glapińskiego przed Trybunałem Stanu za jego politykę antykryzysową
- Spór o prezesa NBP może doprowadzić do paraliżu banku centralnego i kolejnego kryzysu ustrojowego.
Jeżeli TK to jest w nowoczesnym państwie sąd sądów, to bank centralny jest ni mniej, ni więcej tylko bankiem banków. W normalnych, niekryzysowych czasach NBP pilnuje, by w kraju nie zamarła akcja kredytowa, która jest oliwą w trybach każdej normalnej gospodarki kapitalistycznej. Do tego bank centralny (działając poprzez Radę Polityki Pieniężnej) wyznacza poziom stóp procentowych – czyli określa, ile będzie wynosiła cena pieniądza w gospodarce. Jeśli będzie zbyt niska, to grozi nam inflacja. Jeżeli stanie się zbyt wysoka, to gospodarka wpadnie w recesję, a ludzie zaczną cierpieć z powodu bezrobocia.
Jeszcze ciekawiej robi się, gdy uderza kryzys. Takich zdarzeń mieliśmy w ostatnich latach niemało: finansowy z lat 2008–2009, covidowy w 2020 i 2021 r., energetyczny między 2022 a 2023 rokiem. To wszystko były wyzwania, gdy NBP stawał się szalupą ratunkową państwa na szalejącym morzu kapitalistycznego sztormu. Gdy trzeba było ratować polską walutę przed utratą konkurencyjności i wpadnięciem w recesyjną spiralę, to robił to NBP. Gdy rzeczywistość – jak w czasach lockdownów – wymagała podania tlenu rządowi, który musiał ratować biznes i jego pracowników przed masowymi zwolnieniami, to z pomocą spieszył NBP. Kiedy znaleźliśmy się w sytuacji kraju niemal frontowego, a globalne rynki zaczęły w panice uciekać od złotego (bo zawsze uciekają z krajów, które są zagrożone konfliktem zbrojnym), to NBP działał jako obrońca wartości polskiej waluty.
A teraz wyobraźcie sobie, że kogoś takiego nie ma. Przerażające? Oczywiście. Ale jednocześnie jest to bardzo prawdopodobny scenariusz na najbliższe miesiące. Oto rząd Donalda Tuska zamierza bowiem postawić prezesa NBP przed Trybunałem Stanu. W gruncie rzeczy za to, że ten prowadził opisaną politykę antykryzysową w poprzednich latach.
Potencjał do katastrofy
Problem polega na tym, że sposób, w jaki rząd chce pociągnąć Glapińskiego do odpowiedzialności politycznej, to przepis na sparaliżowanie tej kluczowej instytucji. Na pierwsze danie będziemy mieli spór o to, czy już samo postawienie prezesa NBP przed Trybunałem Stanu zawiesza, czy nie zawiesza jego kadencji. Rząd uważa, że tak. Bank, TK oraz prezydent są odmiennego zdania. Zapowiada to polityczną jatkę nie mniej efektowną od tego, co się obecnie dzieje z Trybunałem Konstytucyjnym.
Do tego dochodzi kwestia obsadzenia stanowiska prezesa NBP po ewentualnym usunięciu. Tu znów potencjał do kolejnej katastrofy. Konstytucja stanowi wyraźnie, że prezydenta RP nie da się w tej kwestii ominąć, bo to na jego wniosek Sejm powołuje szefa banku. Ale przecież kryptodyktatura Tuska prawo stosuje tak, jak ona je rozumie. Cóż więc przeszkodzi w ogłoszeniu, że ten wniosek prezydenta można w zasadzie zastąpić – bo ja wiem – zarządzeniem marszałka Sejmu wydrukowanym choćby i na skrawku papieru toaletowego.
Premier Tusk potem wyjdzie i powie, że to przywracanie praworządności w Polsce. Politycy nagrają rolki, że to cudowne, posłuszne media cmokną z zachwytu, a zaprzyjaźnieni aktorzy powiedzą, że oni się wprawdzie nie znają, ale popierają.
Tylko Polski szkoda.
[Tytuł, śródtytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]











