Rafał Woś: Lemingrad jest do zdobycia

- Finansowa potęga Warszawy, wpływy liberalnych elit i aspiracje klasy średniej wzmacniają dominację KO.
- Opozycja od lat nie potrafi stworzyć rozpoznawalnej marki ani przekonującej alternatywy dla Trzaskowskiego.
- Zdobycie Lemingradu jest możliwe, ale wymaga długofalowego planu i wykorzystania słabości liberalnych elit.
Może przyczyną jest wyjątkowa akumulacja pieniądza? Tylko z podatku PIT oraz opłat lokalnych do stołecznego budżetu trafia co roku prawie 17 mld złotych. A do tego jeszcze ponad 4 mld CIT-u od firm mających siedzibę w polskiej stolicy. W sumie 28 mld corocznych wpływów. W Krakowie czy Wrocławiu mają trzy razy mniej. Te pieniądze to realna siła. Można przy ich pomocy zbudować niczego sobie mechanizm wpływania na opinię publiczną przy pomocy zaprzyjaźnionych elit medialnych, biznesowych, kulturalnych czy symbolicznych. Przyjaźń owa ma zaś mocne osadzenie w dobrze pojętym (i przeliczalnym na reklamy, dotacje, miejsca pracy) interesie beneficjentów. Jednocześnie wszystko to jakby trochę po cichu i poza radarem. Pamiętacie, jakież było oburzenie, że w czasach rządów PiS ówczesne „Wiadomości” wykupiły kampanię reklamową na autobusach miejskich w zaprzyjaźnionych z prawicą ośrodkach. W warszawskim metrze dzień w dzień sączy się pasażerom pod powieki przekaz dzisiejszej prorządowej TVP Info oraz zapętlone filmiki o kolejnych sukcesach Rafała Trzaskowskiego w stolicy. I co? I nico, stara donico! Im oczywiście wolno.
Antylibkowa marka
A może chodzi o wirusik „aspiracjonizmu” wyjątkowo dobrze czujący się w warszawskim powietrzu. Szczególnie w jej nowych „osiedlach” (bo przecież nie „blokowiskach”), gdzie korzenie zapuszczają ci, co chcieliby stać się częścią marzenia o Polsce zamożnej, postępowej i europejskiej. Częścią tej opowieści jest oczywiście odcięcie sobie przez tę nową klasę średnią owych wszystkich pępowin łączących ją z Polską, którą zostawili za sobą. Uczestnictwo w fajnopolackich rytuałach poparcia dla obozu liberalnego ma zaś ten awans przyspieszać i go pieczętować.
Jeszcze innym powodem może być brak dobrej kontroferty oraz wytrwałości w jej budowaniu. Od czasu warszawskiej prezydentury Lecha Kaczyńskiego ćwierć wieku temu nikomu nie udało się nawet zacząć budowania rozpoznawalnej antylibkowej marki politycznej pod specyficznym kątem potrzeb stolicy. Kolejni kandydaci PiS-u byli dość przypadkowi i nawet jak mieli na siebie pewien wyrazisty pomysł (Patryk Jaki w roli reprywatyzacyjnego szeryfa), to potem ich wyborcza porażka z kolejnymi politycznymi mopami Platformy sprawiała, że projekt się definitywnie kończył. Za cztery lata przychodził zaś kolejny i dzielił los poprzedniego. U pozostałych ugrupowań było z tym jeszcze słabiej.
Nie takie potęgi
W sumie jednak to niezbyt ważne, który z powyższych argumentów wydaje się komu najbardziej przekonujący. Żaden z nich nie czyni twierdzy Lemingrad warownią niemożliwą do zdobycia. Liberalne koterie mogły się na Warszawie uwłaszczyć, ale ich niechęć do dzielenia się uprzywilejowaną pozycją z innymi tworzy naturalną zachętę, by wysadzić ich w końcu z siodła. Aspiracje Polaków niekoniecznie zaś muszą mieć na wieki wieków barwy tęczowo-unijnego progresywizmu. Jeśli zaś dojdzie do tego bardziej długofalowy plan na Warszawę po stronie nieuśmiechniętej opozycji, to wydaje mi się, że i z dumnego Lemingradu może nie zostać kamień na kamieniu. Nie takie potęgi już przecież na świecie upadały.
[Tytuł, śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]




