Szukaj
Konto

Niemiecka instytucja federalna uderza w Muzeum Ulmów. Czego dowiemy się ze strony bpb?

Muzeum Ulmów w Markowej
Źródło: Wikipedia | Autor: Łapacz snów25 | Licencja: CC BY-SA 4,0 | Muzeum Ulmów w Markowej
24 marca 1944 roku niemieccy żandarmi zamordowali w Markowej Józefa i Wiktorię Ulmów, ich sześcioro dzieci oraz ośmioro ukrywanych przez rodzinę Żydów. Po wojnie tylko jeden z pięciu niemieckich sprawców został skazany za udział w tej zbrodni. Przedstawiamy szokujące fakty na temat tego jak rządowa agenda federalnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i niemieckie media przedstawiają historię Ulmów, odpowiedzialność okupantów, polską pomoc udzielaną Żydom oraz Muzeum Ulmów w Markowej.
Co musisz wiedzieć:
  • 24 marca 1944 roku niemieccy żandarmi zamordowali w Markowej rodzinę Ulmów oraz ośmioro ukrywanych przez nią Żydów. Zbrodnia była elementem niemieckiego terroru wobec osób pomagających Żydom w okupowanej Polsce.

  • Historyk Wojciech Hanus zbadał losy żandarmów uczestniczących w mordzie. Spośród pięciu niemieckich sprawców tylko Josefa Kokotta skazano po wojnie za udział w tej zbrodni.

  • Artykuł analizuje publikacje niemieckiej Federalnej Centrali Kształcenia Politycznego oraz niemieckich mediów. Autor zarzuca im manipulacje, oraz pomijanie części ustaleń o sprawcach, okupacyjnych represjach i powojennej bezkarności niemieckich żandarmów.

 

[Wszystkie informacje dotyczące przebiegu zbrodni w Markowej i prawodawstwa dot. pomocy Żydom oraz cytaty w tym fragmencie tekstu pochodzą z książki Zbrodnia nieosądzona. Losy żandarmów niemieckich biorących udział w mordzie na rodzinie Ulmów i ukrywanych przez nich Żydów autorstwa dr. Wojciecha Hanusa]

 

Zbrodnia w Markowej. Kim byli niemieccy sprawcy?

„Patrzcie, jak polskie świnie giną, które przechowują Żydów!” – mówił według świadka niemiecki żandarm, Josef Kokott, mordując dwójkami sześcioro dzieci Józefa i Wiktorii Ulmów strzałem w głowę. Słowa te kierował do furmanów Polaków zmuszonych do przebywania na miejscu zbrodni. Najstarsze dziecko – Stasia nie miało jeszcze ośmiu lat, najmłodsza Marysia miała półtora roku. Ich rodziców oraz ukrywanych przez nich ośmioro Żydów niemieccy żandarmi rozstrzelali chwilę wcześniej. Wiktoria Ulma była w zaawansowanej ciąży, poród jej siódmego dziecka zaczął się w grobowym dole, do którego cała rodzina trafiła chwilę później.

„Patrzcie, jak polskie świnie giną, które przechowują Żydów!” – tych słów, za którymi kryła się bestialska rzeczywistość w okupowanej Polsce, a jednocześnie potwierdzenie i zapowiedź konsekwencji dla Polaków pomagających Żydom, nie przeczytamy w „opracowaniach” agendy niemieckiego Federalnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, dotyczących Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej. Nie przeczytamy ich także w relacjach opiniotwórczych niemieckich mediów. Nie dowiemy się z nich także nazwiska ani wachmistrza Josefa Kokotta, ani czterech pozostałych niemieckich żandarmów biorących udział w tej zbrodni.

A byli to: komendant posterunku żandarmerii niemieckiej w Łańcucie Eilert Dieken, jego zastępca Gustaw Unbehend oraz wachmistrzowie Erich Wilde i Michael Dziewulski. Bestialstwo i także wcześniejsze zbrodnie wszystkich pięciu na Polakach i Żydach trudno opisać, dość wspomnieć, że Gustaw Unhebend dorobił się przydomku „Majstra”, a Josef Kokott „Diabła z Łańcuta”, Eilert Dieken przeszedł zaś do historii jako „Kat Ulmów”. To w Polsce, w której „jako komendant posterunku miał na sumieniu setki, a może tysiące ofiar”. W powojennych Niemczech zaś został zdenazyfikowany przez komisję aliancką, podjął pracę jako inspektor policji i nigdy nie poniósł odpowiedzialności za swoje zbrodnie.

 

Kara śmierci za pomoc Żydom w okupowanej Polsce

Zanim omówimy, jakie narracje promuje się w Niemczech wokół mordu na bł. Rodzinie Ulmów i utworzenia przez Polskę Muzeum Ich imienia, przypomnijmy krótko związane z tą zbrodnią fakty, ustalone w polskich śledztwach i badaniach – zwłaszcza dr. Mateusza Szpytmy, którego zasługi w tej sprawie są nie do przecenienia, a także dr. Wojciecha Hanusa, autora książki „Zbrodnia (nie)osądzona”, wydanej w 2025 r. przez Instytut Pamięci Narodowej i uzupełniającej dotychczasowe badania – głównie o kwestię losów (nie)osądzonych sprawców. Przede wszystkim zaś krótko przypomnijmy drakońskie niemieckie prawa okupacyjne dotyczące jakiejkolwiek pomocy okazywanej przez Polaków skazanym przez Niemców na Zagładę Żydom.

15 października 1941 r. gubernator okupowanej Polski Hans Frank wprowadził rozporządzenie o karze śmierci dla Żydów opuszczających getta oraz dla osób udzielających im schronienia. Rok później wyższy dowódca SS i Policji w GG, Friedrich Krüger, wprowadził karę śmierci nawet dla osób, które choćby żywiły Żydów, a jednocześnie – co niezwykle istotne – zarządził stosowanie „policyjnych środków bezpieczeństwa” wobec każdego, kto „uzyska wiadomość o tym, że jakiś Żyd bezprawnie przebywa poza obrębem żydowskiej dzielnicy mieszkaniowej, a nie zgłosi tego Policji”.

De facto oznaczało to obowiązek denuncjacji ukrywających się Żydów pod karą śmierci lub w najlepszym razie deportacji do obozu koncentracyjnego nie tylko ukrywającego, ale i całej jego rodziny, okupant zakładał bowiem logicznie, że musiała mieć ona wiedzę o tej pomocy. „W praktyce kara ta obejmowała również dzieci, nawet te najmłodsze, całkowicie nieświadome działań swoich rodziców. […] Dzieci ginęły wraz z rodzicami, stając się ofiarami zbiorowej odpowiedzialności. […] Była to celowa strategia terroru, mająca zastraszyć społeczeństwo i skutecznie zniechęcić do wszelkich form pomocy Żydom”. Podobne konsekwencje groziły też sąsiadom czy znajomym osób pomagającym Żydom. Jak kilka godzin po zbrodni Josef Kokott powiedział do sołtysa Markowej: „Macie szczęście, że w pobliżu nie było sąsiedztwa”.

 

Kto mógł donieść na rodzinę Ulmów?

W takich okolicznościach rodzina Ulmów ukrywała ośmioro Żydow w Markowej. I nie tylko ona. Pomocy Żydom udzielały tam też rodziny Szylarów, Drewniaków, Przybylaków, dwie rodziny Barów i dwie rodziny Cwynarów. Całkowitą nieprawdą są propagowane m.in. przez Jana Grabowskiego twierdzenia, „jakoby po brutalnym mordzie na rodzinie Ulmów mieszkańcy wsi, ogarnięci strachem, mieli zamordować 24 ukrywanych Żydów”. Wręcz przeciwnie: wymienione wyżej polskie rodziny umożliwiły dwudziestu jeden Żydom przeżycie w swoich domach do końca okupacji.

Krótko po północy z 23 na 24 marca 1944 r. na egzekucję rodziny Ulmów wyjechało z Łańcuta pięciu wyżej wspomnianych niemieckich żandarmów w asyście kilku policjantów grantowych – ustalono nazwiska dwóch z nich: Eustachego Kolmana (Kohlmana), który według świadków „był nadzwyczaj szkodliwym konfidentem niemieckim i szantażystą ludności”, i Włodzimierza Lesia.

Jak ustalił dr Mateusz Szpytma, jest niemal pewne, że to właśnie Leś doniósł Kokottowi, iż Ulmowie ukrywają Żydów. Te mocne podejrzenia miało też Polskie Państwo Podziemne już pod koniec marca 1944 r., a we wrześniu Leś został zlikwidowany z jego wyroku za „współpracę z okupantem niemieckim”. Wyrok nie zachował się. Leś nie był jednak jedyną osobą, która wiedziała o Żydach ukrywanych przez Ulmów, wieś pozostawała m.in. w obszarze konfidenckiej działalności folksdojczki Marii Steinberg, jednej z najbardziej niebezpiecznych agentek miejscowej żandarmerii niemieckiej, która „wskazywała mieszkania osób poszukiwanych i prześladowanych” i przyczyniła się do wydawania Żydów. Inwigilowała też Polaków współpracujących z polskim podziemiem. W grudniu 1946 roku została stracona przez powieszenie z wyroku Sądu Karnego w Krakowie.

 

Dlaczego tylko Josef Kokott został skazany?

Żandarmi i policjanci granatowi dotarli na miejsce furmankami, do których podstawienia i powożenia zmuszono czterech polskich woźniców. Jednym z nim był Edward Nawojski, który zastąpił w tym swojego ojca: „Ojciec mój Józef został wydelegowany na podwód do żandarmerii niemieckiej w Łańcucie. Ponieważ bał się jechać, w jego zastępstwie furmanką pojechałem ja”. Nikt poza dowodzącym „akcją” Diekenem nie znał celu drogi. Nikomu też nie pozwolił opuszczać wcześniej posterunku. Bezpośredni udział w zbrodni brali udział tylko niemieccy żandarmi. Policjanci granatowi otrzymali rozkaz pozostania przed domem.

Po zbrodni Niemcy sprowadzili sołtysa i kazali mu dostarczyć sobie wódkę oraz zorganizować Polaków do kopania dołów i dodatkowych furmanów, na których wozy „planowano załadować mienie należące do Ulmów”. Niemcy ograbili zwłoki Gołdy Goldman z drobnych kosztowności (Kokott wsadził je sobie do kieszeni), a mienie rodziny Ulmów wywieźli, zmuszając wcześniej Polaków do wyniesienia go z domu. „Na furmankach nagromadzono m.in. wyrabiane przez Józefa skóry fabryczne, skrzynie, materace, łóżka i naczynia”. Zabrano nawet ubrania i inne rzeczy osobiste Ulmów. Poza Josefem Kokottem żaden z niemieckich sprawców nie poniósł kary za swoje zbrodnie, do których w przypadku ich wszystkich zaliczał się udział w kilku do kilkudziesięciu egzekucjach (na ogół zbiorowych) na Polakach i Żydach.

Josef Kokott, który miał na sumieniu śmierć co najmniej 150 osób, został przekazany Polsce przez Czechosłowację w 1957 roku. Skazano go na karę śmierci, potem karę złagodzono - zmarł w polskim więzieniu w 1980 r. na kilka lat przed końcem wyroku. O powojennych losach pozostałych trzech niemieckich żandarmów wiadomo niewiele. Autor „Zbrodni (nie)osądzonej” w zakończeniu książki pisze w tym kontekście, że „Analizując dokumenty, odnosiło się nieodparte wrażenie, że nie do końca była wola ze strony niemieckiej, aby w pełni pomóc polskim instytucjom ustalić miejsca przebywania poszukiwanych przestępców wojennych”.

 

Jak Federalna Centrala Kształcenia Politycznego opisuje Muzeum Ulmów?

I tutaj pojawia się niemiecka instytucja, a konkretnie Federalna Centrala Kształcenia Politycznego (bpb – Bundeszentrale für politische Bildung). Bpb jest agendą Federalnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych RFN, a jej zadanie to m.in. „wspieranie rozumienia treści politycznych i umacnianie świadomości demokratycznej”. Cele te wynikają z tego, że ze względu na swoje historyczne doświadczenia z dyktaturami na „Republice Federalnej Niemiec ciąży szczególna odpowiedzialność za umacnianie w świadomości ludności takich wartości jak demokracja, pluralizm i tolerancja”.

W związku z tym bpb wspiera działalność ponad 120 uznanych instytucji edukacyjnych, fundacji oraz organizacji pozarządowych. Organizacja zatrudnia 423 pracowników, działa w Bonn, Berlinie i Gerze, a jej budżet wynosi ponad 100 mln euro rocznie (w roku 2024 była to kwota ponad 105 mln euro). Ta suma to ponad połowa kwoty, jaką kanclerz Olaf Scholz zaproponował w 2024 roku jako jednorazowe zadośćuczynienie dla 40 000 żyjących jeszcze wówczas polskich ofiar wojny. bpb sporo uwagi poświęca Polsce, a w tym „polskiemu antysemityzmowi” i „współudziałowi w Holokauście”.

Podcast Jana Grabowskiego

I tak jednym z materiałów „edukacyjnych” udostępnionych przez Centralę jest podcast-przemowa Jana Grabowskiego. W siedmiominutowym potoku słów znalazły się informacje o tym, że „większość Żydów, którzy uciekali z gett, nie przeżyła przez działania miejscowych nie-Żydów, czyli lokalnej ludności, polskiej policji, polskich strażaków czy tzw. biernych obserwatorów”, a „części polskiego społeczeństwa wydawały, zabijały, mordowały i grabiły Żydów”. Ani razu nie padło w nim natomiast słowo Niemcy ani nawet naziści.

Piotr Forecki i spór o polską pamięć o Holokauście

Federalna Centrala przyjrzała się też Markowej. W specjalnej zakładce na stronie internetowej zamieszczono materiały ze strony Muzeum, przemówienie Prezydenta Dudy z jego otwarcia oraz publikację pt. „Analiza: muzeum porozumienia i dyplomacji publicznej […]” autorstwa Piotra Foreckiego z 2019 r. Dzięki niej czytelnik zostaje „wyedukowany”, że „W narracji o Polakach ratujących Żydów na pierwszy plan wysuwa się obraz zbiorowego bohaterstwa i miłości bliźniego. Bohaterska postawa Polaków jest traktowana jako część zbiorowej kultury pamięci. O tym, że ratowanie miało również swoją ciemną stronę, związaną ze zdradą i kolaboracją, prawie nie ma mowy”. 

Punktem wyjścia „analizy” jest – nieprawdziwe przecież – stwierdzenie, że w polskiej narracji publicznej „większość polskiej ludności” ratowała Żydów, co jest „historią instrumentalizacji”, a polskie instytucje „widzą swoje zadanie w przeciwdziałaniu na różne sposoby obrazowi powszechnego w Polsce antysemityzmu”. Następnie dowiadujemy się o instrumentalizacji tego tematu zawsze wtedy, gdy ma miejsce „eskalacja antysemityzmu” lub „zarzuca się Polakom obojętność oraz ich udział w Holokauście”, oraz o debacie, jaką wywołała książka „Sąsiedzi” Jana T. Grossa.

O skali polskiego zaangażowania w tym zakresie świadczyć ma długa lista naszych instytucji – od Instytutu Pamięci Narodowej po Fundację Edukacyjną Jana Karskiego – oraz „uzurpatorskie zaangażowanie rożnych konserwatywnych i kościelnych inicjatyw, z imperium Ojca Tadeusza Rydzyka na czele, z którego inicjatywy w Toruniu powstała poświęcona tym Polakom kaplica pamiątkowa”. Następnie czytelnik dowie się, że Muzeum w Markowej stało się „wiodącym projektem polskiej polityki historycznej, realizowanej na poziomie państwowym”. Potem przeczyta o zbrodni popełnionej przez – jak zwykle bezimiennych – niemieckich żandarmów po donosie – jak zwykle wskazanego z imienia i nazwiska – „polskiego policjanta Włodzimierza Lesia, który należał do policji granatowej – polskiej policji w Generalnym Gubernatorstwie”.

"Zawyżanie liczb" na podstawie fałszywego cytatu z Andrzeja Dudy

Potem czytelnik dowie się, że „z rodziny Ulmów uczyniono symboliczne uosobienie heroicznej postawy polskiego społeczeństwa w obliczu Holokaustu”, że Polacy traktują ją jako typową, a z jej zdjęć rodzinnych zrobili sobie „zbiorowy autoportret narodu polskiego”. Następnie pojawia się zarzut „zawyżania liczb”, które ma „poprawiać samopoczucie polskiej wspólnoty narodowej”, a jednym z koronnych dowodów na to „zawyżanie” jest cytat z Prezydenta Dudy, w którym mówił on o „tysiącach” Polaków, którzy ratowali Żydów, czyli - prawdę. A przecież, według autora „fetyszyzacja liczby polskich Sprawiedliwych doskonale służy ich politycznej instrumentalizacji. Logika podyktowana żelazną zasadą ”im więcej, tym lepiej” ; znakomicie służy narodowemu ego, ale jednocześnie […] zastępuje indywidualne historie zwodniczą wielką narracją o zbiorowym bohaterstwie”.

Potem Piotr Forecki stwierdza, że w tej narracji na ogół „pomija się motywy tego heroizmu”, bo… „skonfrontowany z tą kwestią Mateusz Szpytma” powiedział, że „motywacje poszczególnych osób były bardzo zróżnicowane”. Na swoje nieszczęście Szpytma dodał jednak, że „w większości przypadków była to pomoc bezinteresowna. Sąsiedzi pomagali sąsiadom, znajomi – znajomym”. Następnie pan Forecki ironicznie rozprawia się z przywoływaniem takich pobudek udzielania pomocy Żydom, jak „głęboko zakorzeniony polski katolicyzm, przykazanie miłości bliźniego, a także tradycja polskiego ruchu konspiracyjnego oraz apele polskiego państwa podziemnego”.

A przecież zdaniem Foreckiego, z wyjątkiem „granatowego policjanta”, którego „wykluczono zręcznie ze wspólnoty narodowej […], podkreślając ponadto, że był pochodzenia ukraińskiego”, „we wszystkich tekstach i komentarzach dotyczących Muzeum w Markowej” bagatelizuje się „zjawisko płatnej pomocy w jej licznych odmianach, a o haniebnych i kompromitujących zachowaniach milczy się. […] Pominięto również fakt, że istnieli kolaboranci, donosiciele, szantażyści oraz wrogie otoczenie”. Potem następuje kolejny zwrot ku Janowi T. Grossowi i rytualne przypomnienie zbrodni w Jedwabnem. Autor nie wspomina przy tym faktu, że spośród 40 jej sprawców Polska po wojnie oskarżyła 22, a skazała 12, i że odbyli oni długie wyroki więzienia, czego nie można niestety powiedzieć o niemieckich żandarmach - Diekenie, Wildem, Unbehendzie oraz Michaelu Dziewulskim ani o setkach tysięcy im podobnych. O tym naturalnie też nie wspomina.

Insynuacje Piotra Foreckiego

W obliczu faktów o zagrabieniu całego dobytku Rodziny Ulmów i kosztowności Gołdy Goldman przez Niemców wyjątkowo perfidny jest fragment „analizy”, dotyczący eksponatów w Muzeum w którym, jak pisze autor, „wystawiono różne przedmioty należące do rodziny [Ulmów - AD], na przykład biblię, książki, aparat fotograficzny i zeszyt jednej z córek. Gość muzeum nie zobaczy jednak żądnych pamiątek po zamordowanych Żydach. Być może nie jest to zaskakujące, ponieważ z pewnością ich rzeczy dostali po ich śmierci nowi właściciele – polscy sąsiedzi”. Przy tym Piotr Forecki mija się z prawdą także dlatego, że „gość muzeum” zobaczy w nim np. filakterie Israela Tohyma czy hebrajską księgę komentarzy do Tory.

"Instrumentalizuje" nawet Tygodnik Solidarność

Zaraz potem autor „analizy” przypomina krytykę Jana Grabowskiego pod adresem Muzeum, a następnie wraca do wymieniania kolejnych licznych dowodów na „instrumentalizację pamięci”, jakiej ma ono służyć. Należą do nich według niego m.in. publikacje „Tygodnika Solidarność” o tym, że młodzi Izraelczycy odwiedzają Markową, a także fakt, że jedna z Długich Nocy Muzeów poświęcona była w Markowej „Grupie Berneńskiej”. O znanej już wówczas skali pomocy polskich dyplomatów skupionych wokół Aleksandra Ładosia wobec Żydów – nie wspomina.

Koronny dowód na zamiar „instrumentalizacji” stanowi jednak według niego specjalna uchwała Sejmu, przyjęta przez aklamację w przeddzień otwarcia Muzeum, oraz to, że podkreślono w niej, iż w Polsce kara śmierci groziła Polakom za choćby najmniejszą pomoc wobec Żydów, jak również fakt, że „nie omieszkano też przypomnieć, że „kłamliwe sformułowania ”polskie obozy zagłady” czy ”polskie SS” wzbudzają największe oburzenie i zasługują na napiętnowanie. Dlatego jest konieczne nasilenie walki z negatywnymi stereotypami i szkalowaniem Polski, w czym pomoże nowa instytucja”.

 

Czego się dowie czytelnik z artykułu Floriana Petersa?

Bpb nie działa w próżni. Wola "strony niemieckiej" do komentowania otwartego przed dziesięciu laty przez Polskę Muzeum Ulmów w Markowej, obejmuje również niemieckie media.

W artykule pod sugestywnym tytułem „Lokalne muzeum Holokaustu czy nacjonalistyczne fałszowanie historii?” z marca 2017 r. Florian Peters nie udowodnił „fałszowania historii”. Chyba nawet nie miał takiego zamiaru, nie wraca bowiem do tego wątku. Pytanie więc, czemu tekst ma taki tytuł? Na początku autor wyraża – niemal obowiązkowe w niemieckich mediach – ubolewanie nad losami Pawła Machcewicza i tym, że „owoc jego dziewięcioletniej pracy” niszczy teraz Jarosław Kaczyński i rząd PiS, który „w celu konsolidacji swojej władzy atakuje nie tylko niezależność sądownictwa, mediów i społeczeństwa obywatelskiego, ale też gorliwie buduje mit zagrożonej przez […] wrogów wspólnoty narodowej, której obronę ”dobrego imienia” […] deklaruje”.

Muzeum Drugiej wojny światowej w Gdańsku, które według Floriana Petersa pokazuje liczne konteksty w sposób „uniwersalny”, ma być nowemu rządowi „solą w oku” w przeciwieństwie do świeżo otwartego Muzeum Ulmów, które jest za to „całkiem w jego guście”.

 

Muzeum Ulmów "cynicznym instrumentalizowaniem"

Florian Peters jest zdania, że „tych niebudzących żadnych wątpliwości Sprawiedliwych już od dziesięcioleci samozwańczy obrońcy dumy narodowej przywołują zawsze wtedy, gdy za granicą mówi się o polskim antysemityzmie czy wręcz o polskiej współodpowiedzialności za Holokaust”. Dlatego Prezydent Andrzej Duda „nie kazał sobie tego dwa razy powtarzać”, tylko ochoczo pojechał na otwarcie muzeum. A przecież, jak czytamy dalej, w „renomowanych historykach Janie Grabowskim i Dariuszu Libionce […] Muzeum Ulmów wzbudza gwałtowną krytykę”. Widzą w nim bowiem „typowy przykład cynicznego instrumentalizowania ludzi, którzy altruistycznie ratowali Żydów, by zamykać dyskusję o mniej chlubnych postawach polskiego społeczeństwa”.

Wyposażony w powyższe zastrzeżenia, czytelnik przeczyta następnie ponownie o przypadkach „punktowego współudziału Polaków w Holokauście”, jak miało to miejsce „w miasteczku Jedwabne we wschodniej Polsce”, które „rzucają cień na rzekomo nieskazitelną reputację narodu polskiego”. O tym, że „wschodnia Polska” była wówczas okupowana przez nazistowskie Niemcy, a liczni winni zbrodni w Jedwabnem zostali po wojnie osądzeni i skazani, autor nie pisze. Potem czytelnik dowie się, że Muzeum w Markowej pod względem architektonicznego minimalizmu odpowiada panu Petersowi, ponieważ „zintegrowanie sakralizujących elementów” nastąpiło w Markowej w sposób „zdecydowanie nienachalny i dyskretny” – w przeciwieństwie do Muzeum Powstania Warszawskiego.

Czytelnik pozna też historię Ulmów, dowie się nawet, że zostali oni zamordowani przez niemieckich żandarmów, a także dwukrotnie przeczyta wręcz o „niemieckim terrorze” i „drakońskim prawie okupacyjnym”.

 

Żołnierze Wyklęci „bezlitosnymi fanatykami”

Nie przeczyta natomiast ani słowa o folksdojczach, nie dowie się nazwisk morderców ani tego, że wymienionego z kolei z imienia i nazwiska Włodzimierza Lesia ścigało i zlikwidowało Polskie Państwo Podziemne. Nie dowie się także, jaka była skala zbrodni i powojennej bezkarności niemieckich żandarmów. Czytelnik przeczyta też, że „o ile sposób przedstawienia w Muzeum tragicznego losu rodziny Ulmów nie budzi kontrowersji”, pojawiają się pytania o „odpowiednią kontekstualizację” stosunków polsko-żydowskich, która wymagałaby według Floriana Petersa „szczególnej wrażliwości kuratorskiej”. Muzeum bowiem nie opowiada tylko o Ulmach, ale także o innych Polakach ratujących Żydów. Tu zarzutów jest wiele, a najpoważniejszy brzmi tak, że „szerokie i zróżnicowane spektrum indywidualnych opcji działania Polaków wobec Żydów w Markowej jest naświetlone jedynie fragmentarycznie”, choć „w żadnym razie nie jest tak, że negatywne zachowanie Polaków wobec Żydów zostało w Muzeum przemilczane całkowicie”.

W tym kontekście Florianowi Petersowi zabrakło jednak na przykład „jakiegokolwiek wskazania na kontrowersyjny zarzut badacza Holokaustu Jana Grabowskiego, że polscy chłopi na wieść o rozstrzelaniu Ulmów być może mogli (sic!) zareagować masowym mordem na ukrytych Żydach w sąsiedniej wsi Sietesz”, choć sam przyznaje w następnym zdaniu, że sprawa ta „w istocie wymaga dalszego zbadania”, w rzeczywistości zarzut nie dotyczył Sieteszy, lecz Markowej, i już wtedy został bezspornie obalony przez Mateusza Szpytmę (przypomnijmy tu rodziny ukrywające Żydow do końca okupacji).

Peters nie rozstrzyga tej kwestii, czytelnik pozostaje jednak z przekonaniem, że przecież Jan Grabowski to „renomowany historyk”, więc na pewno wie, co mówi, Mateusz Szpytma zaś – jak dowiaduje się z dalszej lektury – to „inicjator Muzeum”, który „awansował tymczasem na wiceprezesa Instytutu Pamięci Narodowej”. Przeczyta także kilkukrotnie o różnych „opcjach działania Polaków”, ponieważ „wiele pogromów i egzekucji miało miejsce w środku polskich wsi”. O tym, że były okupowane ani przez kogo – już nie. Na koniec tego, mimo wszystko, zniuansowanego pod pewnymi względami artykułu dowie się natomiast, że „Wykorzystywanie tragicznego losu Józefa i Wiktorii Ulmów do podnoszenia narodowej samooceny Polaków, jak to pokazał na przykład prezydent Duda w swoim przemówieniu inauguracyjnym”, faktycznie graniczy z „cyniczną instrumentalizacją” oraz że „Józef i Wiktoria Ulma bez wątpienia doskonale nadają się jako pozytywne wzorce dla współczesnego społeczeństwa obywatelskiego, które bezinteresownie i otwarcie angażuje się na rzecz innych”, i że „ich przykład praktykowanej chrześcijańskiej miłości bliźniego stanowi obywatelski kontrmodel wobec bezlitosnego fanatyzmu powojennych partyzantów, których od pewnego czasu polityka historyczna polskiej prawicy gloryfikuje jako „żołnierzy wyklętych””.

 

"Polakom potrzeba więcej transnarodowości w pamięci o Zagładzie"

O tym, że Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych ustanowił niemal jednomyślnie Sejm, a zatwierdził go Prezydent Komorowski - nie przeczyta. Przeczyta natomiast, że Polakom potrzeba więcej „transnarodowości” w pamięci o Zagładzie i że „Nie jest przypadkiem, że Niemcy, którzy ratowali Żydów […], zajmują naturalne miejsce w transnarodowej pamięci o Holokauście, podczas gdy w przypadku Polaków” tak nie jest. Niemcy bowiem przyznają, że postawa niemieckich Sprawiedliwych była czymś wyjątkowym i dlatego, słysząc o ratowaniu

Żydów, cały świat myśli najpierw o Oskarze Szindlerze, a nie o Józefie i Wiktorii Ulmach, którym upolitycznianie historii narodowej przez obecny polski rząd „wyświadcza niedźwiedzią przysługę”.

 

Czego czytelnik dowie się z artykułu Josepha Croitoru?

Inny poważny artykuł na temat Muzeum ukazał się w renomowanym dzienniku Frankfurter Allgemeneine Zeitung już w kwietniu 2016 r. Tekst pod tytułem „Czy bohaterska rodzina Ulmów faktycznie była typowa?” Joseph Croitoru zaczyna od uwagi, że nazwa Muzeum jest „zbyt skomplikowana”, i wstępu o Jarosławie Kaczyńskim i Muzeum jako „projekcie, któremu PiS przypisuje wielkie wychowawcze znaczenie, całkiem po myśli” tego ostatniego. W kolejnym ustępie pod śródtytułem „Prawda czy stylizacja?” znowu czytamy o „soli w oku”, jaką dla „polskich narodowych konserwatystów” są „wszyscy ci, którzy starają się o zróżnicowaną analizę stosunków polsko-żydowskich podczas Holokaustu – przy czym Polacy często jawią się w nie bardzo pozytywnym świetle”.

Czytelnik dowie się, że o „zróżnicowanie” zabiega „polski historyk Jan Grabowski”, i że jego książka „Polowanie na Żydów” otrzymała nagrodę Yad Vashem, a on sam otrzymywał pogróżki śmierci. Przeczyta też, że „Grabowski udokumentował nie tylko liczne przypadki denuncjacji, ale rozprawił się też z mitem, jaki PiS chce utrwalić za pomocą Muzeum w Markowej: że wielu Polaków z poczucia człowieczeństwa i z narażeniem życia ukrywało tysiące Żydów”. O fakcie, że za niezadenuncjowanie Żyda groziły Polakom niemieckie „policyjne środki bezpieczeństwa” czytelnik nie dowie się z żadnego z omawianych tu tekstów.

 

Czego czytelnik dowie się, a czego nie dowie z artykułu Josepha Croitoru?

W przeciwieństwie do artykułu Petersa, z tego – niejako mimochodem – czytelnik dowie się nawet, że polskich Sprawiedliwych było wówczas 6620. Niezrozumiałe jest zatem nazwanie faktów „mitem”. Skoro bowiem każdy z nich uratował choć jednego Żyda, stwierdzenie, że wielu Polaków ratowało Żydów, a uratowanych były tysiące, jest prawdą. A przecież, jak doskonale wiemy, liczba uhonorowanych Sprawiedliwych dalece nie odpowiada liczbie Polaków faktycznie ratujących Żydów, a byli ludzie jak choćby Antonina i Jan Żabińscy czy Irena Sendlerowa, którzy uratowali od kilkuset do kilku tysięcy osób, zresztą przy ogromnym wsparciu wielu innych Polaków. Perfidna jest też sugestia negująca pobudkę „człowieczeństwa”. Jak wiadomo, Yad Vashem nie sadzi bowiem „drzewek” osobom, które kierowały się w ratowaniu Żydów jakimikolwiek motywacjami finansowymi, tropiąc ich ślady czasem aż do przesady. A przecież Muzeum nie jest poświęcone polskim szmalcownikom! Nie gloryfikuje ich też w najmniejszym stopniu polska pamięć o Polakach ratujących Żydów.

Następnie czytelnik dowiaduje się o krytyce Jana Grabowskiego pod adresem Mateusza Szpytmy, który „pozostawił otwartą kwestię zadenuncjowania Ulmów przez Włodzimierza Lesia”, choć to właśnie Mateusz Szpytma ustalił, że jest to najbardziej prawdopodobne, i Instytutu Pamięci Narodowej, który z kolei według Josepha Croitoru „próbuje znaleźć coraz więcej Polaków ratujących Żydów, by zacementować rolę Polaków jako ofiar”. W końcu autor przechodzi do opisu samej zbrodni, z którego dowiadujemy się – wbrew faktom, że rodzinę Ulmów i ukrywanych przez nią Żydów „odkryli i rozstrzelali na miejscu funkcjonariusze Gestapo (sic!) i polscy policjanci (sic!)”. Po pierwsze, jest to nieprawda, ponieważ policjanci „granatowi” nie brali bezpośredniego udziału w egzekucji. Po drugie, niuanse dotyczące niemieckiej formacji Polnische Polizei, w której funkcjonariusze Polacy świadczyli służbę pod niemieckim przymusem i rozkazem, nie zmieściły się w tekście autorowi, który skądinąd tak domaga się „zróżnicowanej analizy”. Nie zmieściły się też nazwiska sprawców – niemieckich żandarmów. 

Następnie dowiadujemy się, że fakt, iż „polski prezydent Duda w swojej empatycznej mowie powitalnej [podczas otwarcia Muzeum- AD] mówił o ”setkach tysięcy Polaków”, którzy pomagali Żydom” powinien budzić sceptycyzm. Tyle że Prezydent Andrzej Duda niczego takiego nie powiedział. Wspomniał o „dziesiątkach, setkach takich rodzin, tysiącach ludzi, którzy poświęcili życie, ratując swoich żydowskich siostry i braci”. Powiedział więc prawdę.

 

"Liczba Polaków chętnych do pomocy Żydom raczej niska"

Z tekstu nie dowiemy się, że w uroczystym otwarciu Muzeum wzięli udział Naczelny Rabin Polski Michael Schudrich, potomkowie Ocalałych czy ówczesna ambasador Izraela Anna Azari, która wraz z Prezydentem Dudą i Shai Yehoshuą Segalem, najstarszym synem Abrahama Segala uratowanego przez rodzinę Janiny i Jana Cwynarów z Markowej, zasadziła drzewko w „Ogrodzie Pamięci” okalającym Muzeum, a podczas otwarcia odtworzono nagrane przesłanie tego ostatniego, w którym powiedział: „To jest ważne, że Polska uwiecznia męczenników hitlerowskiego reżimu, którzy stali się sami męczennikami swej ofiarności. Mam nadzieję, że będę mógł odwiedzić Muzeum w Markowej”.

W nawiązaniu do przekłamanego cytatu z Prezydenta Dudy przeczytamy w artykule natomiast, że według Ireny Steinfeldt, szefowej działu „Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata” w Yad Vashem, liczba Polaków chętnych do pomocy Żydom była „raczej niska” „w obliczu 3 milionów żydowskich ofiar”. O blisko 3 milionach ofiar – etnicznych Polaków, o niemieckim terrorze czy drakońskim prawodawstwie ani o tym, co spotykało „polskie świnie” ratujące Żydów, z tekstu niczego się nie dowiemy.

Polemika prezesa IPN w FAZ

Nawiasem mówiąc, na kwestie te zwrócił uwagę dr Łukasz Kamiński, ówczesny prezes Instytutu Pamięci Narodowej w swoim znakomitym, polemicznym artykule pt. „Ręce precz od naszych bohaterów!”, który, co trzeba uczciwie powiedzieć, ukazał się w dzienniku „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Dr Kamiński stwierdził w nim m.in., że „nikt nie twierdzi, że wszyscy Polacy byli bohaterami. Ale osoby bezinteresownie pomagające Żydom zasłużyły na upamiętnienie”. Zwrócił też uwagę na to, że „zjawiskiem typowym” w okupowanej Polsce był natomiast bezprzykładny niemiecki terror, którego konkretne oblicza wskazał.

 

Czego wymaga rzetelna opowieść o zbrodni w Markowej?

Na zakończenie przypomnijmy więc Piotrowi Foreckiemu, Federalnej Centrali – agendzie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Niemiec – z budżetem ponad 100 mln euro rocznie, oraz niemieckim dziennikarzom inny ważny fragment uchwały Sejmu, którego w ich omówieniach zabrakło:

„Mamy nadzieję, że ,muzeum w Markowej będzie inspirowało władze państwowe i samorządowe do dalszego upamiętniania czynów dokonanych przez Polaków ratujących Żydów i propagowania tej wiedzy także poza granicami Polski. Jest to tym bardziej wskazane, że świat nie zna realiów, jakie panowały na polskich ziemiach podczas tragicznych lat wojny 1939-1945, a ignorancja historyczna, z jaką spotykamy się za granicą, uderza w dobre imię naszej Ojczyzny. Niemieccy okupanci niszczyli wówczas państwowość i kulturę polską, mordowali kadry przywódcze, stosowali terror i popełniali zbrodnie na ludności cywilnej. Ponadto Żydzi byli całkowicie eliminowani z życia gospodarczego, izolowani od społeczeństwa, następnie zamykani w gettach i mordowani.

Hołd dla sprawiedliwych Polaków jest jednocześnie wyraźnym przypomnieniem całemu światu, że w odróżnieniu od okupowanej zachodniej Europy na ziemiach polskich za nawet najmniejszą pomoc Żydom groziła kara śmierci. Choć wojna jest często demoralizująca dla wszystkich stron konfliktu, przedstawiciele polskiego społeczeństwa dawali świadectwo gorliwej wiary, okazywali miłosierdzi i wypełniali chrześcijańskie przykazania. Mimo widma najwyższej kary wielu Polaków zdecydowało się udzielić pomocy prześladowanym Żydom. Szacuje się, że dzięki tej pomocy ocalało kilkadziesiąt tysięcy osób.

Wśród tych, którzy zginęli za udzielanie pomocy Żydom, była rodzina Ulmów: Józef, będąca w stanie błogosławionym Wiktoria, oraz sześcioro ich nieletnich dzieci. Wraz z ukrywanymi Didnerami, Grünfeldami i Goldmanami zostali oni zamordowani w swoim domu w Markowej 24 marca 1944 roku”.


Źródła:

 

[Autor - Anonimowy Dyplomata jest autentycznym, mającym za sobą doświadczenie pracy w Niemczech, dyplomatą pragnącym zachować anonimowość ze względów osobistych i zawodowych]

[Tytuł, lead, sekcja "Co musisz wiedzieć" i śródtytuły od Redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 23.10.2026 19:58
Źródło: IPN/ bpb/ Zeitgeschichte-online/ FAZ/ Sejm RP