Mitteleuropa. Miraż zamożności i niemiecka instrukcja obsługi Polski

-
Polska osiągnęła historycznie wysoki poziom zamożności, ale autor kwestionuje jej samodzielność gospodarczą. Zwraca uwagę na zagraniczną własność części przemysłu, stosunkowo niskie nakłady na badania i rozwój oraz ograniczoną liczbę polskich marek o globalnym zasięgu.
-
Punktem odniesienia jest koncepcja Mitteleuropy Friedricha Naumanna z 1915 roku. Zakładała ona gospodarcze powiązanie Europy Środkowej pod niemieckim przywództwem. Autor dostrzega podobieństwa między historycznym projektem a współczesnym podziałem ról w europejskich łańcuchach wartości.
-
Centralny Okręg Przemysłowy stanowi w artykule przykład próby budowy własnego potencjału gospodarczego. Tekst zestawia przedwojenne inwestycje państwowe z późniejszą prywatyzacją zakładów oraz współczesnymi problemami dotyczącymi patentów, innowacji i własności intelektualnej.
Polska nigdy w swojej historii nie była tak zamożna jak dziś i właśnie dlatego warto zapytać, czy rozumie, z czego ta zamożność jest zbudowana. Poniższy tekst nie jest oskarżeniem ani lamentem, lecz diagnozą, stawianą z życzliwością lekarza, który, patrząc nieco z boku, ośmiela się sądzić, że zna wyniki badań lepiej niż pacjent i wie, że pacjent poczuje się po nich gorzej, zanim będzie mógł poczuć się lepiej.
Widok z autostrady
Zacznijmy od tego, co prawdziwe, bo prawda jest tu punktem wyjścia, a nie zarzutem. Kto widział Warszawę w roku 1990, z jej szarymi pawilonami i łóżkami polowymi handlarzy pod Pałacem Kultury, ten nie rozpozna dziś miasta, w którym szkło biurowców odbija wieczorne niebo, a kawiarnie nie zamykają się przed północą. Trzydzieści lat wzrostu niemal bez przerwy, autostrady, których kiedyś nie było, sklepy, w których niczego nie brakuje, pokolenie, które o kolejkach słyszało wyłącznie od dziadków – wszystko to jest faktem, a Czytelnik, który w tym miejscu kiwa głową z zadowoleniem, ma do tego pełne prawo.
Proszę jednak wsiąść ze mną do samochodu i pojechać autostradą A4 z Wrocławia w stronę Krakowa. Po obu stronach drogi ciągną się hale, centra logistyczne i parki przemysłowe, na pasach suną sznury ciężarówek, a w głowie samo układa się zdanie, że oto jedziemy przez kraj, który wygrał. Wystarczy jednak zjechać z autostrady, przeczytać nazwy na bramach i zajrzeć do rejestru właścicieli, by to zdanie zaczęło się chwiać. Hale należą do koncernów, których centrale leżą gdzie indziej, magazyny przechowują towary zaprojektowane w Tuluzie, Stuttgarcie, Stratfordzie w Connecticut albo w Seulu, a ciężarówki wiozą podzespoły do fabryk, które złożą z nich produkt końcowy i sprzedadzą go pod cudzą marką, z marżą, z której w Polsce zostanie głównie to, co trafi na pensje.
Nie jest to tekst przeciwko Niemcom
Nie jest to kłamstwo, bo liczby, którymi Polska opisuje swój sukces, są prawdziwe. Jest to raczej złudzenie optyczne, miraż w dosłownym sensie tego słowa: obraz rzeczywisty, tyle że przesunięty względem miejsca, w którym naprawdę znajduje się przedmiot. Produkt krajowy brutto mierzy wszystko, co wytworzono na terytorium kraju, i nie interesuje go, kto jest właścicielem fabryki, patentu ani znaku towarowego. Parytet siły nabywczej powie uczciwie, ile Polak może kupić za swoją pensję, ale nie powie, ile z tego, co Polska wytwarza, do Polski naprawdę należy. Oba pytania brzmią podobnie, a jednak różnią się tak, jak różni się lokator od właściciela kamienicy, i cała ta opowieść jest w gruncie rzeczy o tej różnicy.
Zaznaczmy od razu, by uprzedzić najłatwiejszy zarzut, że nie jest to tekst przeciwko Niemcom. Niemcy robią dokładnie to, co robi każde rozsądnie rządzone, silne państwo: dbają o własny interes i czynią to z konsekwencją, której można im jedynie pozazdrościć. Ten tekst jest o kraju, który od trzydziestu lat rośnie w architekturze zaprojektowanej ponad sto lat temu i który, co najciekawsze, wprowadził się do niej sam, z kwiatami w ręku i z uśmiechem na twarzy.
"Mitteleuropa". Instrukcja z roku 1915
W 1915 roku, gdy na froncie wschodnim ważyły się losy ziem polskich, Friedrich Naumann wydał w Berlinie książkę zatytułowaną „Mitteleuropa”. Stała się ona bestsellerem i przez lata pozostawała punktem odniesienia w najważniejszych kręgach politycznych i gospodarczych Rzeszy. Warto wiedzieć, kim był jej autor, bo to, kim nie był, okazuje się równie pouczające. Naumann nie był pruskim junkrem ani wojskowym fantastą, lecz protestanckim duchownym, parlamentarzystą, później pierwszym przewodniczącym Niemieckiej Partii Demokratycznej i jedną z kluczowych postaci niemieckiego liberalizmu, a fundacja jego imienia działa do dziś. Jego książka jest groźna nie dlatego, że krzyczy, lecz dlatego, że liczy.
Wizja Naumanna była w istocie prosta: obszar od Bałtyku po Adriatyk i Morze Czarne miał stać się jednym organizmem gospodarczym pod niemieckim kierownictwem. Nie pod niemieckim butem, lecz właśnie pod kierownictwem, a różnica między tymi słowami jest dokładnie tą różnicą, na której opiera się cała dalsza historia. W polskiej lekturze tego projektu, poczynając od wstępu prof. Grzegorza Kucharczyka do pierwszego pełnego polskiego przekładu, wydanego przez Instytut Pileckiego w 2022 roku, powraca jego logika gospodarcza: region dostarcza surowce, żywność, drewno, półprodukty i proste wyroby, podczas gdy produkcja złożona, technologia i decyzja pozostają w jądrze. Przypomina to dobrze zorganizowany zakład, w którym jeden wydział kuje, drugi składa, a trzeci pakuje, i w którym nikt nie zadaje pytania, dlaczego wydział składający nigdy nie awansuje na biuro konstrukcyjne.
Polska jako państwo buforowe
Polsce przypadała w tym ładzie rola państwa buforowego, wyposażonego we własne wojsko, szkoły i sądy, ale z horyzontem rozwoju wyznaczonym gdzie indziej. Najciekawsze jest jednak coś innego, na co zwraca uwagę Kucharczyk. Naumann rozumiał, że Mitteleuropa nie może istnieć bez Polaków, i krytycznie oceniał brutalną politykę pruską wobec nich. Z klęski germanizacji wyciągnął wniosek, który świadczy o jego inteligencji bardziej niż cokolwiek innego: nie należy zmieniać języka, którym Polacy mówią, lecz pojęcia, którymi myślą. Kto narzuca słownik, ten nie musi narzucać niczego więcej, bo resztę podporządkowany powie sobie sam, i to z głębokim przekonaniem.
Kucharczyk stawia we wstępie pytanie, które powinno wisieć nad całym tym tekstem jak lampa nad stołem operacyjnym, a które, parafrazując słowa profesora, brzmi mniej więcej tak: czy program, który miał narzucić trwałą barierę rozwojową także Polsce, a całej Europie Środkowej niemiecki wpływ i kontrolę, sprawowane za pomocą wytworzonego w Niemczech kodu kulturowego, naprawdę należy już do przeszłości? Można by odpowiedzieć, że Naumann umarł w 1919 roku, a jego projekt razem z nim. Tyle że Naumann nie zakładał, iż Mitteleuropę trzeba będzie budować siłą; uważał, że wystarczy, by stała się oczywistością, a oczywistości, jak wiadomo, nie umierają razem ze swoimi autorami.
Kraj, który raz już powiedział „nie”
Byłoby nieuczciwe twierdzić, że Polska zawsze przyjmowała tę rolę z pokorą. Raz już odpowiedziała na pytanie Naumanna, i to nie artykułem w gazecie, lecz stalą i betonem.
5 lutego 1937 roku wicepremier i minister skarbu Eugeniusz Kwiatkowski przedstawił sejmowej komisji budżetowej plan, który przeszedł do historii jako Centralny Okręg Przemysłowy. Kwiatkowski, inżynier i człowiek, który wcześniej dał Polsce Gdynię, nie mówił o wskaźnikach wzrostu; mówił o przemyśle obronnym, o drogach, o regulacji rzek, o gazie ziemnym i energii elektrycznej doprowadzonych do zapomnianych powiatów w widłach Wisły i Sanu. Chciał zatrzeć podział na Polskę „A” i Polskę „B”, który zaborcy zostawili w spadku, i chciał to zrobić za polskie pieniądze. Nakłady planu inwestycyjnego wynosiły początkowo 1,8 miliarda złotych, a po francuskiej pożyczce zbrojeniowej podniesiono je do 2,4 miliarda.
To, co stało się potem, brzmi dziś niemal nieprawdopodobnie. W ciągu dwóch i pół roku, jak przypomniał Sejm w uchwale na osiemdziesiątą rocznicę, powstało 110 tysięcy miejsc pracy w 51 nowych zakładach, i to na terenach, które dotąd znały głównie biedę i emigrację. Stalowa Wola wyrosła od zera, z hutą i miastem, w Rzeszowie ruszyła produkcja silników lotniczych, w Mielcu płatowców, w Dębicy opon, w Kraśniku amunicji. Melchior Wańkowicz jeździł po tych budowach i pisał o nich tak, jak pisze się o dowodzie w sporze, który wszyscy uważali za przegrany: że jednak da się.
Fabryki przejął Wehrmacht
Nie dało się do końca. Zmarły w 2025 roku prof. Marian Marek Drozdowski, uczeń i biograf Kwiatkowskiego, mówił wprost na konferencji w Stalowej Woli w 2017 roku, że Polacy zabrali się do tego za późno, ponieważ pełne uruchomienie zakładów planowano na lata 1941–1942, wskutek czego armia skorzystała jedynie z około dziesięciu procent ich produkcji. Resztę przejął Wehrmacht, a że tereny COP nie były celem alianckich nalotów, okupant mógł ten przemysł spokojnie rozbudowywać dla siebie. Trudno wyobrazić sobie ironię doskonalszą: polski plan uniezależnienia się od Niemiec przez sześć lat pracował na niemiecką wojnę.
Fabryki przetrwały jednak wojnę i przetrwały PRL, a ich drugi upadek nastąpił w czasach, gdy nikt już do nich nie strzelał. W 2007 roku Skarb Państwa sprzedał zakłady w Mielcu amerykańskiemu Sikorsky’emu, który od 2015 roku należy do Lockheed Martin, i dziś montuje się tam śmigłowce Black Hawk. Najstarszą polską fabrykę łożysk, tę w Kraśniku, Agencja Rozwoju Przemysłu sprzedała w 2013 roku chińskiemu Xiangyang Automobile Bearing, przy czym Centralne Biuro Antykorupcyjne ustaliło później, że cena była o blisko 39 milionów złotych niższa od oferty konkurenta. Stomil w Dębicy przeszedł pod kontrolę Goodyeara, starachowicki Star pod kontrolę MAN-a, a polska marka ciężarówek po prostu wygasła.
Żaden z tych zakładów nie zniknął z mapy, i właśnie to jest w tej historii najbardziej pouczające. Zniknęło coś, czego nie widać z autostrady: polska decyzja o tym, co, dla kogo i pod czyim znakiem się w nich wytwarza. Wojna zabiła dzieło Kwiatkowskiego fizycznie, transformacja zabiła je pojęciowo, przyjmując za oczywistość, że własny przemysł jest reliktem minionej epoki, a nowoczesność polega na przyciąganiu inwestora z zewnątrz. Kraj, który w niespełna trzy lata postawił huty, fabryki silników i obrabiarek, po trzydziestu pięciu latach wolności oferował te same zakłady światu jako atrakcyjne lokalizacje.
Księgowość złudzenia
Czytelnik, który dotąd cierpliwie znosił lekcję historii, zapyta zapewne, co z tego wszystkiego wynika dzisiaj. Odpowiedź daje statystyka, i to statystyka urzędowa, a nie publicystyczna.
W 2024 roku, jak podał GUS w październiku roku następnego, krajowe nakłady na badania i rozwój wyniosły w Polsce 51,5 miliarda złotych, czyli o 3,1 procent mniej niż rok wcześniej, a ich relacja do PKB spadła z 1,56 do 1,41 procent. Szwecja przeznaczyła na ten cel 3,57 procent swojego produktu, Austria 3,26, a Niemcy od lat utrzymują poziom powyżej trzech procent. Nie jest to różnica ambicji, lecz różnica ról: kto nie wydaje na własne badania, ten nie projektuje, tylko wykonuje cudze projekty, i nie byłoby w tym nic wstydliwego, gdyby Polska nie myliła jednego z drugiego. Co więcej, największy spadek przyszedł ze strony przedsiębiorstw, które wydały na badania o pięć procent mniej, co jest zresztą całkowicie logiczne, jeśli pamiętać, że filia nie musi prowadzić badań, skoro robi to za nią centrala.
W produkcji przemysłowej udział kapitału zagranicznego wyniósł w 2023 roku, według danych Eurostatu przytoczonych przez Ministerstwo Rozwoju i Technologii w odpowiedzi na interpelację poselską, 44,8 procent. W polskim eksporcie produkty zaawansowane technologicznie mają udział wyraźnie niższy niż w Czechach czy na Węgrzech, a dominują w nich podzespoły i montaż. Udział wynagrodzeń w PKB jest w Polsce o kilkanaście punktów procentowych niższy niż w Niemczech, i ta różnica nie wyparowuje, lecz zamienia się w zyski, w dużej mierze należące do właścicieli spoza kraju. W parytecie siły nabywczej Polska zbliżyła się do trzech czwartych poziomu niemieckiego, co jest osiągnięciem historycznie bezprecedensowym, ale w wartościach nominalnych wciąż jest to mniej więcej połowa.
Polskie marki
Najbardziej wymowne są jednak marki, bo marka jest tym miejscem, w którym gospodarka przestaje być statystyką i staje się nazwą, którą zna świat. W rankingu Brand Finance Global 500 z 2024 roku prowadzą Apple z wyceną 516,6 miliarda dolarów, Microsoft z 340,4 i Google z 333,4 miliarda, polskiej marki zaś w tym zestawieniu nie ma. W rankingu Fortune Global 500 Polskę reprezentuje jedna spółka, Orlen, kontrolowany przez Skarb Państwa i powiększony w drodze fuzji przeprowadzonych decyzjami politycznymi, a więc nie firma, która wyrosła na rynku, lecz firma, którą na rynku posadzono.
Łańcuch bez końców
Wszystkie te liczby opisują w istocie jedną brakującą rzecz, i warto nazwać ją precyzyjnie, bo od precyzji zależy tu uczciwość diagnozy. W przemyśle średnich i wysokich technologii Polska nie ma pełnego łańcucha, który prowadzi od pomysłu przez badania, patent i własność intelektualną do produktu, marki i marży. Ma znakomicie rozwinięte ogniwa środkowe: wykonanie, montaż, jakość oraz inżynierów, którym nie brakuje kompetencji. Brakuje jej natomiast obu końców – na początku własnej wiedzy zamkniętej w patencie, na końcu własnego produktu sprzedawanego pod własnym znakiem. Gospodarka pozbawiona obu końców przestaje być gospodarką w pełnym sensie tego słowa i staje się wydziałem cudzego przedsiębiorstwa, nawet jeśli wydziałem nowoczesnym, czystym i coraz lepiej opłacanym.
Najdobitniej widać to w patentach, które Europejski Urząd Patentowy słusznie traktuje jako wczesny wskaźnik nakładów na badania. W 2025 roku urząd przyjął rekordowe 201 974 zgłoszenia, a drugim po Stanach Zjednoczonych krajem ich pochodzenia były Niemcy. Z Polski wpłynęło 621 zgłoszeń, o dziesięć procent mniej niż rok wcześniej, podczas gdy jedna firma, Samsung, złożyła ich 5337, a więc niemal dziewięć razy więcej niż cały czterdziestomilionowy kraj. Do tego połowę czołowych polskich zgłaszających stanowią uczelnie i instytuty badawcze, a nie przedsiębiorstwa, co oznacza, że patent powstaje w Polsce najczęściej tam, gdzie nikt nie zamierza wytwarzać na jego podstawie produktu. Sprawiedliwość nakazuje dodać, że liczba polskich zgłoszeń jest o 58 procent wyższa niż w 2016 roku, a w regionie Polska pozostaje liderem; trend jest więc wzrostowy, tyle że skala wciąż pozostaje marginalna.
Wyjątki od reguły
W tym miejscu Czytelnik o bardziej przekornym usposobieniu wyciągnie zapewne z rękawa dwa asy: polskie gry komputerowe i BLIK. I będzie miał rację, bo w obu przypadkach Polska ma własną własność intelektualną, własną markę i własną marżę, a sam BLIK obsłużył w 2025 roku 2,9 miliarda transakcji o łącznej wartości 441,5 miliarda złotych. Proszę jednak zauważyć, gdzie te wyjątki się pojawiają: dokładnie tam, gdzie bariera kapitałowa jest najniższa, gdzie wystarczy kod, licencja i kilkuset zdolnych ludzi, a nie potrzeba huty, linii produkcyjnej ani portfela patentów wartego miliardy. Polska potrafi projektować wszędzie tam, gdzie nie musi nikogo prosić o kapitał, i w tym sensie wyjątki nie obalają tezy, lecz stanowią jej najczystszy eksperyment kontrolny.
A nawet wyjątek nie jest wolny od reguły. Wśród udziałowców operatora BLIK-a znajduje się Mastercard, obok banków w znacznej części kontrolowanych przez kapitał zagraniczny. Tymczasem banki z jądra Europy budują Wero, paneuropejski standard płatności, który wchłania kolejne systemy krajowe, BLIK zaś nie podpisał zawartego w lutym 2026 roku protokołu interoperacyjności z Wero. Jedyny polski standard, który zwyciężył na własnym rynku, stoi więc przed wyborem, który Naumann rozpoznałby natychmiast: stać się modułem w cudzej architekturze albo pozostać wyspą na peryferiach. Ten spór nie został jeszcze rozstrzygnięty i może zakończyć się partnersko, ale jego warunki, co charakterystyczne, napisano gdzie indziej.
Dlaczego Polska nie chce tego widzieć?
Skoro dane są publiczne, a wnioski nietrudne, trzeba zapytać, dlaczego ta diagnoza nie jest powszechna. Odpowiedź ma charakter raczej psychologiczny niż ekonomiczny i, przyznaję, nie jest szczególnie pochlebna.
W 1989 roku Polska odzyskała wolność, ale doświadczyła jej najpierw w postaci sklepu. Po latach kartek, talonów i kolejek pełne półki były dowodem, który nie wymagał dyskusji, a każdy przedmiot kupiony bez upokorzenia znaczył więcej, niż wynikało z jego ceny. Lodówka nie była po prostu lodówką, lecz zadośćuczynieniem; samochód nie był po prostu samochodem, lecz komunikatem, że oto jestem kimś i że mi się udało. Zamożność, którą widać, ma bowiem tę szczególną właściwość, że każdy, kto ją ogląda, jest zarazem jej świadkiem i beneficjentem, nie ma więc najmniejszego interesu w tym, by ją kwestionować.
PKB stał się w tej sytuacji czymś więcej niż wskaźnikiem – stał się formą modlitwy. Nie dlatego, że ktoś go wymyślił jako pułapkę, lecz dlatego, że był wygodny: nie pytał, czyja jest fabryka, czyj patent i czyja marka, pytał tylko „ile”, a „ile” niemal zawsze okazywało się większe niż rok wcześniej. Człowiek, który dostrzega sprzeczność między tym, w co wierzy, a tym, co pokazują dane, rzadko zmienia przekonanie; znacznie częściej zmienia status danych, uznając je za szczegół, za technikalia albo za przejaw malkontenctwa. Zmiana przekonania kosztowałaby bowiem wszystko naraz – obraz siebie, obraz kraju i sens trzydziestu lat wysiłku – podczas gdy zysk z wiary jest natychmiastowy, a jej koszt odroczony i rozproszony.
Neumann prognosta
I tu wraca Naumann, tym razem nie jako historyczna ciekawostka, lecz jako trafny prognosta. Pisał nie o butach, lecz o pojęciach, a pojęcia, które Polska przyjęła po 1989 roku – wzrost, konkurencyjność, otwartość, sukces mierzony liczbą – przyjęła dobrowolnie i z entuzjazmem, ponieważ po półwieczu PRL brzmiały jak synonimy wolności. Kiedy więc ktoś w polskim studiu telewizyjnym oznajmia z przekonaniem, że kapitał nie ma narodowości, nie formułuje argumentu, lecz powtarza echo, i to echo zdania, którego autora dawno zapomniano. Najtrwalsza zależność to ta, w której strażnikiem jest sam strzeżony.
Polska nie została zatem podbita, lecz zaproszona, i weszła do środka z flagą w ręku i z poczuciem, że wreszcie jest u siebie. Nie potrzeba do tego żadnego spisku ani żadnego niemieckiego dyrygenta. To nie Niemcy rozegrali Polskę; Polska rozegrała się sama, czytając z kartki, której autora nie pamięta, i robiąc to tak przekonująco, że uwierzyła we własny głos.
Cyferki zamiast kraju
Wypada w tym miejscu powiedzieć coś o polskiej klasie politycznej, i to bez względu na barwy, bo w tej jednej sprawie różnice między stronami okazują się mniejsze, niż którakolwiek z nich chciałaby przyznać.
Plan Balcerowicza otworzył rynek w tempie, które nie zostawiało czasu na pytania, wychodząc z założenia, że prywatyzacja, liberalizacja i napływ kapitału zrobią resztę. I zrobiły, tyle że nikt nie postawił warunku, by zagraniczna firma zostawiła w Polsce coś więcej niż halę i linię montażową, i nikt nie zapytał, dokąd trafi zysk, gdzie zostanie patent i gdzie zapadnie decyzja o następnym modelu. Kolejne rządy przecinały wstęgi przed fabrykami koncernów i przedstawiały je jako sukces kraju, a nie jako sukces koncernu, który znalazł tańszą lokalizację; hasło o „tysiącu nowych miejsc pracy” regularnie trafiało na pierwsze strony gazet, natomiast pytanie, ile z tych miejsc polega na składaniu cudzych projektów i co z nich zostanie, gdy praca podrożeje, nie trafiało nigdzie.
Nowa retoryka, stara struktura
Po 2015 roku Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju zapowiedziała wyjście z pułapki średniego dochodu i koniec modelu montowni. Retoryka rzeczywiście się zmieniła, struktura natomiast pozostała ta sama: państwo przejmowało banki i spółki energetyczne, nazywając to repolonizacją, lecz udział zagranicznego kapitału w przetwórstwie nie spadł, a największymi polskimi firmami w światowych rankingach pozostały spółki Skarbu Państwa. Obecna koalicja nie przyjęła nowej strategii rozwoju, przedsiębiorcy, nie czekając na państwo, zaczęli sami pisać gospodarczy program dla Polski na dekadę, a politycy spierają się o to, kto jest większym patriotą gospodarczym. Miliardy przeznaczane na zbrojenia mają zostać w kraju i deklaracja ta jest z pewnością szczera, przemysł wciąż jednak nie widzi mechanizmu, który pozwoliłby ją zrealizować w potrzebnej skali.
Od lewa do prawa słychać zatem te same słowa: wzrost, inwestycje, miejsca pracy, otwartość, konkurencyjność. Żaden rząd nie powiedział natomiast wprost, że celem państwa jest kraj, który projektuje, a nie tylko składa, i żaden nie przyznał, że kapitał ma właściciela, który decyzje podejmuje poza Polską. Takie zdanie nie brzmi bowiem jak sukces, lecz jak problem, a problemu, o czym wie każdy doradca polityczny, nie da się pokazać na slajdzie z zieloną strzałką skierowaną w górę.
Szkoła, która uczy składać
Trudno się dziwić, że kraj, który od trzydziestu lat składa cudze produkty, wypracował system kształcenia technicznego doskonale do tego przystosowany. Studenci uczą się obsługiwać maszyny zaprojektowane gdzie indziej, naukowcy zaś również uczą się składać, tyle że wnioski grantowe.
Uczelnie publiczne żyją przede wszystkim z subwencji, z których większość pochłaniają wynagrodzenia, a rząd musiał niedawno przedłużyć aż do 2032 roku zamrożenie odpisu na fundusz socjalny, by uczelnie nie musiały finansować świadczeń z pieniędzy przeznaczonych na badania. Nie jest to reforma, lecz łata na dziurze, która powstała dlatego, że nikt nigdy nie zdecydował, iż badania mają być priorytetem państwa. System grantowy, który miał tę dziurę zasypywać, pochłania miesiące pracy na przygotowanie wniosków, z których znaczna część wraca z odmową albo z finansowaniem pokrywającym ułamek kosztów, i inżynier przyzwyczajony do terminów i rozliczalności, patrząc na stosunek nakładu do efektu, nie byłby nawet zaskoczony – po prostu by nie uwierzył.
Politechnikom brakuje doktorantów, ponieważ młodzi inżynierowie wybierają etaty w przemyśle, gdzie płacą szybciej i lepiej, a przemysł ten to w dużej mierze zagraniczne filie. Koło zamyka się w ten sposób z niemal mechaniczną precyzją: uczelnia bez pieniędzy kształci obsługę cudzych maszyn, filia zatrudnia tę obsługę, a projekt powstaje gdzie indziej. Nikt nie nazywa tego porażką, bo PKB rośnie, a hale zatrudniają.
Kraj z dykty
Polska stoi, i stoi ładnie: fasada jest świeża, szkło czyste, autostrady gładkie. Wszystko to jest prawdą, a zarazem wszystko to przypomina dyktę, która trzyma się znakomicie, dopóki nikt nie oprze się o nią całym ciężarem. Pod spodem brakuje konstrukcji nośnej – własnych marek, własnych badań, własnego projektu – jest natomiast warstwa, która dobrze wygląda, i system, który daje ludziom dość, by nie pytali, co się pod nią kryje. Pensje rosną, samochody są coraz nowsze, a każda kolejna dawka zadowolenia działa jak lekarstwo, tyle że lekarstwo, które nie leczy, lecz jedynie ucisza objawy.
Trwa to już drugie pokolenie. Ludzie, którzy dziś decydują o polskiej gospodarce, nie pamiętają kolejek, pamiętają wzrost; zostali ministrami, prezesami banków i szefami korporacji, mówią płynnie kilkoma językami i znają procedury lepiej niż ich zachodni koledzy. Rzadko jednak stworzyli coś, czego nie było wcześniej w czyimś katalogu, bo weszli do gotowego systemu i nauczyli się go obsługiwać, a system ten nagradza obsługę, nie projekt. Wizji nikt im nie zakazał; wizja zanikła z braku – braku pytania, braku nagrody za odmienną odpowiedź i braku kary za to, że żadnej odpowiedzi nie było.
Mitteleuropa stała się oczywistością
Naumann zakładał, że jego Mitteleuropa nie będzie musiała powstać siłą, bo wystarczy, by stała się oczywistością. Sto lat później stała się nią, i to nie przez traktat ani przez armię, lecz przez słownik. Kiedy ktoś pyta, dlaczego Polska nie ma światowych marek ani własnych badań na miarę swoich ambicji, słyszy w odpowiedzi, że PKB rośnie, a Polska jest przecież krajem rozwijającym się. Jest to najwygodniejsze zdanie całej tej opowieści, bo niczego nie obiecuje i niczego nie wymaga, a znaczy w gruncie rzeczy tyle co „jeszcze nie”: najpierw rozbiory, potem wojna, potem PRL, potem transformacja, zawsze jakiś powód i zawsze jakieś „jeszcze”.
A przecież Polska ma ludzi, którzy w dwa i pół roku potrafili postawić huty, fabryki silników i obrabiarek, i dlatego ta diagnoza dotyczy nawyków, które nie są wrodzone, lecz nabyte. Brakuje elity, która powiedziałaby głośno, czego chce, i zapłaciła za to cenę w postaci kariery, grantu czy miejsca przy stole, przy którym podaje się cyferki. Dopóki jej nie ma, Polska będzie rosła, milczała i wierzyła, że to jej projekt.
Nie jest. Czy mógłby być – to pytanie lekarz zostawia pacjentowi.
Bez komentarza
Byłoby niesprawiedliwe twierdzić, że Polska w sprawie marek nie zrobiła nic. Marek o światowym zasięgu wprawdzie nie ma, była za to pani „ekspertka-naukowczyni” od marek, która na swoim stanowisku zabawiła całe trzy tygodnie. Przez grzeczność, a także z szacunku do samego siebie, autor pozostawia to bez komentarza.
[Autor - Anonimowy Niemiec, jest autentycznym i świetnie wykształconym Niemcem, który przyjął polskie obywatelstwo, mieszka i w Niemczech i w Polsce, ale ze względów osobistych i zawodowych pragnie zachować anonimowość. Nazwisko znane redakcji]
Źródła
F. Naumann, Mitteleuropa, Berlin 1915; wyd. pol. Mitteleuropa – nowy porządek w sercu Europy, Instytut Pileckiego, Warszawa 2022, ze wstępem G. Kucharczyka. · PAP/Dzieje.pl: relacja z konferencji „Mitteleuropa – czy to tylko historia?”; „Decyzja o budowie Centralnego Okręgu Przemysłowego”; wywiad z prof. P. Gratą (2017); uchwała Sejmu na 80. rocznicę COP (2017); wypowiedź prof. M. M. Drozdowskiego. · G. Ostasz, „Centralny Okręg Przemysłowy – idea i realizacja”, IPN. · M. Wańkowicz, Sztafeta, 1939. · PZL Mielec, historia spółki. · PAP/Bankier.pl, sprzedaż FŁT Kraśnik (20.05.2013); CBA, zawiadomienie po kontroli w ARP (3.10.2019). · GUS, „Działalność badawcza i rozwojowa w Polsce w 2024 r.” (23.10.2025); PFR, nakłady na B+R w Polsce na tle UE; PAP/XYZ, finansowanie B+R w 2024 r. · MRiT, odpowiedź na interpelację nr 16001 (27.04.2026), dane Eurostatu; Eurostat, compensation of employees (tec00013). · Brand Finance, Global 500 2024; Fortune, Global 500; Orlen, komunikat z 8.11.2023. · EPO, Technology Dashboard 2025 (24.03.2026); XYZ i Brandsit o polskich zgłoszeniach patentowych (2026). · Bank.pl, dane BLIK za 2025 r.; Infor, struktura udziałowców PSP; Rotek, BLIK a Wero (2026). · XYZ, „Biznes przejmuje inicjatywę. Think tank napisze gospodarczy program dla Polski na dekadę” (23.06.2026); Gazeta Prawna i Bankier.pl o zamrożeniu odpisu na ZFŚS na uczelniach do 2032 r. (2026); Business Insider (30.08.2026); WNP (19.10.2026). · M. M. Drozdowski, Eugeniusz Kwiatkowski. Człowiek i dzieło, Kraków 1989.
Komentarze
Niemieccy eksperci ostrzegają. Setki osób trafiają do szpitali

Atak nożownika w niemieckim domu seniora

Ważna decyzja Bundestagu. Chodzi o ceny paliw i ogrzewania

Europoseł z Niemiec nie odpuszcza ws. polskiej ropy. Sprawa trafiła do Brukseli

"Banda niemieckich hipokrytów". Zajączkowska-Hernik nie wytrzymała

